Repertuar

Samotny Zachód

Martin McDonagh

Reżyseria: Robert Czechowski

Premiera:

Czas trwania: 105 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Prapremiera tej sztuki – autorstwa jednego z najbardziej znanych dramatopisarzy angielskiego obszaru językowego – odbyła się w Irlandii 19 lat temu. W swoim pierwotnym kształcie „Samotny zachód” jest gorzką komedią, która jednak w zielonogórskiej inscenizacji wykracza poza ramy tradycyjnie rozumianego gatunku. Przedstawienie rozgrywa się w dwu planach dramaturgicznych i przestrzennych. W pierwszym z nich, w świecie „rzeczywistym”, osią konfliktu jest nieustanna, w istocie groteskowa walka między dwoma starzejącymi się we wspólnej samotności braćmi, której bezsilnie towarzyszy miejscowy ksiądz i młoda dziewczyna. Drugi plan określają symbolicznie wznosząca się nad miejscem zdarzeń góra i woda, jak mitologiczny Styks wiążąca dwa różne światy – oraz metaforyczne postacie Chłopaka i trzech Dziewczyn. Utwór McDonagha poraża Czechowowską melancholią i mrocznym humorem rodem z filmów Tarantino i ma w sobie wiele z klimatu Twin Peaks. Tej piorunującej mieszance nastrojów nie sposób się oprzeć. Ułomni, pokiereszowani życiem bohaterowie błąkają się nieporadnie wśród prowincjonalnych irlandzkich przestrzeni, słabo radząc sobie zarówno z Bogiem, jak i sobą nawzajem. A może w tym właśnie tkwi istota ich człowieczeństwa?

Tłumaczenie: Klaudyna Rozhin Reżyseria: Robert Czechowski Scenografia i kostiumy: Wojciech Stefaniak Opracowanie muzyczne: Damian-neogenn-Lindner Ruch sceniczny: Paweł Matyasik Światło: Piotr Pawlik Asystent reżysera: Janusz Młyński Zdjęcia: Adaś Hanuszkiewicz

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Najlepsi idą do piekła

16 stycznia 2016 r. na scenie Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze odbyła się premiera sztuki Martina McDonagh'a „Samotny Zachód" w reżyserii Roberta Czechowskiego. Ostatni utwór z „Trylogii Leenane" jest obrazem ludzkiego upadku, samotności, słabości, utraty wiary. Irlandzki dramatopisarz pokazuje świat, w którym to najlepsi zawsze idą do piekła. Świat, w którym pozornie nie ma ludzkich odruchów i możliwości ocalenia. Świat porzucony przez Boga, choć wcale niepozbawiony miłości, więzów przyjaźni i lojalności. Świat, w którym dominuje czerń i biel, ale który za sprawą zielonogórskiego zespołu z całą pewnością nie jest czarno-biały.

Bimber i plastikowe Maryjki

Spektakl rozpoczyna się lirycznie. Na zaciemnionej scenie, na której zarysowują się kontury przedmiotów zaczyna grać przejmująca trąbka. Jej smutna pieśń towarzyszy młodej dziewczynie Girleen (Romana Filipowska), zapisującej coś w pamiętniku. Nastrój rozpada się, gdy na scenie pojawiają się główni bohaterowie Val i Coleman (Janusz Młyński i Jerzy Kaczmarowski), wszczynając awanturę o wypity bimber. Soczysty język rozbija dźwięki instrumentu i atmosferę melancholii.

Osią spektaklu są obrazoburcze, obsceniczne i śmieszne kłótnie dwóch podstarzałych braci. Powtarzające i ciągnące się w nieskończoność przepychanki słowne są siłą napędową ich życia. Obaj piją bimber, który burzy im krew i prowokuje do zaciętości. Postaci są genialnie skonstruowane – Val zbierający z uporem maniaka plastikowe Maryjki i obsesyjny Coleman, zaczesujący niesforną fryzurę grzebieniem, dają się w swojej prostocie, czy może prostactwie lubić. Nie da się ukryć, że Młyński w roli Vala i Kaczmarowski jako Coleman są do tych ról jakby stworzeni. Brawurowo wtórowali sobie nawzajem, żonglując gęstym tekstem i wybrednymi przekleństwami. Dynamika i precyzja z jaką zbudowali bohaterów świadczą o wielkim kunszcie i talencie, co potwierdza wybitnie zagrana ostatnia scena.

