Repertuar

Trash Story

Magda Fertacz

Reżyseria: Marcin Liber

Premiera:

Czas trwania: 130 min

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Magda Fertacz Trash Story reżyseria: Marcin Liber muzyka: Aleksandra Gryka scenografia: Grupa Mixer, Marcin Liber kostiumy: Grupa Mixer dramaturgia: Michał Pabian przygotowanie chóru: Hanna Klepacka obsada są: Matka – Elżbieta Donimirska Wdowa – Hanna Klepacka Brat – Ernest Nita Ojciec – Aleksander Podolak Mały – Dawid Rafalski (gościnnie) byli: Ursulka Klarin – Pedagog miejski – Kaja Bień Ursulka Anne – Malarka – Anna Chabowska Ursulka Marthe – Restauratorka – Marta Frąckowiak Ursulka Althe – Farmaceutka – Anna Haba Ursulka Karle – Handlarka – Karolina Honchera Ursulka Truda – Lekarka – Tatiana Kołodziejska Ursulka Joppe – Studentka – Joanna Koc Ursulka Elfriede – Architekt miejski – Elżbieta Lisowska-Kopeć Ursulka Brivi – Kierownik Grünfest – Beata Sobicka-Kupczyk Ursulka Dulchi – Kierownik Chóru – Dobrosława Trębacz „Ten dom jest przeklęty…na grobach sobie życie układać…Ojciec kopał…za budą…chciał ziemi trochę do podsypania pomidorów…jakąś szmatę wyciągnął…potem całe ciało…malutka taka blondyneczka…, ojciec do lasu wyniósł… świeczkę mama zapaliła. Nie mogliśmy zapomnieć. Nie da się zapomnieć…A zapomnieliśmy”. Fragment sztuki „Trash Story” Tematem naszego przedstawienia jest pamięć. Pamięć o tych, którzy mieszkali tu przed nami. Mieszkali w domach , w których teraz mieszkamy MY. ICH już nie ma. Zostały ślady: listy, fotografie, przedmioty codziennego użytku, meble, domy i groby. Ta historia nie jest osobna, historia jest wspólna. Pamiętajmy o tym. Marcin Liber Spektakl brał udział w 19. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej   

