Repertuar

Oświadczyny / Niedźwiedź

Antoni Czechow

Reżyseria: Juliusz Dzienkiewicz

Premiera:

Czas trwania: 70 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Oba jednoaktowe „żarty sceniczne” Antoniego Czechowa powstały w 1888 r. jako wysokiej klasy próba podzielenia się z odbiorcami niepokojami młodego wówczas satyryka i nowelistę, który chłodnym okiem lekarza (ukończył studia medyczne) przyglądał się życiu rosyjskiego ziemiaństwa i inteligencji. W swych humoreskach i farsach przedstawiał własną bezlitosną diagnozę społeczną: życie jest nienormalne, a nienormalność ta polega na zaniku elementarnych wartości moralnych, humanizmu i logiki. W przeciwieństwie do zastanej tradycji komedii sytuacyjnej – Czechow tworzy komedię charakterów, w których groteska wywodzi się z realizmu i do niego powraca. Okazuje się, że „straszne jest to, co nie jest straszne”: potok bezmyślnej codzienności, pospolitość wydarzeń, głupota i bezzasadność sporów – wszystko to, czym życie przesiąkło na wskroś i uczyniło je jałowym i najbardziej niebezpiecznym, bo nieodczuwalnym. Na scenie pojawiają się ludzie, którzy wartość życia mierzą realizacją własnego interesu, drugi człowiek budzi zainteresowanie tylko wtedy, gdy da się go jakoś „spożytkować”, a ogrom wolnego czasu trzeba „zabijać”, choćby grą w szachy z samym sobą. Świat Czechowa nie jest ani ziemiański, ani carski, ani nawet rosyjski – jest to po prostu świat ludzki, a przez to właśnie groteskowo nieludzki. Zindywidualizowane głównie przez język i ruch postacie obu jednoaktówek, także dzięki ogromnej sile komizmu, wartkiemu potokowi zdarzeń i nieoczekiwanym zwrotom sytuacji – tworzą teatr bliski już następnej epoce i widowni XX wieku, np. twórczości A. Jarry’ego („Ubu król”) czy Witkacego. Dlatego też te utwory sceniczne niezmiennie trwają w europejskim repertuarze teatralnym, dodatkowo stanowiąc okazję do prezentacji perfekcyjnego aktorstwa.

Anton Pawłowicz Czechow (1860 – 1904) Autor jednej powieści, dziesiątków opowiadań i nowel, jednej relacji dokumentalnej, wreszcie 11 dramatów, z których większość weszła do kanonu światowej dramaturgii wszechczasów i stanowi „żelazną” część repertuaru wszystkich europejskich scen. Jego „poważna” dramaturgia nie spotkała się ze zrozumieniem do 1898 r., kiedy MChAT – Moskiewski Akademicki Teatr Artystyczny pod kierunkiem Konstantego Stanisławskiego wystawił „Mewę”, która przyniosła autorowi długo oczekiwany sukces teatralny. Ostatnie lata życia i twórczości pisarza upłynęły na ścisłym współdziałaniu z moskiewską sceną, która rozsławiła twórcę „Wiśniowego sadu” na całym świecie. Po przedwczesnej śmierci Czechowa (gruźlica) jego dramaturgia przez wiele lat traktowana była w tej części Europy niestety instrumentalnie i w sposób autorowi obcy. Przyjaciel pisarza, wielki reformator sceny i reżyser jego sztuk – Konstanty Stanisławski ustalił swoisty „przepis na granie Czechowa” według stworzonej przez siebie psychologizującej „metody przeżywania” oraz napięć teatralnych budowanych milczeniem i bezruchem postaci. W latach 20-tych, kiedy Stanisławski wskutek represji stalinowskich przestał mieć wpływ na działania MChAT-u, model ten został niestety wypaczony i zmumifikowany w teatrze radzieckim, a za jego przykładem we wszystkich krajach satelickich ZSRR. Czechowowi dorobiono ideologiczną „gębę” niemal pozytywistycznego krytyka carskich stosunków społecznych i postępowego moralisty. Polskie inscenizacje ostatniego ćwierćwiecza (np. „Płatonow” w reż. Jerzego Jarockiego czy całkiem niedawno w reż. Konstantina Bogomołowa) na ogół rewidują to stanowisko w kierunku uniwersalnej analizy relacji międzyludzkich. W sezonie jubileuszowym 65-lecia naszej sceny wypada przypomnieć, iż bieżąca premiera jest już trzecią z kolei realizacją tych jednoaktówek (wcześniej w l. 1984 i 1995), a jednocześnie dziesiątym przedstawieniem Czechowa („Humoreski” – adaptacja trzech opowiadań – 1977, „Trzy siostry” – 1966 i 2010, „Wiśniowy sad” – 1969 i 1993, „Wujaszek Wania” 1958 i 1998). (jaf)

Autor: Antoni Czechow
Reżyseria: Juliusz Dzienkiewicz
Kostiumy: Dorota Kuźniarska
Opracowanie muzyczne: Damian-neogenn-Lindner
Asystentka reżysera: Romana Filipowska

Zdjęcia: GOPHOTO.PL

Terminy


Obsada

Recenzje

W Lubuskim Teatrze: „Niedźwiedź/Oświadczyny”, czyli Czechow na wyciągnięcie ręki Po Antoniego Czechowa sięgnąć można zawsze. A dziś, kiedy nasza rzeczywistość polityczna lokuje się w oparach absurdu, odsyłając kabareciarzy na zieloną łączkę - genialnego Rosjanina przywoływać po prostu trzeba.

