Repertuar

Sen nocy letniej

William Szekspir

Reżyseria: Robert Czechowski

Premiera:

Czas trwania: 100 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Sen nocy letniej to jedna z pierwszych komedii napisanych przez Szekspira. W pierwotnym zamyśle najprawdopodobniej powstała jako weselny balet na uroczyste dworskie zaślubiny. Przez niektórych uznawana za komiczny odpowiednik tragedii Romeo i Julia. Mimo swej pozornej prostoty i nieskomplikowania to sztuka łącząca najbardziej różnorodne przejawy ludzkich uczuć i natury świata, a wyzwala je wielka historia miłosna dwóch zakochanych par. Pasja i trwoga, wstyd i namiętność, miłosne oczarowanie i gwałtowna nienawiść. Typowe dla Szekspira spiętrzenie uczuć. Wszystko, co najważniejsze w sztuce rozstrzyga się w wyjątkowy czas Nocy Świętojańskiej, który pozwala zderzyć świat rzeczywisty ze światem zaczarowanym.

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

"Sen nocy letniej" - reż. Robert Czechowski - Teatr Lubuski w Zielonej Górze
Dziennik Teatralny
Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego pod wodzą Roberta Czechowskiego otwiera nowy - stary rozdział. Czechowski zostaje na stanowisku dyrektora. Nowy etap otwiera Snem nocy letniej Szekspira w swojej reżyserii. Jeśli w tym kierunku podąża lubuski teatr – chapeau bas! Takiego Szekspira potrzebowałem jak dobrego snu. Wyprawa w noc świętojańską trwa we mnie nadal.
Historia z krainy elfów pobudza wyobraźnię od wieków. Na kolorowym przeźroczu widzimy zgruzowany antyk. Szekspir ośmiesza (wszak to komedia)  hegemonów, ojców, pewnych siebie zdobywców dam. W odpowiedzi na Romea i Julię tworzy uciekającą od patosu gdzie pieprz rośnie historyjkę o zbyt małych miłostkach i pozlepianym człowieku. Ludzie są marionetkami. Jeśli znikną wszechwładni ojcowie – na ich miejsce przyjdzie pokusa, sen i marazm. Tyle z "czystego" Szekspira. Czechowski wchodzi we współczesność. Nie ostentacyjnie, nie chorobliwie - podskórnie. Spektakl zaczyna się przed wejściem do teatru. Odpowiedni nastrój buduje mroczna muzyka. Po wejściu zaczynają nas mijać i lustrować wzrokiem osobliwe, dziwacznie poubierane persony. Czechowski zaraża spektaklem poza sceną. Gościu, wszedłeś w to i nie będziesz obojętny – tak zdają się mówić poruszające się, nieme postaci. Cały spektakl podrysowuje pulsacyjna muzyka. Mamy tu Beatlesów, Ryśka Riedla, Imany. Czego mu tu nie mamy? Szekspir, gdyby żył - nuciłby She loves You, yeah, yeah, yeah. Do tego – niepokojąca, wchodząca w głowę śrubokrętem – elektronika. Cała ta gama barw muzycznych zaserwowana nam przez Damiana Neo-genn Lindnera współpracuje z przechodzącą w różne odcienie "metalurgiczną" scenografią. Już na plakacie spektaklu mogło zastanowić, co robią te zestawy poskręcanych rurek w wilgotnym od mchu świecie Szekspira. To w nich czają się przegródki naszej podświadomości. Z tych rurek, rureczek wychodzi pozlepiana i nieoczywista prawda o człowieku współczesnym. Czechowski wprowadza swoich bohaterów na "salony" dyskotek, zepsutych klubików i tanich gadżetów naszego odwiecznie konsumpcyjnego baroku. Barok Szekspira przechodzi tu w nasz, wylansowany, wylaszczony baroczek. Świetnie wgrywają sie w to aktorzy – rapujący, stepujący, "Dżemujący" - Jerzy Kaczmarowski, Marek Sitarski, Wojciech Brawer, Łukasz Kucharzewski i Piotr Lizak. Lizak zasługuje na szczególne wyróżnienie ---– jego Demetriusz rechocze współczesnością (rap wierszem Szekspira to mistrzostwo), a