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Demony pamięci

Trash Story - Teatr dla Was, 24.10.2012r.  
Jeśli ktoś zastanawiał się, czy Marcin Liber po sukcesie "III Furii" nie postanowił dla odmiany złagodnieć, uspokajam: nie złagodniał. Wyreżyserowany przez niego w Lubuskim Teatrze spektakl "Trash Story" jest podaną bez znieczulenia potężną dawką ważnych tematów, wstrząsających obrazów, rozpaczliwych gestów i plastycznych wspomnień. Pochody i przemarsze, tysiące rąk w geście pozdrowienia Wodza, czarno-biała rzeczywistość, niepokojące dudnienie zawieszone w powietrzu, łopoczące na wietrze flagi ze swastyką. Z nieprzebranego tłumu wyłaniają się kobiety, Ursulki, dla których kulturowo-społeczny tygiel miasta Grünberg był czymś zupełnie naturalnym, dopóki w ich życie brutalnie nie wdał się nazizm. Jest ich dziesięć. W różnym wieku, różnych profesji: malarka, farmaceutka, lekarka, studentka, architekt. Łączy je Zielona Góra, w której co prawda nie wszystkie przyszły na świat, lecz wszystkie miały powód, by tam odebrać sobie życie. Wracają do swego miasta pod inną postacią, by jako chór duchów wspominać, komentować i obserwować. A jest na co popatrzeć, szczególnie jeśli chodzi o pewien niepokojący rodzinopodobny twór, w którego centrum miota się Brat (znakomity, targany sprzecznymi emocjami Ernest Nita), przywalony ciężarem wmówionej mu matczyny, szydzący z pańszczyźnianego obowiązku służby krajowi, ale nie do końca potrafiący się mu sprzeciwić. W opozycji do niego stoi Mały (młodzieńczy Dawid Rafalski), młodszy brat ze swoimi niewspółczesnymi anarchistycznymi poglądami. Brat zniknął kilka lat temu, a Mały został, żyje i ma się całkiem nieźle. Tego z kolei zdaje się nie dostrzegać Matka (opanowana Elżbieta Donimirska), dla której niemożliwe jest pogodzenie się ze stratą faworyzowanego syna, honorowego żołnierza, w jej oczach wręcz bohatera. Po domu snuje się też obłąkana przez nieustające czekanie Wdowa (rozedrgana Hanna Klepacka), a jak z innego świata telefonem wywoływany jest Ojciec (świetny Aleksander Podolak), który w kowbojskim kapeluszu spokojnie odmaka w wannie. Najskuteczniej jednak uwagę skupia wspaniale wykreowany Brat, brudny od ciągłego zagarniania i rozrzucania ziemi, obsypywania się nią i konwulsyjnego tarzania. Aleksander jest niespokojnym bytem zawieszonym gdzieś między światami (wszak jego ciała jeszcze nie odnaleziono). Najczęściej spod stołu, jak z grobu, który ma dopiero dla niego powstać, obserwuje "małe rodzinne gestapo", w którym przeszłość rodziny, miasta i kraju boleśnie zderza się z wybujałymi oczekiwaniami, którym nie podołał. Aleksander raz sprawia wrażenie odważnego i męskiego materiału na bohatera, innym razem jest wystraszonym, zagubionym chłopakiem, który nie ma na nic wpływu. W jednej ze scen rozpaczliwie próbuje zatkać sobie uszy, lecz gdy to nie przynosi rezultatu, w przejmujący sposób sam zakopuje sobie głowę pod ziemią, by schować się przed chórem coraz głośniej wykonującym nazistowską propagandową pieśń. Kolejnym bohaterem, od którego nie można oderwać wzroku, jest chór Ursulek, perfekcyjnie przygotowany i konsekwentnie prowadzony od pierwszej do ostatniej sceny. Ursulki posługują się prostymi rekwizytami, uzyskując zaskakujące efekty: dźwięczne pojedyncze tony dziecięcych cymbałków otwierają kolejne rozdziały opowieści Fertacz; historiami kobiety dzielą się sprawiedliwie, by opowiedzieć je wspólnie; razem chrupią jabłka; na ułamki sekund oświetlają swoje twarze płomykami zapalniczek, uzyskując zupełnie piorunujący efekt; fleszami aparatów oślepiają widzów jak stroboskopami. Ursulki pojawiają się wreszcie w ludowych bamberskich kornetach, odświeżając tym samym pamięć o Polakach niemieckiego pochodzenia, którzy w XVIII wieku zostali sprowadzeni na wielkopolskie ziemie. Przez pewien czas duchy z chóru trzymają w dłoniach szklane znicze. Dopiero gdy gasną wszystkie światła, z tego plastycznego obrazka zostają jedynie palące się w równych rządkach cmentarne czerwone ogniki. Świetnych pomysłów na sceniczne rozwiązania znajdziemy w "Trash Story" znacznie więcej: dym z rozpalonego grilla wypełnia przestrzeń sceny, bracia w odrębnych światach przykładają dłonie z dwóch stron blatu, urywane dźwięki fortepianu raz po raz zwalają Małego z nóg, Ojciec na gitarze gra kiczowatą, nostalgiczną balladę, a biały obrus jeszcze nie zdąży dobrze opaść na stół, a już jest zawalony wszelkiego rodzaju śmieciami. "Trash Story" przykuwa uwagę także samą warstwą tekstową: Instytut Weryfikacji Pamięci, historia o czarownicy, która zna wszystkie sny czy przesąd o słabo widzącym, który nagle zaczyna czytać bez okularów to tylko niektóre epizody, które swoim niepokojącym klimatem nadają spektaklowi niezwykłego i niezapomnianego charakteru. Z przedstawienia "Trash Story" wyziera wniosek, że od bezlitosnej pamięci nie ma ucieczki, podobnie jak od historii, traumatycznych doświadczeń pokoleniowych i rodzinnych obciążeń. Jest to sztuka, którą ogląda się piekielnie trudno ze względu na bezkompromisowość przedstawionych przez Marcina Libera tematów. Jest to jednocześnie niezwykle udane, piękne, stworzone z rozmachem teatralne dzieło, którego poznawanie jest wielką przyjemnością. Twórcy skupili uwagę widzów na dwie i pół godziny, nie dając nawet chwili na oddech, na odpoczynek od męczących demonów pamięci, wobec których nie da się pozostać obojętnym.
"Demony pamięci" Julia Korus Serwis teatralny Teatr dla Was 24.10.2012

