Repertuar

Trzy siostry

Antoni Czechow

Reżyseria: Piotr RATAJCZAK

Premiera:

Czas trwania: 120 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr RATAJCZAK Adaptacja tekstu i dramaturgia: Jan Czapliński Scenografia: Matylda Kotlińska Kostiumy: Grupa Mixer Choreografia: Arkadiusz Buszko Reżyseria światła: Jan Polivka Olga, Masza i Irina ? tytułowe trzy siostry Czechowa pragną powrócić do Moskwy. Ale Moskwa, to nie tylko stolica, centrum życia i Trzeci Rzym. To marzenie, miejsce, gdzie spełniają się wszystkie życzenia ? cel, pragnienie i utopia. Ile dziś w człowieku pozostało z tęsknoty, dążenia, oczekiwania na lepszą przyszłość? Czy jeszcze potrafimy wierzyć w jutro, czy potrafimy wierzyć w cokolwiek? Filozoficzny tekst wydaje się być niezwykle aktualny, a reżyser Piotr Ratajczak i dramaturg Jan Czapliński postarają się pokazać nam, że Czechowowska Moskwa jest bliżej niż wskazuje na to położenie geograficzne. ?Nasze przedstawienie jest najprawdopodniej trzy tysiące pięćset dwudziestą trzecią realizacją ?Trzech sióstr? Antoniego Czechowa. Przez cały XX wiek trzem siostrom nie udało się wyjechać do Moskwy, trzy tysiące pięćset dwadzieścia dwa razy ? zmęczone stuletnim niewyjeżdzaniem, tkwią w więzieniu własnego marzenia. Dajmy im raz je spełnić? – dodaje Jan Czapliński Obsada: Andrzej Prozorow ? Ernest Nita Natasza ? Anna Haba Olga ? Karolina Honchera Masza ? Agnieszka Przepiórska (gościnnie) Irina ? Anna Chabowska Fiodor Kułygin ? Marcin Wiśniewski Aleksander Wierszynin ? Przemysław Kosiński Mikołaj Tuzenbach ? Dawid Rafalski Wasilij Solony ? Wojciech Brawer Iwan Czebutykin ? Marek Sitarski Służąca ? Urszula Zdanowicz – Łabiak Służący ? Piotr Lizak

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

"Trzy siostry" Czechowa zagrają nam rockowo

Trzy siostry - gazetalubuska.pl, 19.03.2010.

Będzie też muzyka metalowa, hip-hop... W najnowszym spektaklu Lubuskiego Teatru, w reżyserii Piotra Ratajczaka, z bohaterkami dramatu z 1901 r., przemierzymy cały XX wiek. Po cóż ta podróż? Dlaczego reżyser, do spółki z dramaturgiem Janem Czaplińskim, jeszcze w akcie I i II sztuki Antoniego Czechowa trzymali się ?kanonicznego tekstu?, ale akty III i IV są już dopisane?

Reżyser P. Ratajczak twierdzi, że szukali sposobu, aby spektakl uderzył dotkliwie i mocno. A chcą opowiedzieć o pewnej kategorii społecznej, która do dziś czeka na lepszy świat. Stąd próba analizy, co nam zostało z marzeń towarzyszących ludzkości przez cały XX wiek. Co się ziściło z marzeń o świecie bez wojen, bez chorób... Z marzeń o powszechnej szczęśliwości.

- Przy czym nie stawiamy diagnozy, a tylko próbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak wygląda kondycja człowieka, który ?marzy o Moskwie? - mówi Piotr Ratajczak. I reżyser, i J. Czapliński zastrzegają, że pisząc Czechowa ?od nowa?, nie chcieli pisarza lekceważyć. Chodziło im tylko o wzmocnienie języka postaci (nie o wulgaryzmy chodzi), o obarczenie ich doświadczeniem XX wieku. Ale generalnie przy Czechowie pozostali.

Reżyseria i opracowanie muzyczne: Piotr Ratajczak. Adaptacja tekstu i dramaturgia: Jan Czapliński. Scenografia: Matylda Kotlińska. Kostiumy: Grupa Mixer. Choreografia: Arkadiusz Buszko. Reżyseria światła: Jan Polivka.

Autor: (hak)

www.gazetalubuska.pl, 19.03.2010.