jednocześnie realizuje plan angielskiego dramaturga – ośmiesza ludzkie błądzenie, miłostkową małość. Do ról rzemieślników Czechowski zaprosił dwóch więźniów. Dobry trop do myślenia o teatrze. Nie chodzi tu tylko o aspekt terapeutyczny, natomiast o prawdę, jaka z ich twarzy wychodzi, naturalność, która świetnie wyśmiewa nadmuchany romantyzm. Szekspir w roli aktorów chciał widzieć przecież więźniów, stąd ten zabieg bynajmniej nie jest eksperymentalny, jest czysto ludzki. Dwie warstwy spektaklu – ta "nadrealna" wypełniona elfami (Królowa Tytania i król Elfów) i ta współczesna, złożona z "rzemieślników" nakładają się na siebie, przekładają swoje porządki i to dobrze odzwierciedla ruch na scenie. Uwspółcześniony przekład Stanisława Barańczaka wyznacza już dziś normę w odkrywaniu Szekspira dla potomnych. Józef Paszkowski i jego "barok słowa" mogą dziś brzmieć wręcz groteskowo. Aktorzy zielonogórscy bez zarzutu. Oprócz wspomnianego Lizaka, na uznanie zasługuje Tytania o twarzy Hanny Klepackiej. Jej soulowy głos i poskręcana od bólu twarz (Tytania porusza się na wózku inwalidzkim) oddają cierpienie, a zarazem uwalniają kobiecą czułość, erotyzm i liryzm. Trudne to było zadanie, ale Klepacka podołała z nawiązką. Jej ciało tonące w konwulsjach niepostrzeżenie staje się siedliskiem namiętności podskakującej na wózku jak na miłosnym łożu. W jej postaci zawiera się zbiorowy głos samotnych, urzeczowionych kobiet, które pulsują zmysłowością, wznosząc ją na inny, wyższy poziom. Ernest Nita dobrze oddał niekonsekwencje Lizandra, a Marek Sitarski swoją swobodna grą spuszczał umiejętnie powietrze z próżnych deklaracji miłosnych. Łukasz Kucharzewski dosycał ten sen swoim niebanalnym głosem. Brawa dla muzyka z gitarą, dla którego chcielibyśmy zostać w teatrze do białego rana. Metalurgia, która pełni tu rolę kratek świadomości przypomina mi organy. Zamiast muzyki sakralnej słyszymy równie duchowe brzmienia. Ten koncert przechodzi jak iskra przez widzów i wprowadza ich w trans. Żyjemy w czasach, gdzie rolę snu zaczynają pełnić wszelkiego rodzaju "polepszacze". Narkotykiem jest tu otoczenie muzyczne, z którego łatwo wyjść się nie daje. Próbowałem po spektaklu, nie było łatwo – jeszcze trzyma. Muzyka jest ucieczką w świat, gdzie jesteśmy inni. Jest atrybutem współczesnej duchowości, którą coraz trudniej zbudować w gąszczach naszego wieku. Na oczach ludzi zagnieździła się katarakta, która napędza życie, a jednocześnie cholernie boli. Z takim przeźroczem wchodzimy w nieświadomość. Nie ma lepszej przestrzeni dla takiej perspektywy niż las. W takie gąszcze zaprasza nas Czechowski i mówi: zamknij oczy, spróbuj, zapomnij na chwilę. Sen nocy letniej z Zielonej Góry to metalurgiczna droga do punktu, z którego nie można się zbudzić, a trzeba. Rysiek Riedel śpiewał: w życiu piękne są tylko chwile. Tylko chwile. Trzeba się obudzić, aby oddychać.
Janusz Łastowiecki Dziennik Teatralny Zielona Góra 26 lutego 2013 ******************************************************************************************************************
"Sen nocy letniej" - reż. Robert Czechowski - Teatr Lubuski w Zielonej Górze
Dziennik Teatralny
Czechowski uwalnia „Sen Nocy Letniej" ze smokingu współczesności Donnellana i białej abstrakcji Brooka. W jego inscenizacji rzeczywistość przetykana jest snem bez wyraźnych splotów. „Teraz" gładko przechodzi w „zawsze", sielanka w koszmar, a las ateński w zielony kod binarny z „Matrixa". Bezczasowa i bezdenna noc Czechowskiego wciąga nas na powrót w matnię Szekspira. A gdy rozum śpi... budzi się wyobraźnia.