Ku przepaści

Żarty zwieńczone bójką bynajmniej nie kończą się z pojawieniem na scenie księdza Welsha – w tej roli Ernest Nita. Budowany klimat groteski, który aż kipi od komentarzy do współczesnej sytuacji w Polsce staje się pretekstem do zajrzenia w głąb ludzkiej duszy. Postać księdza, dzięki Nicie na szczęście jest niejednoznaczna i skomplikowana, po prostu ludzka. Duchowny, który „nie potrafi obronić Boga, kiedy ludzie są przeciwko Niemu" pomimo swoich ułomności – a może właśnie dzięki nim – uparcie stara się braci pogodzić. Zwłaszcza w obliczu śmierci ich ojca. Niestety jest bezradny nie tylko wobec dzikiej pasji Vala i Colemana, ale w ogóle wobec społeczności swojej parafii i siebie samego.

Wszyscy bohaterowie zakrapiają swoje życia pędzonym samogonem, sprzedawanym przez Girleen. Romana Filipowska pokazała wiele twarzy dorastającej w zdegradowanej męskiej rzeczywistości dziewczyny, która stając się kobietą jeszcze przez jakiś pozostaje dziewczynką. Wydobyła płochość, przedstawiła wewnętrzny świat nieszczęśliwie i niemożliwie zakochanej młodej kobiety, a także wielką emocjonalność, gdy ten świat się rozpada. Pokazała prawdę, która rzadko ma tylko jeden kolor.

Jezioro – miejsce romantyczne

Pijackiemu korowodowi towarzyszą zabójstwa i samobójstwa, do których dochodzi w miasteczku. Te makabryczne historie przypominające opowiadania Edgara Allana Poe mają miejsce w bardzo poetyckiej, malarskiej scenerii, zaprojektowanej przez Wojciecha Stefaniaka. Romantyczny pejzaż szklanego jeziora i metalowej góry staje się kontrapunktem i przeciwwagą dla słów padających ze sceny. Razem z przepiękną muzyką opracowaną przez Damiana-neogenna-Lindnera burzą misternie zbudowany świat wulgarności, groteski i przemocy.

Rozpędzony i nakręcony rytm sztuki przerywa dramat – samobójstwo księdza Welsha. Moment zadumy nad istotnością ludzkiego życia szybko stłumiły żarty Vala i Colemana. Jednak kobieca perswazja Girleen zmusza ich do chwili refleksji. Śmierci księdza towarzyszy zupełnie romantyczny topos zaklętego jeziora. Wewnętrzne rozdarcie postaci jest zintensyfikowane opowieścią o topielcach. W przymglonej, przydymionej tafli jeziora tańczą, jakby chcieli się wydostać Dziewczyna I (Joanna Koc), Dziewczyna II (Joanna Wąż), Dziewczyna III (Alicja Stasiewicz) i Chłopak (Wojciech Romańczyk). Za sprawą choreografii Pawła Matysiaka dwa światy, realny i fantastyczny, zderzyły się ze sobą, uwypuklając wieloznaczność zdarzeń i postaci. Jezioro samobójców wydobywa warstwę wrażliwości, którą bohaterowie sztuki maskują nieczułością i alkoholem.

Pojednanie jest możliwe

Wykpiwany temat odkupienia, piekła i nieba zajmuje ważne miejsce w rozmowach bohaterów. Tuż przed dołączeniem do grona topielców, ksiądz Welsh pisze list do braci, w którym niezupełnie bez nadziei stawia na nich swoją duszę. Val i Coleman wznoszą się ponad swoje przyzwyczajenia i w ostatniej scenie wyjawiają najgorsze świństwa, jakich się dopuścili i szukają przebaczenia. Znakomita gra aktorska, tempo i rytm sprawiają, że ta scena jest nie tylko świetna technicznie, ale pokazuje, że dopóki jest w człowieku wola i miłość, pojednanie jest możliwe.