Blizny matki

Trash Story - Teatr, wrzesień 2012r. Trash Story Magdy Fertacz w interpretacji Marcina Libera odwołuje się do historii ziemi lubuskiej i samej Zielonej Góry, zwracając uwagę na los niemieckich mieszkańców tych terenów. Trash Story, nagrodzony Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną w 2008 roku tekst Magdy Fertacz, powrócił na scenę, wystawiony na deskach Teatru Lubuskiego. W jego gmachu odbywały się w latach trzydziestych ?masowe zebrania i okolicznościowe uroczystości?. To ważna informacja, gdy wiadomo, że Grünberg (przedwojenna nazwa Zielonej Góry) nie różnił się od innych niemieckich miast, których mieszkańcy z entuzjazmem witali dojście Hitlera do władzy. Kilkadziesiąt lat później urodził się tu Marcin Liber, reżyser spektaklu, eksponujący ? ważną także dla autorki tekstu ? metaforę bocianiego gniazda. Jak wspomina Mały, czyli ?słabsze pisklę? w portretowanej rodzinie, pomiędzy jajkami dostojnych ptaków znaleźć można najgorsze rodzaje śmieci. Podążający tym tropem reżyser wnikliwie przygląda się przeszłości rodzinnego miasta, odkrywając przemilczane karty jego wojennej historii. Zanim czas zamaże ostatnie ślady pamięci, widzowie prowokowani są do refleksji nad niełatwą prawdą czasu minionego. Lubuskie Trash Story mocno oddziałuje na ich wszystkie zmysły. Motywem przewodnim jest w nim utrata potomstwa, widziana z perspektywy osieroconej matki. Odniesienie rodzinne uzupełniane jest tu przez kontekst wysiedlenia, w wyniku którego ziemia opuszczona zostaje przez swoje dzieci. Najważniejszym bohaterem tego spektaklu jest miejsce, a tematem ? wykorzenienie. Wojna jawi się jako bezsensowna katastrofa ? pełna cierpienia, wpływająca na geopolitykę, zmieniająca przestrzeń i pozbawiająca ludzi sensu życia. Ziemia przechowuje pamięć po swoich mieszkańcach. Po odejściu każdego z nich znaczy ją nowa blizna. Jest jak matka ? gdy ginie jej dziecko, traci część siebie samej, żywa tkanka zostaje wyrwana z jej ciała. To porównanie sugerowane jest już w pierwszej scenie spektaklu, bezpośrednio po zakończeniu narracyjnego prologu. Matka siedzi przy starym, zapewne poniemieckim, stole. Jej syna pochłonęła rzeka, ale kobieta, grana przez znakomicie powściągającą emocje Elżbietę Donimirską, nie dopuszcza do siebie myśli o jego śmierci. Spokojnie tnie wielkim nożem kawał surowego, czerwonego mięsa. Wygląda, jakby z wyrachowaniem kroiła własne ciało, niezdolne zaakceptować straty i ukoić powodowanego nią bólu. W kolejnych scenach trafi ono na ruszt rozpalonego grilla, skąd roznosić się będzie zapach typowego ? przynajmniej latem ? polskiego święta. Talerz kotletów uświetni dzień urodzin, zaginionego od czterech lat, Aleksandra. Wiele jest w tym spektaklu atrakcyjnych wizualnie scen, które wzbogacają znaczenia materii dramatycznej tekstu. W wannie pełnej wody leży mężczyzna w garniturze i kowbojskim kapeluszu. W tym położeniu ? brawurowo, a przy tym oszczędnie ? Aleksander Podolak gra nieobecnego Ojca. Początkowo porusza się tylko podczas telefonicznych rozmów z Małym. Wyciąga wówczas z wody słuchawkę i z zaśpiewem w stylu country to tłumaczy się z decyzji ucieczki, to poucza swoje dziecko: ?Bawię się [...]. Ty też powinieneś się zabawić. Have some fun, you know...?. Kiedy duch Ursulki podaje mu gitarę, siada na brzegu wanny i, ociekając wodą, śpiewa o tęsknocie: ?Widziałem ludzi znikających jak dym?. Tylko Mały ma dość siły, by buntować się przeciwko sytuacji w domu. Dawid Rafalski gra tę postać na różnych rejestrach ? raz jako zagubionego chłopca, raz jako nonszalanckiego młodzieńca, to znów jako kochanka marzącego o erotycznej bliskości z żoną zaginionego brata. Hanna Klepacka jako Wdowa jest rozedrgana, niepewna. Czasem gra na fortepianie, czasem wybucha śmiechem lub zbyt głośno mówi to, co powinna szeptać. Świetnie oddaje sytuację kobiety opuszczonej, nim doczekała się spełnienia. W spektakularnej scenie, leżąc na blacie, obcuje z ukrytym pod stołem widmem męża (dynamiczny i pełen gniewu Ernest Nita). Obsada aktorska jest mocną stroną tego spektaklu, podobnie jak wzbogacające tekst elementy dramaturgiczne i wizualne. Trash Story Libera otwiera projekcja filmów ukazujących przemarsz oddziałów SA przed Adolfem Hitlerem. Radość wiwatujących tłumów nie jest w stanie przysłonić odbiorcom widma nadciągającej wojny. Pauza zatrzymuje obraz Führera z ręką wzniesioną w rzymskim geście pozdrowienia, gdy dziesięć kobiet, wśród których