Piękno w prostocie Pomysł Czechowskiego na Szekspira jest prosty, ale w efekcie i wykonaniu – bardziej niż złożony. Jego „Snem..." rządzi, nomen omen, logika snu. Muzyka z Bałkan łączy się tu bezkarnie z hiszpańską korridą, węgierski bełkot z gitarowym bluesem, a pług z rydwanem. Co więcej, cyfrowy bambus z braci Wachowskich w miejsce gaju oliwnego (genialny pomysł Jana Polivki) jest we śnie Czechowskiego na (należnym mu) miejscu. Zamyka nie tylko postaci z Szekspira, ale i współczesną widownię, w paszczy snu i symulacji. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Bez cenzury Czechowski wierzy w sen Szekspira i pozwala wybrzmieć jego wieloznaczności. Tekst oryginału nie tylko się nie zmienia w jego inscenizacji, ale odbija szerokim (bardzo szerokim) echem (słowa uznania dla dramaturga Michała Pabiana). Najjaskrawiej komentuje go niewybredna oprawa muzyczna, choć nie bez humoru i drugiego dna. Już na wstępie słyszymy popową wersję wydarzeń w ateńskiej kniei: „In the jungle, the mighty jungle, the lion sleeps tonight". Inną, nie mniej karkołomną aluzją jest „Mamo, smutno tu i obco, drzewa inne rosną" Violetty Villas. A w odpowiedzi na fatalny wpływ księżyca rozbrzmiewa „One Way Ticket to the Moon". Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o wokalu (nie do zdarcia), gitarowych riffach, para-amerykańskim akcencie , a w efekcie niewyczerpalnym potencjale komediowym Jerzego Kaczmarowskiego, Łukasza Kucharzewskiego, Wojciecha Brawera, Radosława Poniedziałka i Przemysława Faleja. Ta  trupa amatorów teatru ze sztuki Szekspira to najjaśniejszy punkt mrocznego w swojej istocie „Snu..." Czechowskiego. Scenografia i kostiumy też „śpiewają", a raczej wyją, na scenie Lubuskiego. Połatane kaftany, ni to z epoki, ni to z kosmicznej opery (kostiumograf Elżbieta Terlikowska świetnie się wpisuje w oniryczny klimat przedstawienia) i współczesne garnitury elfów w kolorze ciała (Grupa Mixer nadal w formie) to pękające w szwach i symulowane tożsamości. Bo  u Czechowskiego, jak u Szekspira, śmiech podszyty jest skowytem, ludyczność refleksją, a las ateński surrealnym Maxem Ernstem. Nie na skróty Oberon (król elfów) i Tezeusz (książę Aten) w wykonaniu jednego tylko aktora, czy Tytania (królowa elfów) i Hipolita w wydaniu tej samej aktorki, to częsty reżyserski manewr w realizacji „Snu...". Ale Czechowski nie chadza skrótami. Przenikanie się jawy i snu osiąga bardziej krętą i ciekawszą drogą. W usta duchów leśnych wkłada tekst realnych postaci; głosy elfów i śmiertelników nakładają się na siebie lub kończą nie swoje kwestie. Pomysł – genialny, nie mniej wykonanie. Kinga Kaszewska-Brawer, Kaja Bień, Tatiana Kołodziejska i Elżbieta Lisowska-Kopeć (jako elfy) tworzą jeden spójny organizm – drapieżny ukwiał o wielu obliczach i głosach, ale  celu tym samym –  realność. Dalej,  Tytania... na wózku inwalidzkim (chwytająca za trzewia Hanna Klepacka), skarlały Oberon na czerwonej kanapie Lyncha (pozbawiony skrupułów i złudzeń, świetny Aleksander Podolak), zalany (nie tylko miłością) Demetriusz (nad wyraz autentyczny Piotr Lizak), elektryzujący Puk Anny Haby (czy raczej agent Smith z „Matrixa") śnią na jawie sny Czechowskiego i swoje własne, a widownia wraz z nimi dryfuje poza czas i przestrzeń. „Sen nocy letniej" w reżyserii Czechowskiego nie jest dziełem śmiertelnika.
 Monika Gorzelak 