**********************************************************************************************************************

Zdzisław Haczek, Kto morduje nam Czechowa, Gazeta Lubuska 01-04-2010

«Dla kogo "Trzy siostry" Czechowa to biel sukni zapiętych po szyję, mundurów lśniących dystynkcjami, pni brzozowych, z najnowszego spektaklu Lubuskiego Teatru wyjdzie zaczadzony. Nawet jeśli się dymu nie nawdycha, bo z sali wcześniej ucieknie.

Ale jak chce się spektakl w reżyserii Piotra Ratajczaka zobaczyć do końca, to jakże tu nie wdychać? Wszak finałowe zadymienie sceny i widowni trwa ładnych parę minut. Przecież to niedotlenieniem grozi. Zaciągamy się więc owocem weny P. Ratajczaka.

A tu już w prologu nasi Rosjanie sprzed 110 lat podejrzanie mechanicznie po scenie spacerują, jakimś nerwowym gestem powietrze czarują. Wreszcie kurtyna (ta właściwa) - idzie w górę, wielka platforma jedzie ku widzom. Masza, Olga, Irina, Kułygin, Solony... - bardziej figury niż postacie dramatu Antoniego Czechowa - odgrywają coś na kształt komedii obyczajowej prowincjonalnego rosyjskiego salonu. Gdzie osierocone siostry wzdychają za utraconą 11 lat temu Moskwą: życiem beztroskim, radosnym, pełnym. Bo cóż tu teraz? Irina trajkocze o pracy, 28-letnia Olga biadoli nad swoją starością, Maszę, którą w wieku lat 18 wydano za prostaka, ten na "konieczny" spacer ciągnie... Jedyne możliwe "trzęsienie ziemi" to wizyta podpułkownika Wierszynina. Ale "chroniony całe życie przed pracą" Tuzenbach już wieszczy, że nadciąga coś wielkiego, zanosi się na ogromną, wspaniałą burzę, która wkrótce wymiecie ze społeczeństwa lenistwo, obojętność, niechęć do pracy, zgniłą nudę... Piotr Ratajczak do spółki z dramaturgiem Janem Czaplińskim nie po to jednak urwali wskazówki scenicznemu zegarowi, byśmy tkwili w niespełnieniu i beznadziei z początku XX wieku do finałowych westchnień "Trzeba żyć!", "Trzeba pracować". Fundują prawdziwą burzę. Z terrorem szarego munduru gułagu, z musicalową destrukcją w industrialnym rytmie "Das Modells" elektroników z Kraftwerku, egzekucją marzeń o społeczeństwie równości. Teledyskowa rewolucja z galerią w tle (Hitler, Stalin, Che...) wypluwa w końcu bohaterów Czechowa w czasy współczesne, zatomizowane. Tu każdy ma swój mikrofon, do którego krzyczy swoje racje, swoje rozczarowanie.

O ile wcześniejsza hekatomba totalitaryzmów - choć korzysta z wytartych ikon - ma w sobie coś ożywczego, efektownie anektuje multimedialnym show całe światło sceny, o tyle "czasy wolności" to akademia. Statyw i smycz mikrofonu, który połknie wszystko. Karabinową wyliczankę, ilu Żydów i w jakim obozie spalono. Lekarski wywód na temat stopni oparzenia ciała. Paragrafy feminizmu... Jakżeż drażni ten język medialnych doniesień, komunikatów, pasków z tv. Język Czechowa zostaje tu zagadany, zabity. Czy zamordowali go jednak Ratajczak do spółki z Czaplińskim? Czy też wolność wytęsknionego nowego, wspaniałego świata?

Świata, gdzie dawny służący w lśniącym metalem garniturze, wykłada, że żeby osiągnąć sukces, trzeba "mieć jaja" jak on, czyli z żelaza. Świata, gdzie poniżana przez Nataszę służąca aportuje na kolanach, sunąc za mikrofonem... Plakatowość współczesnej części spektaklu bywa przełamywana. Robi to choćby Masza, która teraz w czerwonej sukience piękną ruszczyzną wymienia Iljiczów Uljanowów Leninów, Wissarionowiczów Stalinów i innych, którzy w liczbie czterdziestu ongiś bywali na imieninach (brawa dla Agnieszki Przepiórskiej). Ujawnia się tu dystans do granej postaci. Ujawnia się zamysł reżysera, żeby zagrać na nosie konwencji, przyzwyczajeniom.

Nawet jeśli od "Trzech sióstr" Czechowa, które wcześniej zakodowaliśmy sobie w głowie, dzielą zielonogórski spektakl tysiące wiorst, nawet jeśli westchniemy "kiedyś, k..., było lepiej", po wizji Ratajczaka jakiś czas trzeba wentylować płuca. I zatęsknić za brzozami.»