„Samotność zachodu" w zielonogórskim przedstawieniu obraża i obnaża wszystkie świętości. Odkrywa ludzkie słabości i małości. Łączy żywy, wulgarny język z siłą relacji międzyludzkich. To z jednej strony czarna komedia, a z drugiej traktat o człowieku. Niejednoznaczność jest wielkim atutem tego spektaklu. Tylko w taki sposób można prawdziwie opowiedzieć o ludzkiej naturze. To właśnie kontrast potrafi wydobyć najsubtelniejsze tony drzemiące w każdym nas. Reżyserowi udało się uniknąć farsy i wydobyć uniwersalizm oraz ponadczasowość sztuki McDonagh'a.

Ten rodzaj teatralnej narracji i zastosowanej formy wymaga nie tylko wrażliwości, doświadczenia realizacyjnego i wysokich umiejętności warsztatowych aktorów obsadzonych w głównych rolach. Potrzebuje także ostrożności, bowiem niemal cała, opowiadana przez zielonogórski zespół historia toczy się na krawędzi dobrego smaku i literackiego kiczu. Na szczęście dla twórców i przede wszystkim dla widzów owe granice nie zostały przekroczone, mimo że kilka razy dochodziło do niebezpiecznej bliskości. Należy podkreślić ten fakt, ponieważ jego istnienie dobitnie świadczy o bezkompromisowości i artystycznemu wyczuciu, jakie Lubuski Teatr od kilku lat reprezentuje. "Samotny Zachód" w żadnej mierze, nie jest przedstawieniem familijnym, jest za to wybijającym się na czoło repertuarowych wydarzeń spektaklem, który bez wątpienia powinno się obejrzeć i - zgodnie z własnymi predyspozycjami - przeżyć. Martyna Dębska, Dziennik Teatralny, 20 stycznia 2016

 ************************************************************************************************************** Save Our Souls  

Nienawiść. Właściwie jedyne uczucie, z jakim mamy do czynienia w świecie przedstawionym Samotnego Zachodu w reżyserii Roberta Czechowskiego na scenie Teatru Lubuskiego. Nienawiść sączy się, tryska, wyziera z każdego słowa, ruchu, gestu dwóch braci: Colemana (Jerzy Kaczmarowski) i Valene’a (Janusz Młyński) Connorów. Jeśli posiadają oni inne uczucia czy choćby odczucia, wyrastają one i podporządkowane są właśnie jej – nienawiści. Nienawiści totalnej, gorącej, bezrozumnej, łatwej, nakierowanej ku wszystkiemu, co dookoła; nienawiści naszej codziennej, bo ten rodzaj emocji, jaki królował na scenie, bardzo przypominał temperaturę uczuć, z jakimi ostatnio można mieć do czynienia w Polsce.