jest aptekarka, malarka, architekt, farmaceutka czy pedagog, pojawia się na scenie i zaczyna wspominać swoje życie. Przedstawiają się jako Ursulka, właściwe imię ? Klarin, Anne, Marthe, Truda ? wymieniając na drugim miejscu. Wspominają zniknięcie kolorów z ulic Grünbergu, gdy w mieście pojawili się mężczyźni w brunatnych koszulach. Żądania nazistów odbierały sens pracy wychowawczej, artystycznej, edukacyjnej. Opowieści kobiet nawiązują do lokalnej, lubuskiej historii, trafnie poszerzając treść Trash Story. Dramaturg Michał Pabian zadbał o ukazanie jednostkowego wymiaru wielkiej polityki, nie burząc przy tym spójności dramatu i nie ograniczając grona jego adresatów. Każda opowieść kończy się słowami powracającymi niczym tragiczny refren: ?Była duża stodoła. Pożegnałam się i poszłam?. To nawiązanie do wydarzeń z początku roku 1945, kiedy przekroczeniu dawnej granicy Niemiec przez Armię Czerwoną towarzyszyła fala samobójstw, która zabrała dziesięć procent mieszkańców tych terenów. A także przypomnienie, że w ostatnim dziesięcioleciu stodoły czasów II wojny światowej przestały być w świadomości Polaków miejscami neutralnymi. Jak krótka jest droga od światła do cienia, tak blisko ofierze do roli oprawcy i z powrotem. Kiedy Ursulki kończą swoje opowieści, prężą prawe ramiona i śpiewają popularny w III Rzeszy marsz Am Adolf Hitler Platz (w Zielonej Górze nazwano tak dawny plac Kolejarza). Płótno ekranu unosi się, a publiczność przechodzi na scenę, gdzie zaczyna się główna część sztuki. Jej najważniejszym bohaterem jest miejsce, w którym stoi biały dom z czerwoną dachówką. Przechowuje ono pamięć szczęścia i dramatów swoich przedwojennych mieszkańców. Ich następcy, jak córka osiedlonych tu Polaków, mieli trudności z odnalezieniem się wśród ?lepkich ścian?, w których ?ciągle coś [...] skrzypiało?. Ziemia przesiąknięta jest tu tragicznymi doświadczeniami z przeszłości. Czarna, próchnicza gleba, którą pokryta jest cała niemal scena, to najważniejszy, szczególnie nośny metaforycznie, element scenografii zaprojektowanej przez Grupę Mixer. Spoczywają w niej ci, którzy umarli, a równocześnie jest źródłem odradzającego się życia. Zagrzebany jest w niej duch polskiego żołnierza doświadczonego traumą wojny na Wschodzie, którego nieobecność stanowi dramatyczną oś tekstu. Marcin Liber, decydując się na włączenie do spektaklu postaci Brata, logicznie uzupełnił dramatyczny projekt. Ernest Nita smaruje ziemią twarz, włosy, skórę; chowa w niej kurtkę galowego munduru. W przesyconym dramatycznymi emocjami monologu porównuje ziemię, matkę i ojczyznę, na wzór Gombrowicza tworząc neologizm ?matczyzna?, rymujący się w jego ustach ze słowem ?zgnilizna?. Oskarża matki, wychowujące synów na bohaterów, dumne, gdy ich dzieci zakładają mundury. Oskarża system edukacji, który prowokuje do buntu przeciwko roli ofiar, a także historyczną pamięć, która zmusza do obcowania z umarłymi. Tymczasem, jako duch, sam wciska się pomiędzy swoją żonę i Małego, w chwilę po ich zbliżeniu. Towarzyszy żyjącym, podobnie jak duchy kobiet błyskające fleszami aparatów fotograficznych, gdy pojawiają się niemieccy turyści, czy wspomagające domowników ognikami zapalniczek, kiedy gaśnie światło. Zielonogórskie przedstawienie, poprzez podejmowaną w nim polemikę z dominującymi nurtami historiografii i polityki historycznej, idzie tropem nagrodzonych niedawno Laurem Konrada III Furii. Marcin Liber konsekwentnie pozostaje w kręgu tematów dotyczących tożsamości, historii i niedoskonałej pamięci. Dwie sceniczne opowieści zbliża do siebie łączenie planu współczesnego i historycznego, a także zmienność ról oprawców i ofiar. Spektakle w podobny sposób przyciągają uwagę widzów, inspirują do rewizji obiegowych opinii i prowokują do przemyśleń na temat historycznego dziedzictwa tzw. małych ojczyzn. Przejmująca realizacja Trash Story w otwartej przestrzeni sceny łączy byty cielesne i duchowe, spajając także plany przestrzenne i czasowe. Wprowadzenie postaci Brata i śpiewającego chóru znakomicie uzupełnia tekst i ożywia scenę. Szczególnie wyraźnie widać to w epilogu, w którym ukojone dusze kobiet olśniewająco prezentują się w historycznych strojach bamberek z wiankami kolorowych kwiatów na głowach. Spektakl jest mocny, prowokacyjny i znakomity estetycznie. To propozycja bezkompromisowa artystycznie, zarówno w wymiarze dramaturgicznym, jak wizualnym czy muzycznym. Piotr Dobrowolski Teatr, wrzesień 2012 r.