 **********************************************************************************************************************

Artur Łukasiewicz, Babarzyńca z Czechowa, Gazeta Wyborcza nr 74 online 29-03-2010

"Trzy siostry" w reż. Piotra Ratajczaka w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Artur Łukasiewicz w Gazecie Wyborczej - Zielona Góra. «Jeśli ktoś liczył na klasycznego Czechowa w zielonogórskim teatrze, będzie zwiedziony i lepiej żeby został w domu. Ale jeśli choć trochę wierzył, że Czechow uwalniał upiory, powinien to zobaczyć.

Sto lat temu, mały dwór na rosyjskiej prowincji. Nawet zegar się spóźnia. Córki nieżyjącego generała Prozorowa zżera nuda. Każde słowo wywołuje ból w duszy, najbardziej u najmłodszej Iriny. Najstarsza Masza musi znosić towarzystwo nieokrzesanego męża, nauczyciela z miejscowej szkoły. Średnia Olga, też nauczycielka i 28 lat na karku. A kiedyś mieszkały w sercu Moskwy. W cywilizacji, w stolicy sztuki. Każdego dnia wierzą, że tam wrócą. Jeszcze będzie pięknie, szczęście przyjdzie. Kiedyś, później.

To "kiedyś" do wspomnianych aktów "Trzech sióstr" w zielonogórskim spektaklu dopisuje młody Jan Czapliński, a na scenie przyszłość projektuje równie młody reżyser Piotr Ratajczak, związany z Teatrem Współczesnym w Szczecinie.

Pierwsze sceny są klasyczne. Białe suknie, biała porcelana na stołach, paradne mundury oficerów. Reżyser ucina je szybko i przed oczami pojawia się "kiedyś". Jeśli świat Czechowa można zamknąć w małym nadmuchanym baloniku, to następne stulecie reżyser nadmuchuje w gigantyczny latający balon z helem i spuszcza go razem z aktorami na scenę. Po prostu stosuje terapię wstrząsową z cyklu "najazd barbarzyńców".

Każda kolejna sekwencja rozlicza marzenia dawnych sióstr za pomocą techniki multimedialnej. Scena wędruje po suwnicy, ze ścian odpadają świetlne kostki szachownicy, aktorzy już w uniformach jak bohaterowie filmowi "1984" według Orwella poruszają się jak manekiny. Nie mówią, ale wygłaszają do mikrofonów manifesty, dosadne, wulgarne. Zasada polityki? "Albo ruchasz, albo jesteś ruchany!". Droga do sukcesu? - Trzeba mieć jaja. Ja mam z żelaza - pręży się celebryta.

A sto lat temu Czechow obsadzał kogoś takiego w roli służącego. Dystyngowany pułkownik Wierszynin (w tej roli świetny Przemysław Kosiński), "kiedyś" będzie zdegenerowanym w bahamach. Jego brygadę przenoszą. Może do Czeczenii? A on by chciał - mówi do Maszy w czerwonym mini (dobra rola Agnieszki Przepiórskiej - do Nowego Jorku, i wścieka się na "pierdolniętą" żonę (w pierwowzorze często się truje, gdy słyszy o romansach męża).

Sto lat temu z prowincjonalnego letargu dworek wyrwał nieduży pożar w okolicy. Co to za pożar? - W następnych z dymem poszło sześć milionów Żydów, w Auschwitz, Sobiborze, Bełżcu - deklamuje histerycznie dzisiejsza anarchistka Olga (Karolina Honchera). Za jej plecami leci film. W rolach głównych Stalin, Hitler, Che Guevara.

Machina teatralna puszczona w ruch miele widza jak kombajn górniczy. Na koniec widownię zasnuwa gęsty, gryzący dym. Po ostatnim słowie masz wrażenie, że brakuje ci oddechu. Przytłoczyło jak głaz. Ale że to wszystko, co widziałeś przed chwilą, niebezpiecznie balansuje w stronę przerostu formy, po to by stało się tylko efektowne. Tego wrażenia, niestety, nie da się długo z siebie strząsnąć.

(...)

Zielonogórska scena "Trzema siostrami" Ratajczaka podniosła sobie wysoko poprzeczkę. Mimo wszystko ryzyko było warto ponieść. Bo nasz teatr nie chce stać w miejscu i znudziły mu się grzeczne kapcie. I za to wielkie brawa się należą.


 
walk_icon Wirtualny spacer