Dramat Martina McDonagha, choć jego akcja osadzona jest w Irlandii, można odebrać jako alegorię polskiej rzeczywistości, bo bardzo łatwo rozpoznać w nim elementy nieobce i naszej kulturze: silną obecność katolicyzmu oraz alkoholu; tajemnice, które są powszechnie znane, tylko udowodnić ich nie sposób. I wszystko podlane sosem nienawiści. Dlatego może tak ochoczo widzowie reagowali na teksty i działania ze sceny? Łatwo mogli w nich rozpoznać swoich sąsiadów, braci, siebie samych? Taką identyfikację ułatwiała inscenizacja, w której wszystkie elementy nakierowywały na prezentację relacji między dwoma braćmi. Pozostałe postacie: ksiądz Welsh (Ernest Nita) i Girleen (Romana Filipowska) oraz relacja między nimi stanowiły wyłącznie dopełnienie tego, co rozgrywa się między Connorami. Można by powiedzieć, że Kaczmarowski i Młyński, wygrywając niemal wyłącznie nienawiść, nie mieli wiele do zagrania, ale to nieprawda. Choć obaj ich bracia są bardzo do siebie podobni, właśnie głównie w postawie, jaką prezentują wobec samych siebie i świata, to aktorzy znakomicie i bardzo subtelnie (choć to słowo może wydawać się tu nie na miejscu) wygrywają rozmaite stadia, niuanse, półcienie, odmiany nienawiści. Nawet słowa pojednawczego wyznania dzięki intonacji głosu, mowie ciała zamieniają się w podszytą nienawiścią zaczepkę. Toteż to, co oglądamy na scenie, jawi się jako bardzo precyzyjne jej (nienawiści) stadium, a także przestroga. Spektakl wyraziście pokazuje sytuację, w której przekroczony został, używając terminologii lotniczej, point of no return – nie ma już fizycznej możliwości, żeby zawrócić, trzeba kontynuować obrany kurs, choć może już się nie chce. Taki właśnie moment oglądamy w zielonogórskim przedstawieniu. Bracia wracają z pogrzebu ojca, który zginął w wyniku „wypadku z bronią”. To kolejna ofiara rozmaitego rodzaju „wypadków” w okolicy i choć wszyscy wiedzą, że nie były to żadne wypadki, dla wygody (bo raczej nie ze strachu) podtrzymywać będą oficjalne wersje. Cały spektakl ukazuje klincz, w jakim wzajemnie trzymają się bracia, żaden z nich nie jest lepszy od drugiego, żaden bardziej wart zrozumienia czy stanięcia po jego stronie. Jeden potrzebuje drugiego tylko po to, by mieć kogo nienawidzić. To uczucie nie tylko trzyma ich razem, lecz także trzyma ich przy życiu. Dlatego jeśli chcą żyć, muszą trzymać się obranego dawno temu kursu i przymuszenie ich do zmiany postawy, co usiłuje różnymi sposobami przeprowadzić ojciec Welsh, jest bezcelowe. Świadczy o tym sposób, w jaki rozgrywane są końcowe sceny przedstawienia, te, w których bracia, pod wpływem moralnego szantażu duchownego podejmują próbę zmiany łączącej ich relacji, ale co chwila, jakby kierowało nimi coś silniejszego niż ich własne postanowienie, wpadają w utarty tor dobrze utrwalonych zachowań. Obaj aktorzy prowadzą swoje postacie właśnie w ten sposób, iż akcja spektaklu nie staje się jednostkową opowieścią o patologii dziejącej się gdzieś tam, a jest właśnie rozpisanym na dwa głosy studium o nienawiści, której nic nie jest już w stanie powstrzymać – żadne „tradycyjne wartości”, jak rodzina czy religia. Obie traktowane są jak proste narzędzia przydatne w życiu, dlatego jeden z braci mówi, iż dobrze jest być katolikiem, bo można zabić ojca, a potem iść do spowiedzi i wszystko pójdzie w zapomnienie. Religia (bo nie wiara) traktowana jest przedmiotowo, jak zbiór świętych figurek kolekcjonowany przez Valene’a, lub instrumentalnie – jak narzędzie do wymazywania win. Jak ujmuje to Girleen, nawet jeśli bracia czy ona mają jakieś zasady moralne, to się z nimi nie obnoszą. Religia stanowi dla nich rodzaj zabezpieczenia – pokazujemy, że jesteśmy religijni, więc mamy prawo postępować źle i nienawistnie, bo Bóg „swoim” darowuje winy. Z czysto pragmatycznych względów lepiej zapisać się do jego stronnictwa, nawet jeśli samemu nie zamierza się wypełniać jego programu. Takie podejście powierzonych jego opiece owieczek jest powodem nieustannego kryzysu wiary, jaki przechodzi ojciec Welsh, i trudno mu się dziwić.