Nic nie jest czarno - białe...

Trash Story - Puls, lipiec-sierpień 2012r. Justyna Iwanowska Nic nie jest czarno-białe? Długo czekałam na ten spektakl. Czekałam od momentu, kiedy dowiedziałam się o samobójczych śmierciach Niemców w chwili wkraczania wojsk radzieckich na Ziemie Zachodnie. Od chwili, kiedy znalazłam blaszkę (wotum?), na którym widniało nazwisko przedwojennych przemysłowców i wydawców gazety w Gruenberg. Od tej chwili, gdy przechodząc przez Park Tysiąclecia czułam się jak profanka depcząca po grobach tych, którzy zbudowali dużą część miasta, w którym mieszkam. Z ulgą zaczęłam dostrzegać przejawy uznania faktu, że ktoś tu był przed nami, ktoś, kto należał do innej kultury, mówił innym językiem. A to zdjęcia przedstawiające dawny Gruenberg i ludzi, a to tablice pamiątkowe, w końcu nieudana próba nazwania jednej z restauracji przedwojenną nazwą miasta (do tej pory można dostrzec na witrażowym oknie napis świadczący o sentymencie właścicielki do przeszłości). Długo czekałam na moment głośnego opowiedzenia dramatu. Dramatu tych, którzy byli tu przed nami, i dramatu tych, którzy zajęli to miejsce. Nic tu nie jest proste i oczywiste. Nic nie jest czarno-białe. Może z wyjątkiem archiwalnych zdjęć z III Rzeszy i pierwszej sceny spektaklu, wpisującej się w konwencję kronik filmowych. Ruchome, żywe zdjęcia kobiet, które żyły, pracowały w Gruenbergu, dbały o siebie nawzajem, o innych, o ulice, o godność. Ich historie kończą się w tej samej stodole, w ten sam sposób. Śmierć jest czarno-biała, zero-jedynkowa. Cała reszta to bogata paleta szarości. W tym spektaklu atakuje nas nie tylko obraz. Dźwięki tworzą wielowarstwową strukturę znaczeń. Na nie nakłada się zapach ? korespondujący z motywem zwęglonej skóry żołnierza. Tak, pojawia się tu całe spektrum żołnierzy ? niemieckich, rosyjskich i polskich ? również współczesnych. Przeplatają się ich losy, przeplatają się losy kobiet. Pojawia się znany nam sprzed lat motyw Niemców oglądających z okien autokarów swoje? nasze? domy. Los i wina niesiona przez pokolenia, jak klątwa, z której można się uwolnić, wykonując kolejne zadania. Najistotniejsze z nich to nazwanie tego, co było, uznanie za fakt, uszanowanie. Dopóki to się nie dzieje, żyjemy zaklęci w przeszłości naszych wyobrażeń i mitów. Instytut Weryfikacji Pamięci pomoże nam odkryć historię Ursulki - jednej z wielu, która tu była i przeżyła swój dramat. Nie przeżyła swojego życia. Efektowność i efektywność tej sztuki polega też na miejscu jej zrealizowania, wystawienia. Aktorzy na scenie są zapewne w podwójnej roli ? tych, którzy opowiadają, i tych, którzy na co dzień dotykają tej historii. Moc tego przekazu jest ogromna, tak jak wiarygodność chłopaków, żołnierza-ducha i antyżołnierza-pomocnika śmierci. Pierwszy, uwikłany przez Matczyznę w wojenną misję, drugi, dobijający się do ojca ? (anty)Bohatera. Wszystko to razem wiruje w rytm pieśni chóru, momentami przeraźliwej, jak zgrzyt styropianu na szkle. Wszystko po to, żeby nie otrzeć się o oczywistość, by nie mieć jasności do końca, za kim stoję w tej rozgrywce. Żeby zburzyć bezpieczny schemat. Reżyser po raz kolejny (po III furiach) pełni rolę IWP, mało tego, pokazuje nierozerwalny związek między czynami przeszłych pokoleń i naszym życiem. Chcąc nie chcąc niesiemy brzemię niedokończonych spraw między ofiarami i sprawcami, między towarzyszami broni. Najmocniej wpływa na nas to, co pozostaje tajemnicą, w ukryciu. Postawienie grobu Ursulki to zarazem przywrócenie jej prawa do istnienia a zarazem do śmierci, i pochówku. Teraz może przestać już błąkać się po okolicznych polach, dopominając się o swoje prawa. * * * Idę więc przez Zieloną Górę i widzę między domami tarasy winnic, na których dojrzewały (niemieckie?) owoce. Domyślam się ludzi, którzy wydreptali swoje życie, którzy stracili tutejsze życie. Mieli wybór? Nie żebym miała nad tym głęboko rozpamiętywać. Wystarczy nie zaprzeczać. ?Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w okamgnieniu?. Justyna Iwanowska Puls, nr 7-8 (167-168) lipiec-sierpień 2012 r.  

