Repertuar

Przyjazne dusze

Pam Valentine

Reżyseria: Robert Czechowski

Premiera:

Czas trwania: 90 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Przekład: Elżbieta Woźniak Scenografia i kostiumy: Wojciech Stefaniak Muzyka: Adam Bałdych Komedia romantyczna. Do urokliwego domu pod Londynem, będącego właśnie do wynajęcia, wprowadza się młoda para, Mary i Simon. On ? początkujący pisarz powieści kryminalnych, ona ? ciepła, dobra, kochająca swego męża dziewczyna. Jest w ciąży. Poprzednimi właścicielami domu byli, tragicznie zmarli Jack i Suzie. W spektaklu obserwujemy ewolucję stosunku duchów ? Jacka i Suzie do młodych – Mary i Simona. Duchy orientują się z czasem, że młoda para reprezentuje sobą to czego im, którzy ze świata odeszli, nie udało się na ziemi zrealizować. Postanawiają im pomóc, przy wsparciu anioła stróża.

Terminy


Obsada

Recenzje

Przyjazne dusze - gazeta.pl, 13.10.2009.   Świetnie zaczęła sezon zielonogórska scena. Nie pamiętam, tak dobrej komedii na naszej scenie. W przeszłości oglądaliśmy do bólu sztampowe angielskie farsy bądź polskie niewypały jak "Kochanie, posadź jumbo jeta", komedii zasługującej na tytuł szmiry III Rzeczypospolitej. Dyrektor teatru Robert Czechowski wybrał "Przyjazne dusze" brytyjskiej scenarzystki Pam Valentine. Intuicja go nie zawiodła. Komedia wyrasta z klasycznego modelu humoru sytuacyjnego. Jest czytelny morał, zgrabna fabuła, happy end z przesłaniem, że dobro uszlachetnia i zawsze jest czas, by to zrozumieć. Nawet - jak w "Przyjaznych duszach" - po śmierci. Komedia, choć mająca drobne cechy sitcomu, do złudzenia przypomina słynny film "Sok z żuka", w którym przed ponad 20 laty zagrała młodziutka Winona Ryder. Tam też chodziło o święty spokój duchów... Jack i Susie z początku traktują wszystkich jak intruzów. To wystarczy, by uruchomić lawinę zabawnych nieporozumień. Duchy do szału doprowadzają agenta Webstera i despotyczną teściową. Fukają też na nowych lokatorów, co z czasem łagodnieje i przeradza się w czułą, rodzicielską troskę. Mimochodem chcą jeszcze raz wejść w swoje życie po śmierci. Naprawić, co się da. Przeżyć coś od nowa. Śmiać się ze starych beznadziejnych kłótni, nadrobić stracony czas. Duchy od początku jednak chcą się pozbyć wszystkich. - Gdy młodym się powiedzie, urodzi się dziecko, a nadęty adept od kryminałów zdobędzie sławę i pieniądze, to sobie pójdą - myślą. Na pomoc wzywają Anioła Stróża. To moment zwrotny spektaklu. Jakby na widownię spadła bomba. Stróż zjawia się szalony, podchmielony, z telefonem komórkowym grającym popową melodyjkę grupy Feel. Anioł w przeszłości był chemikiem. Na tamten świat wybrał się po nieudanym eksperymencie z palnikiem. Donimirska gra fantastycznie, z potężną energią, porywa publiczność. I wszystkim każe wierzyć, że w szaleństwie jest metoda. Wydarzenia nabierają tempa. Duchy są w swoim żywiole. Zastrzyk weny dostaje młody literat, dom robi się pełen ciepła, agent od nieruchomości znowu zmyka ze strachu wywołując salwy śmiechu, wszyscy oczekują na szczęśliwy poród. Dawne uczucia duchy przelewają na młodych małżonków. Noworodkowi grozi jednak śmierć. Jack (udana kreacja Janusza Młyńskiego) zaczyna prosić Boga, aniołów i świętych o miłosierdzie. - Przecież się modlę - woła zdeklarowany ateista. Znów jak burza spada na dom Anioł Stróż. Telefon do nieba... i szczęście jest blisko. Młodym się powiedzie, ale nasze duchy muszą opuścić dom. Diamentowa Brama świętego Piotra jest już otwarta. Oboje się zgadzają. Sztuka podsuwa nam oczywiste prawdy. Że trzeba wierzyć w dobro, ono czyni cuda. Że warto się poświęcać dla innych. Stać nawet na to największego egoistę. Dziecinne prawdy? Ale wzruszające i mądre. Zielonogórski spektakl nie ma słabych momentów. Aktorzy nie dają chwili wytchnienia. Doskonale zmieniają tempo, sprawnie odwracają sytuacje. Nie moralizują. Mamy po prostu wyjątkowo udaną komedię romantyczną. Idealną na weekendy. "Udana premiera na początek sezonu" Artur Łukasiewicz www.gazeta.pl   Przyjazne dusze - gazetalubuska.pl, 16.10.2009.   