Samotny Zachód jest światem, który ma Boga na sztandarach, ale w którym nikt nie słucha jego nauki, choćby tej dotyczącej miłości bliźniego. Czyż nie wygląda to znajomo? Dlatego najbardziej tragiczną postacią jest w tym spektaklu ksiądz – niepotrzebny element dekoracyjny, niezdolny do bycia strażnikiem etycznego porządku, przewodnikiem duchowym czy choćby kimś, kto potrafi odnaleźć się w tym świecie, jest nieporadny, trochę śmieszny w przykrótkiej sutannie. Ojciec Welsh Nity jest lekko zagubiony, wycofany, niepewny. Jego samopoświęcenie się wydaje się nie tyle wyrazem determinacji, by zbawić powierzony mu świat, co efektem ilości wypitego alkoholu. Welsh łączność ze swoim „owieczkami” próbuje odzyskać na płaszczyźnie, która wydaje się im najważniejsza – permanentnego bycia podpitym oraz kontaktu z jeziorem, które dla wielu staje się wrotami do innego świata. Równocześnie jego alkoholizm, o jakim spekulują pozostałe postacie, dzięki grze Nity pozostaje bardziej w sferze plotek, choć ksiądz czasem wywraca się na scenie. W takich „pijackich” zachowaniach aktora nie ma jednak potępienia księdza czy próby uczynienia go śmiesznym, jest natomiast raczej przejmująco zagrane maskowanie rozpaczy. Jego ksiądz to nie wielka postać tragiczna, a raczej ktoś, kogo przerosło zwykłe życie, toteż nawet ów ostateczny krok, na jaki decyduje się Welsh, rozegrany jest nieledwie bez emocji. Właśnie ten spokój księdza robi w scenie samobójstwa tak silne wrażenie. Podobnie niejednoznacznie zaznaczona jest relacja ojca Welsha z Girleen. Umieszczenie obrazu ich bliskości wysoko, z tyłu sceny, tam, gdzie rozgrywają się wydarzenia nierzeczywiste, fantazmatyczne, powoduje iż nie mamy pewności, czy to aby nie fantazja, a jeśli nawet tak, to którego z nich. Czechowski zadbał, by tę płaszczyznę codziennego życia, pełną wulgarności, brutalności, uzupełnić o obrazy równie niepokojące, lecz jakby pochodzące z innej rzeczywistości. Toteż wysoko nad sceną, za półprzezroczystą zasłoną pojawiają się cztery postacie – topielcy z jeziora w Leenane. To oni swoim tańcem wzywają ojca Welsha do siebie, pokazują, iż istnieje jakiś inny wymiar rzeczywistości niż ten, w którym tkwią mieszkańcy wioski. To kolejny element, który wydobywa spektakl z zakładki „przedstawienie obyczajowe” i przenosi w sferę przypowieści.

Teatr Lubuski pod kierunkiem swojego dyrektora przygotował bardzo dobry spektakl, pełen wyrównanego, rzetelnego aktorstwa (nawet zbyt ekspresyjna na początku Filipowska zbudowała wielowymiarową postać), a jednak wyszłam z niego pełna niedobrych emocji. Pochodzę z tej szkoły, która uważa, że właściwym teatrem jest to, co wydarza się między aktorami a widzami. I ten właściwy spektakl, jakiego byłam uczestnikiem w Teatrze Lubuskim, w przeciwieństwie do tego, co rozgrywało się wyłącznie na scenie, już nie tyle mnie zniesmaczył, co przeraził. Ze sceny lała się strumieniami nienawiść ubrana głównie w chamskie, brutalne, wulgarne słowa, potrzebne po to, by mocnymi środkami ukazać pustkę moralną i egzystencjalną bohaterów, czasem jedynie skontrapunktowane czymś, co można by uznać za żart – wentyl bezpieczeństwa. Kaczmarowski i Młyński, wypowiadając całe te stosy agresji słownej nie robili swoją grą nic, by w jakikolwiek sposób uczynić je zabawnymi, śmiesznymi. Byli wulgarni, lecz przez to groźni, a mimo tego przy każdym ich przekleństwie, każdym przejawie mowy nienawiści widzowie wyli ze śmiechu. Tak jakby każda „kurwa” była najzabawniejszą rzeczą, jaką w życiu słyszeli. Powtórzę: w grze aktorów nie było nic, co by zachęcało do takiej reakcji, żaden z nich nie przypominał Ferdka Kiepskiego czy Boczka, a właśnie tak na nich reagowano. Groza, która płynęła ze sceny, była natychmiast gaszona reakcjami widzów, choć naprawdę w samej inscenizacji nie było nic, co by kierowało odbiór w tę stronę. Naprawdę bluzgi, informacje o strzale w głowę, zarąbaniu siekierą, okrutnym okaleczeniu psa czy samobójstwie brzmią aż tak śmiesznie? Czym ci siedzący na widowni, sądząc po ich reakcjach, tak bardzo różnili się od Valene’a i Colmana?