Te duchy wołają o pamięć

Trash Story - Gazeta Lubuska, 25.06.2012 r. Lubuski Teatr kończy sezon petardą. Każe nam gryźć ziemię niepamięci o ofiarach. Polskich i niemieckich, które zawisły na sznurze.
Reżyser Marcin Liber obiecał nam, że jego "Trash Story" nie będzie spektaklem łatwym i przyjemnym. I słowa dotrzymał. A nie chodzi tu o to, że grający Brata Ernest Nita prawie pluje widzowi w twarz czy częstuje grudką ziemi. Ta ziemia jest w zielonogórskim spektaklu akurat prawdziwa. Tak jak kawał karkówki, który z wielkim zaangażowaniem tnie na kawałki Matka (Elżbieta Donimirska), by wrzucić na gorący prawdziwym żarem ruszt polskiego, rodzinnego grilla - tuż pod nos widzów. Po cóż reżyserowi ta scenograficzna dosłowność? Przecież nie o zapach gleby czy pieczystego tylko chodzi. A bardziej o brud, który staje się stałym elementem kostiumu zakopującego sobie głowę Ernesta Nity. Czarna ziemia szybko zastępuje mundur dzielnego, współczesnego polskiego wojaka, który z misji wrócił inny. Niepozbie-rany. A któregoś dnia poszedł nad rzekę i ślad po nim zaginął. A Matka została z bólem, papierowymi hasłami "Honor", "Ojczyzna" na ustach. I z drugim synem - Małym (Dawid Rafalski), ale tym innym, dziwnym, z tym swoim śmiesznym, bezproduktywnym pacyfizmem w sercu. Ojciec? Ojciec (Aleksander Podolak) pławi się (dosłownie!) w amerykańskim śnie. Jest jeszcze domniemana Wdowa (Hanna Klepacka) po Bracie. Coś ją łączy z Małym? Zgroza! Miała umrzeć w 5 minut No i są jeszcze duchy tych dziesięciu niemieckich kobiet. W prologu pedagog Ursulka Klarin, malarka Ursulka Annę, restauratorka Ursulka Marthe, farmaceutka Ursulka Althe, studentka Ursulka Joppe i inne opowiadają, jak wyglądało ich zwyczajne życie w Gruenbergu - przedwojennej Zielonej Górze. I jak nazizm zawłaszczał ich wolność, pragnienia... "Była duża stodoła. Pożegnałam się i poszłam" -kończy każda swoją krótką biografię. O jaką stodołę chodzi? W sumie o wiele stodół, domowych strychów, gdzie na przełomie 1944 i 1945 r. wieszały się niemieckie kobiety na wieść, że idzie ruski Antychryst. Że morduje i gwałci, nawet dziewczynki. To fragmenty reportaży o Wildenhagen - dzisiejszym Lubinie w okolicach Torzy-mia i Rzepina - słyszymy z ust bohaterów dramatu Magdy Fertacz. To tam niemieckie kobiety uradziły, że świat się kończy. Wieszać się trzeba. Pobiegły na strych, stawały na workach. Najpierw wieszały swoje dzieci... Adelheid Negel w 2002 r, powie do kamery Grzegorza Pawełczaka, że pytała wtedy, stojąc na worku ze sznurem na szyi, czy długo będzie umierała. -To tylko 5 minut - usłyszała od rodzicielki, która córki jednak nie upilnowała. Za wcześnie umarła, a małą Adelheid znaleźli wśród powieszonych kobiet rosyjscy żołnierze. Jej nie zgwałcili. Jej starszą koleżankę w agonii - już tak. Ziemia wasza i nasza M. Liber w swoim przypominaniu o losie niemieckich kobiet - żon i matek tych, którzy w hitlerowskim mundurze "uczyli porządku" i "oczyszczali ze świń" słowiańskie kraje na wschodzie, daleki jest od rewizjonizmu. Nie wybiela zbrodni. Słyszymy o cyklonie B, który zabijał w komorze gazowej od dołu, najpierw dzieci i chorych...   Jeśli coś "Trash Story" rewiduje, to naszą pamięć i świadomość. Tytuły kolejnych aktów typu "Rozmowa", "Dom" wyświetla reżyser na ścianie po polsku i po niemiecku. W dwóch równoległych rzeczywistościach, znajduje punkty styczne. Tu i tu są kobiety. Oszukane przez "ojczyźnianą" doktrynę matki, żony, córki. I jest ziemia. - Ta ziemia wyżywiła Niemca, to myśleliśmy, że i nas wyżywi - wzdycha Matka. I dotyka sedna. Miejsca. Gniazda. Tego jakże polskiego. A jak się bliżej przyjrzeć - zbudowanego po części ze śmieci. Co nie przeszkadza, by doń wracać. A co przeszkadza? 50 samobójczyń z Wildenhagen pochowano w bezimiennych zbiorowych mogiłach. Jedną wykopali na polu bohaterowie ... A opłakiwany przez Matkę ukochany syn? Cierpi niepochowany w zaświatach, dzieląc los chóru niemieckich duchów. Tu potrzeba pogrzebu. Trumna nie musi lśnić lakierowaną dębiną. Wystarczy skromny znicz. Znak pamięci. I oto mamy "Trash Story" - najlepszy spektakl Lubuskiego Teatru nie tylko tego sezonu.
"Te duchy wołają o pamięć" Zdzisław Haczek Gazeta Lubuska nr 145/23-24.06. 25-06-2012
**********************************************************************************************