Biedna Pam Valentine. Wystarczy kilka zdań streszczenia ?Przyjaznych dusz? - jednej z nowszych sztuk brytyjskiej pisarki, a już każdy fan filmowej twórczości Tima Burtona zakrzyknie - ?Sok z żuka?! Na szczęście na punkcie wyjścia historii (para duchów ?okupujących? swój dawny dom kontra nowi lokatorzy: młodzi - żywi - małżonkowie) rzecz się kończy. A w przypadku najnowszego zielonogórskiego spektaklu Roberta Czechowskiego, nie trzeba rzucać jak w tamtym amerykańskim filmie po trzykroć ?Beetlejuice?, żeby wywołać burzę humoru. Jack i Susie zginęli tragicznie. Mogliby zażywać anielskich rozkoszy w niebie, ale przez ateizm Jacka, św. Piotr cofnął ich sprzed wrót raju na ziemski padół. Wrócili tedy do swego kochanego domku pod Londynem. Brak ziemskiej powłoki nie pozbawił ich emocji. Wspominają, to znów kłócą się po dawnemu, nie szczędząc sobie uszczypliwości. Zgodnie bawią się za to w straszenie Marka Webstera - zarządcy budynku. Kiedy wprowadzi się do ?ich? domu młode małżeństwo, duchy początkowo traktować będą Simona (Ernest Nita) i Mary (Anna Haba) jak intruzów, a teściową - jak zło wcielone. Aż w końcu zaczną młodym ?matkować?, nadrabiając to, czego nie udało im się osiągnąć za życia... ?Przyjazne dusze? z tytułem nieco przewrotnym niosą w sumie wielki ładunek pozytywnej energii. Widać, że aktorzy LT dostali ?kopa humoru?. Świat zmarłych i żywych w spektaklu R. Czechowskiego zazębia się i przenika precyzyjnie. Obok klasycznych mijanek cielesno-widmowych, wibrują humorystycznym słowem dialogi, z celną, zaskakującą puentą ?zza światów?. Tatiana Kołodziejska (Susie) i Janusz Młyński (Jack) tworzą przekonującą parę ?z bagażem?, gdzie choć serce już nie bije, nie wszystko wygasło. Potrafią wywołać śmiech, ale też wszystko wyciszyć, by zagrać na nutach wzruszenia. Nie wiem, jak można być ateistą, stojąc u nieba bram, ale nawrócenie Jacka w wykonaniu Młyńskiego, potrafi ?ruszyć? widza. Zresztą ten motyw przemiany, poświęcenia, nadaje ?Przyjaznym duszom? głębszy rys. Pozwala odróżniać od fars z pomieszaniem osób i rzeczy oraz obowiązkowym trzaskaniem drzwiami. Przy czym cały czas nie zapominamy, że obcujemy z komedią. Przyczajony w zadziwieniu Marek Sitarski jako Mark Webster, Elżbieta Lisowska-Kopeć jako ujeżdżająca przypadkowego kochanka Marta Bradshow - nieźle rozgrzewają mięśnie brzuch widza. Ale bomba a la kabaret wybucha, gdy na scenę wpada Elżbieta Donimirska. Ki czort! - chciałoby się zakrzyknąć, a to przecież Anioł Stróż we własnej osobie. Z pierzem we włosach, pierzastą podwiązką, wyuczonym ziemskim zawodem nauczyciela chemii i przebojem ?Jak anioła głos? zespołu Feel w komórce - kreacja skończona! Porażająca humorem. Jakby tego było mało, śmiechowi i wzruszeniu pięknie idą w sukurs nuty gorzowskiego skrzypka jazzowego (tu wcale nie jazzowe!) Adama Bałdycha. Finałowe frazy unoszą w fotelu. I zapraszają: przybywajcie do Lubuskiego Teatru. Dwie godziny zabawy gwarantowane. Zdzisław Haczek www.gazetalubuska.pl
walk_icon Wirtualny spacer