Zespół Teatru Lubuskiego, pokazując nam Irlandię, tak naprawdę wprowadził nas bardzo wyraźnie w polską teraźniejszość, pokazał bowiem skutki hodowania nienawiści między ludźmi, którzy skazani są na życie obok siebie. Nienachalnie, ale jednak mocno spróbował nas namówić, byśmy przyjrzeli się samym sobie. Konkluzja z tego przyglądania się nie jest optymistyczna. Oglądając spektakl w Lubuskim, pomyślałam, że staliśmy się już Zachodem, przynajmniej tym samotnym z tekstu McDonagha. Obojętność na nienawiść i zło już nam towarzyszy, a tragizm budzi śmiech. Pora nadać SOS? Bo poświęcać samego siebie, by inni przejrzeli na oczy – co pokazywał przypadek ojca Welsha – raczej nie ma sensu.

„Save Our Souls”, Joanna Ostrowska, teatralny.pl, 29-01-2016

****************************************************************************************************************

Uważaj, w samotności łatwo utonąć

Tak, "Samotny zachód" to spektakl tylko dla dorosłych. Tyle tu pada słów na "p" i "k"... Czasami wulgaryzm przekuty zostaje w humorystyczną puentę. Wtedy się śmiejemy, ale... Gdy w sztuce Martina McDonagha (część "Trylogii Leenane") odrzucić ten "śmiech rubaszny", zostaje szkielet dramatu - oś Zła. Bo też cały czas słyszymy, że bracia: Coleman Connor (Jerzy Kaczmarowski) i Valene Connor (Janusz Młyński) dorastali i mieszkają w miejscu ponurym. Tu człowiek człowiekowi wilkiem? Mało powiedziane. Huragan złośliwości, grzechu śmiertelnego zasysa kolejne ofiary: wybierają śmierć w pobliskim jeziorze. Bracia Connor wzajemną nienawiść (ale też samotność i niespełnienie) topią w alkoholu. Jak wszyscy w parafii ojca Welsha (przekonująco "wewnętrznie rozdarty" Ernest Nita), który nie radząc sobie z tą potęgą grzechu, kieliszka nie odmawia. Aż doprowadzony do ostateczności, ofiaruje siebie...

Jest w spektaklu w reżyserii Roberta Czechowskiego mięsisty dialog, wciągający pojedynek krwistych postaci - braci Connor, gdzie ujawnione w drugiej części sztuki kulisy Zła przynoszą bohaterom i nam jakąś ulgę i oczyszczenie, są kreacje. To skąpy do bólu Valene Connor Janusza Młyńskiego, który z kolekcji "świętych" figurek czyni coś w rodzaju religijnego fetysza. To Coleman Connor, gdzie klasę pokazuje Jerzy Kaczmarowski. Chyba od "Kwartetu" nie widzieliśmy aktora w roli takiego formatu. Między splunięciem na podłogę a ciągłym sięganiem po grzebień dostajemy kreację spełnioną - oglądamy człowieka, który marzenia i wrażliwość ukrył pod podłością. Bo jako mieszkaniec takiej irlandzkiej mieściny - nie mógł inaczej. Tak tu robią wszyscy.

Jest plan drugi - z onirycznym tańcem duchów-topielców. Oj, chciałoby się więcej tej plastycznej toni jeziora, a nie tylko na zasadzie cezury. (O ruch sceniczny zadbał choreograf Paweł Matyasik, światło jest dziełem Piotra Pawlika, scenografia i kostiumy - Wojciecha Stefaniaka, muzykę przygotował Damian Neogenn Lindner).

"Uważaj, w samotności łatwo utonąć", Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska nr 23, 29-01-2016
walk_icon Wirtualny spacer