Dziennik Teatralny 27 lutego 2013 ******************************************************************************************************************
Premiera w teatrze. Sen Szekspira wciąż trwa. 
Gazeta Wyborcza
Na zielonogórską scenę wróciła wielka klasyka. "Sen nocy letniej" Szekspira robi duże wrażenie. Spektakl to niebanalny, niegrzeczny, świetnie zagrany. PolecamyPo Molierze, Senece Młodszym i Tołstoju, Teatr Lubuski podejmuje kolejne wyzwanie z szuflady "klasyka". Na kolejną propozycję wybrał Szekspirowski "Sen nocy letniej", czyli studnię inspiracji, niewyczerpanych możliwości i zabaw formą. Jak wyszło? Naprawdę interesująco, choć to bardziej widowisko muzyczno-plastyczne niż sztuka grana "po bożemu", ze starym szekspirowskim humorem i liryką.
W "Śnie nocy letniej" przenikają się światy, rzeczywisty z wyobrażonym, mitologicznym. Nie do końca jasne jest, co dzieje się naprawdę, a co jest jedynie marą, przewidzeniem, snem. Podobnie na scenie przeplatają się konwencje: klasyczna ze współczesną. Aktorzy raz grają w kostiumach z epoki, to znów przywdziewają nowoczesne stroje. Elfy i duchy to dziwne, nieziemskie stworzenia, niby-roboty, niby-manekiny. Poruszają się plastycznie, jak opętani, maniakalnie powtarzają kwestie i tworzą przeszywające echo. Robi wrażenie, wciąga, hipnotyzuje.
Historia, jaką opowiada "Sen nocy letniej", jest dość pogmatwana. Jak u Szekspira, piętrzą się emocje: miłość, nienawiść, rozpacz, wściekłość. Lizander kocha Hermię, a Hermia Lizandra. To akurat proste. Ale do Hermii wzdycha też Demetriusz, za którym ugania się z kolei nieszczęśliwa Helena. Jak rozwiązać patową sytuację? Chyba tylko czarami... A duchy, w tym nieprzewidywalny Puk, potrafią zamieszać jak w kotle.
Aktorzy poradzili sobie nieźle. Doskonała Karolina Honchera jako Helena, miotająca się w konwulsjach rozpaczy dziewczyny stale odrzucanej i niekochanej. Niezły Piotr Lizak, który stanął naprzeciw niełatwemu zadaniu aktorskiemu. Gra pijaka na wiecznym haju, kapitalnie wyczuwając groteskowy humor Szekspira. Genialna jest scena, gdy Lizak wpada w kibolską manierę.Trafionym zabiegiem reżysera było zaangażowanie w spektakl osadzonych w zielonogórskim areszcie. Przemek śpiewa przejmująco, lepiej niż niejeden profesjonalista.Momentami spektakl niepotrzebnie się przeciąga. Dłuży się pierwsza scena rzemieślników, nieco improwizowana, mało treściwa. Rekompensuje ją natomiast taniec elfów i duchów. Znakomita choreografia, świetnie zgrana z mroczną, elektroniczną muzyką.Całość jest osadzona w dość prostej, ograniczonej, acz pomysłowej scenografii. W pierwszej części spektaklu, oprócz aktorów, na scenie nie ma właściwie nic. To dobry zabieg, widz koncentruje się na człowieku, treści, przekazie. Druga połowa sztuki jest już grana na tle asymetrycznych rzędów puszek, które leniwie opadają i wznoszą się do góry. Ważną rolę odgrywa tu światło. Reżyserowi światła Piotrowi Pawlikowi (związany ze scenami krakowskimi i warszawskimi, pracował m.in. z Warlikowskim i Kleczewską), któremu za pomocą lamp, kolorów i dymów udaje się stworzyć na scenie magiczny, tajemniczy klimat.Zielonogórska wersja "Snu nocy letniej" po raz kolejny pieczętuje tezę, że nasz teatr podąża w słuszną stronę. Idzie z duchem czasu, gra na emocjach, nie boi się wyzwań, prowokuje.
Paulina Nodzyńska,
Gazeta Wyborcza Zielona Góra, 26.02.2013 r.
******************************************************************************************************************