Historia ze śmietnika. Poniemieckiego

"Trash Story" w reż. Marcina Libera w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Magda Piekarska w Gazecie Wyborczej - Wrocław.

«Tym razem zachęcam Państwa do wycieczki do Zielonej Góry. Nie tylko dlatego, że to moje rodzinne miasto. Warto wybrać się tam do teatru - na "Trash Story" Magdy Fertacz w reżyserii Marcina Libera. Ostrzegam: to ryzykowna wyprawa, bo jej skutkiem będzie wstrząs - bolesny, ale potrzebny. To spektakl o historii, która domaga się opowiedzenia. O duchach, krążących wokół starych domów, usiłując przemówić. O przeszłości, która sprowadza przekleństwo na kolejne pokolenia. O cierpieniach kobiet, ale i o ich zwycięstwie.I choć tekst Magdy Fertacz po raz pierwszy został wystawiony w Warszawie, to jednak mam wrażenie, że pełną energię uwolnił w Zielonej Górze. A jest to energia porównywalna z wybuchem paru dobrych kilogramów trotylu - jednej z tych niespodzianek, które tak lubili pozostawiać w ziemi dawni mieszkańcy poniemieckich wsi i miasteczek. I choć z zewnątrz wydaje się, że zielonogórski teatr wciąż mocno trzyma się fundamentów, to widownia podczas tego przedstawienia czuje się rozniesiona w pył.Na tę moc składają się sam tekst, reżyseria Marcina Libera (nie bez znaczenia jest fakt, że pochodzi on z Zielonej Góry), najwyższa mobilizacja zespołu aktorskiego z Hanną Klepacką, Elżbietą Donimirską, Ernestem Nitą, Aleksandrem Podolakiem i Dawidem Rafalskim na czele, a także - last but not least - miejsce tej premiery. Bo przecież "Trash Story" przynosi opowieść tak nierozerwalnie zrośniętą z historycznym dziedzictwem Ziem Odzyskanych, że wywieziona poza ich obręb musi stracić część siły i energii. Duchy dawnych mieszkańców mamroczące coś w obcym dla nas języku to specjalność tego regionu, gdzie mieszka się w poniemieckich domach, spaceruje po poniemieckich cmentarzach, a jeśli ma się słabość do staroci, to i pija poranną kawę z poniemieckiej porcelany.W Zielonej Górze ta świadomość obcego dziedzictwa ma w sobie siłę ryzykownej metafory. Sama mam trudność z opisaniem niektórych miejsc, w których dorastałam. Okna mieszkania mojej babci wychodziły na park, do niedawna jeszcze - cmentarz. Sąsiedztwo tylko teoretycznie ciche i spokojne, bo z dawnego krematorium nocami dochodziły potężne hałasy - przez całe dekady działała tam dyskoteka, nazywana przez miejscowych "Pod Trupkami". Jednocześnie cała historia miasta, jaką dane było nam poznać na lekcjach w szkole, kończyła się na średniowiecznych procesach czarownic, zamykanych w zielonogórskiej wieży. Potem było długo, długo nic - aż do 1945 roku. A nas intrygowały niemieckie napisy, które wciąż wychodziły spod tynku. I srebrne łyżeczki czy kawałki szkła wykopane spod ziemi. Kamienice przy deptaku, tak różne od brzydkich szarych bloków z betonu. Opuszczone cmentarze. Na to wszystko był jeden przymiotnik - "poniemieckie".To, co poniemieckie, nie daje spokoju nam, dzieciakom sprzed lat - Liber zrobił o tym spektakl, mój dawny kolega z liceum, Krzysztof Fedorowicz, napisał książkę "Grunberg", w której powojenni osiedleńcy wyrywają z ziemi pod Zaborem korzenie winorośli, żeby posiać w tym miejscu zboża, które tu nigdy nie obrodzą. Dzisiaj winnice wracają w okolice Zielonej Góry - jedną z nich prowadzi autor "Grunbergu", dokładnie w miejscu dawnej, "poniemieckiej".To wszystko są trash story - historie wyciągnięte ze śmietnika, dokąd trafiły na kilkadziesiąt powojennych lat. Fertacz i Liber podejmują wątek, który przedtem na teatralne deski trafił tylko raz, kiedy Jan Klata wystawił "Transfer" we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Temat wymiany ludności, przesiedleń, styku niemieckiej i polskiej historii Ziem Odzyskanych został tutaj jednak potraktowany inaczej. W "Transferze" miał w sobie moc dokumentu, tutaj - choć tekst został częściowo oparty na historii Niemek z Wildenhagen, dzisiejszego Lubina (nie tego miedziowego, chodzi o małą wioskę w Lubuskiem, tuż przy niemieckiej granicy), opowiedzianą w reportażu Włodzimierza Nowaka - ma zupełnie inny charakter. Niemki, które w panicznym strachu przed Rosjanami popełniły zbiorowe samobójstwo rozszerzone - bo zabiły też własne dzieci - zostały tu przeniesione do Grunbergu (Zielona Góra). W prologu opowiadają swoje historie, w trakcie spektaklu zamieniają się w chór Ursulek, duchów usiłujących doprowadzić do uznania przez żyjących ich praw (znakomita robota Hanny Klepackiej - pod jej kierunkiem aktorki Teatru Lubuskiego nie dość, że poradziły sobie ze skomplikowanymi kompozycjami Aleksandry Gryki, to jeszcze śpiewają tak, jakby nic innego dotąd nie robiły). Widoczne dla publiczności, dla mieszkańców poniemieckiego gospodarstwa są całkowicie niewidzialne. I szukają pośredników, którzy po-mogliby im się urzeczywistnić, a współczesnym mieszkańcom odzyskać spokój - w zgodzie z sobą i z historią.Przekleństwo historii to temat, który już wcześniej pojawiał się u Libera - m.in. w zrealizowanych w Legnicy "III Furiach". Zielonogórski spektakl wydaje się ciemniejszy, mocniejszy, a węzeł przeszłości trudniejszy do rozwikłania, mniej oczywisty. A jednak po tym trwającym około trzech godzin seansie spektakl zostaje rozświetlony finałem, który spinając wszystkie wątki, zdejmuje klątwę z bohaterów. To jest zwycięstwo pamięci nad mechanizmem wyparcia, opowieści nad milczeniem. Ale też kobiet nad mężczyznami - to one z tej historii wychodzą zwycięsko. - Patrz, leci bocian - mówi teściowa (Donimirską) do synowej (Klepacką), na cmentarzu, nad grobami syna-męża i jednej z Ursulek. - Nie, to bocianowa - odpowiada synowa i obie śmieją się długo i beztrosko. "Trash Story" nie ma wprawdzie już w czerwcowym repertuarze Teatru Lubuskiego, ale proszę się nie zniechęcać - spektakl, podobnie jak kilka dolnośląskich przedstawień, zakwalifikował się do programu Teatr Polska, co oznacza, że od 15 lipca będzie podróżował - będzie go można zobaczyć pewnie i gdzieś bliżej Wrocławia.»
"Historia ze śmietnika. Poniemieckiego" Magda Piekarska Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 143 21-06-2013
walk_icon Wirtualny spacer