Bezkarne dryfowanie poza czasem i przestrzenią

Portal internetowy wzielonej.pl
Płynne i bezbolesne połączenie tradycji z nowoczesnością, kod binarny „Matrixa” jako alternatywa dla ateńskiego gaju oliwnego, pług z rydwanem, a do tego nietuzinkowa oprawa muzyczna – wszystko to towarzyszyło nam podczas studenckiej premiery „Snu nocy letniej” w Teatrze Lubuskim w Zielonej Górze.
W atmosferę byliśmy wprowadzeni już przed gmachem teatru. Rydwany, mroczna muzyka, w holu dziwaczne postaci, które lustrowały nas beznamiętnymi spojrzeniami. Jak dla mnie – świetne wtajemniczenie w to, co na nas czekało na scenie. Czechowski zadbał, abyśmy już od samego początku poczuli nastrój, wyzbyli się obojętności, zostawili szarą codzienność i niepotrzebne myśli w szatni, razem z płaszczami. Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, iż „Sen…” zespołu z Lubuskiego Teatru jest dość chaotycznym zbiorem scen. Bez większego ładu i powiązania. Nic bardziej mylnego. Każdy, kto dał się ponieść wodzom fantazji, trafił na klucz, dzięki któremu mógł zrozumieć sens i przesłanie nie tylko Szekspira, ale też Czechowskiego. Bowiem zarówno jednemu, jak i drugiemu, chodziło o pokazanie dramatu miłości, jej ogromnego pragnienia, które nosi w sobie praktycznie każdy z nas oraz jak bardzo bywa ona nieraz krzywdząca. Pomimo bardzo współczesnego podejścia do spektaklu, czego przykładem było chociażby dobranie muzyki (kawałki Imany, Beatlesów czy też Violetty Villas), twórcom udało się zachować eter szekspirowskiego dzieła. Ogromne uznanie dla Michała Pabiana, który jako dramaturg zadbał o nienaruszenie oryginalnego tekstu. Wręcz przeciwnie – postarał się o jego podkreślenie. Na pochwałę zasługuje także, a być może przede wszystkim doskonała gra naszych zielonogórskich aktorów – jak zawsze stanęli na wysokości zadania. Hanna Klepacka udowodniła nam, iż doskonale radzi sobie z rolą Tytanii, postaci pełnej cierpienia, a zarazem erotyzmu. Ernest Nita (Lizander) poparł dowodami wcześniejsze opinie na temat jego gry – tylko kilkoma ruchami i gestami potrafi wzbudzić ogromne zainteresowanie ze strony publiczności, uzyskując jednocześnie zamierzony efekt komiczny. No i oczywiście Piotr Lizak, wcielający się w postać Demetriusza, który w pewnym momencie zdobywa serca wszystkich fanów zielonogórskiego klubu żużlowego zakrzykując „na Falubaz!”. Są to tylko przykłady świetnie odegranych ról, ponieważ tak naprawdę każda zasłużyła na pochwałę, czego dowodem były owacje na stojąco publiczności już po przedstawieniu. Aż chciało się zakrzyknąć bis! Zwłaszcza do muzyka z gitarą, którego głos oczarował niejedną z pań. Takiego Szekspira nie znaliśmy. Dzięki doskonałemu wyczuciu Roberta Czechowskiego, Dyrektora Lubuskiego Teatru im. Leona Kruczkowskiego oraz reżysera „Snu…”, przenieśliśmy się w szekspirowski świat elfów, nie tracąc przy tym ani odrobiny z naszej współczesności.
 autor: Małogrzata Włodarczyk
Portal internetowy wzielonej.pl
 07.03.2013
walk_icon Wirtualny spacer