Bo gdzież szukać wytchnienia od surrealizmu współczesności, jak nie w klasyce! Głodny jej widz najnowszej propozycji Lubuskiego Teatru, już na sam widok XIX-wiecznych kostiumów, autorstwa Doroty Kuźniarskiej, oddycha z ulgą. A to przecież tylko znak - zaproszenie do podróży w rzeczywistość sprzed 130 lat, w której współcześni mogą odnaleźć się z piorunującym skutkiem. U Czechowa rządzi słowo. Ale też musi być odpowiednio podane. Akcent, intonacja, pauza... I to wszystko „gra” w jednoaktówkach „Niedźwiedź” i „Oświadczyny”, które na zielonogórskiej scenie wyreżyserował Juliusz Dzienkiewicz.

I cóż z tego, że Jerzy Kaczmarowski gra w „Niedźwiedziu” „tylko” służącego. Już Czechow zadbał, by jego Łuka, kibicujący uczuciowemu pojedynkowi Heleny Iwanownej Popowej (Romana Filipowska) z Grigorijem Stiepanowiczem Smirnowem (Wojciech Romańczyk), miał tu swoje pięć minut humoru. Co Kaczmarowski wykorzystuje z powodzeniem.

A na pierwszym planie mamy... okrągły stolik. To nad nim Czechow (a za nim debiutujący reżyser) - niczym medium - wywołują tornado emocji i śmiechu. Płeć nie ma tu znaczenia - zarówno popadająca we wdowią histerię Helena jak i wkraczający z impetem do jej domu (by odebrać dług) Grigorij (miłosne podboje wylicza niczym bokserskie walki) są więźniami tych samych rojeń na swój temat. Pod maską konwenansu kryją odwieczną prawdę, że serce nie sługa. Zrazu więc iskrzy, by skończyć się prawdziwą burzą. Nie inaczej jest w „Oświadczynach”, gdzie Stiepan Stiepanowicz Czubukow w kreacji Aleksandra Podolaka niby dobrze wie, dlaczego w drzwiach jego domu stanął Iwan Wasiliewicz Łomow (James Malcolm) wystrojony we frak, ale... Gdy przyjdzie do ustalania własności gruntu i jego poniesie. Ojciec stanie po stronie córki Natalii Stiepanownej (Joanna Koc). I jakież szanse ma wobec tego płaczącego duetu absztyfikant Iwan Wasiliewicz Łomow? Ze swoją palpitacją? Może tylko klinem z dłoni wchodzić z tymi (nie)swoimi Wołowymi Łączkami między Brzezinę, a Wypalone Bagno, czyli ramiona Natalii... To jeden z tych pomysłów inscenizacyjnych, które niosą zielonogórski spektakl „Niedźwiedź/Oświadczyny”, uwspółcześniony dźwiękami, które jak zwykle celnie dodał Damian-neogenn-Lindner. Reszta jest postacią. Tu trzeba zauważyć przede wszystkim tych, którym po raz pierwszy dane było pojawić się na deskach zielonogórskiego teatru w dużej roli. Wojciech Romańczyk jako Grigorij Stiepanowicz Smirnow to odkrycie. Idealnie wpasowany w „niedźwiedziowatego” amanta, świadomy ładunku każdej frazy. Pozostaje czekać na kolejne kreacje! Z kolei James Malcolm już w pierwszym wejściu Łomowa, gdy jeszcze stoi w cieniu, zwiastuje wulkan humoru. To, co oglądaliśmy ostatnio w jego wykonaniu w „Księżniczce na opak wywróconej”, tu ulega zwielokrotnieniu. Ktoś powiedział: „nasz Chaplin”? Coś w tym jest. Kreacja konsekwentna. I spełniona. A zatem, panie i panowie, do teatru! Na 70 minut z Czechowem. A chciałoby się więcej.

Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska, 13.04.2017 r. **************************************************************************************************************** Suknia w niedźwiedzie

Siedzę na spektaklu w Teatrze Lubuskim. Z tyłu widzowie szepczą. Z czasem szemrane komentarze stają się już coraz bardziej denerwujące i natarczywe. "Zobacz, zobacz - on wygląda jak Chaplin!". Koleje spektaklu schodzą więc w narzucone przez plotkujących widzów schematy. Trzeba więc szybko się od tego uwolnić, bo zamiast Czechowa zobaczymy już tylko imitacje, klasyczne zaśpiewy i kabaretowe wąsy. Najnowsza adaptacja dwóch jednoaktówek Czechowa ("Niedźwiedź" i "Oświadczyny") na lubuskiej scenie potwierdza moje obserwacje. Młody zespół lubuskiej sceny to wulkan energii. Brakuje tutaj jeszcze gry między wierszami, "na wielu bębenkach".

Dwie jednoaktówki w reżyserii Juliusza Dzienkiewicza są skomponowane na kształt lustra. Jedna historia przegląda się w drugiej. W pierwszej, "Niedźwiedziu" wszystko układa się w sposób znany z wielopokoleniowego przysłowia. Kto się czubi, ten się lubi. A z antagonistów, bohaterowie Czechowa, Popowa (Romana Filipowska) i Smirnov (Wojciech Romańczyk) stają się ognistą parą. Zamknięta postawa Smirnova (Romańczyk stoi tyłem do widowni w zaimprowizowanych drzwiach) ewoluuje w dość drastycznym tempie, ze złości przeobrażając się w afektywną miłość. "Oświadczyny" rozpoczyna obraz, w którym młodziutki Łomow (wart uwagi James Malcolm) stoi przodem do widowni. I oto otwarty obraz młodzieńca, który ubiega się o rękę Stiepanowny (interesująca Joanna Koc) zostaje drastycznie odwrócony. Zaloty odbywające się początkowo w uroczej, werterowskiej atmosferze przechodzą w legendarny już w historii teatru spór o Wołowe Łączki. Malcolm pręży się, podskakuje, mdleje. Uwypukla w inscenizacji Dzienkiewicza wszystkie swoje aktorskie egzaltacje. Partnerami w każdej jednoaktówce są: służący Łuka w "Niedźwiedziu" (jak zwykle Jerzy Kaczmarowski to atmosfera spektaklu, jego dodatkowy atut) i ojciec Stiepanowicz Czubukow (dobrze zobaczyć Aleksandra Podolaka po dłuższej przerwie). Najnowszy lubuski spektakl kipi od aktorskich parad. W małej, klasycznej przestrzeni (scenografia zbliża się do widza, a to dobry znak - obawiałem się klasycznych podziałów) rozgrywa się walka o to, który z aktorów wyjdzie z batalii zwycięsko. Koc jest tu podszyta nieokreślonym rodzajem demonizmu, który warto rozwinąć w kolejnych premierach. Widać to szczególnie w zbliżeniach, fotosach z prób. Romańczyk przekrzykuje nieco swojego bohatera, ale fizycznie wpasowuje się w rosyjski rys swojej postaci i niejednokrotnie chce pożartować z widownią (jeszcze zbyt nieśmiało jednak). Filipowska ma rysy jakby dedykowane tragediom z antycznym rodowodem, choć mało w jej kreacji było emocjonalnych ewolucji.

Widzowie pękali ze śmiechu. Rzecz jasna to głównie sprawka fabuły "Oświadczyn" (rozsławionych w Polsce przez pamiętny, telewizyjny duet Jadwigi Barańskiej i Tadeusza Fijewskiego w reżyserii Jerzego Antczaka), a w drugiej jednoaktówce - dialogów Kaczmarowskiego z Romańczykiem. Kabaretowy wymiar Czechowa, który został wyzyskany przez Dzienkiewicza w dużej mierze, zakrywa nieco obyczajową rzeczywistość, odmyka gdzieś na dalszy plan melancholię zrodzoną z inercji czechowowskich charakterów. Dodatkowy smak rosyjskiego świata zawarty jest za to w kostiumach Doroty Kuźniarskiej. Filipowska nosi tu suknię "w niedźwiedzie", a Malcolm kamizelkę "w charty". To taka zabawa podprogowa, gdzie Kuźniarska bawi się modną dziś formułą w świecie stylizacji. I to takiej właśnie gry na innych polach brakuje mi w tych dwóch adaptacjach najbardziej. To, że Podolak zaczyna swoją kwestię wśród widowni to też za mało (to już wręcz stały "chwyt" skracający sceniczny dystans).

Zdzisław Haczek w swojej recenzji zauważa: "Gdzież szukać wytchnienia od surrealizmu współczesności, jak nie w klasyce". Tak, zgoda. Klasyczność musi być jednak po coś. Teatr nie może jej realizować wyłącznie z potrzeby misyjności i poczucia, że od czasu do czasu warto uśmiechnąć się do konwencjonalnego widza. Teatr to work in progress, dynamiczny bilans tego, co nas dziś osacza. Wyspiański czy Calderon mogą dziś burzyć zardzewiałe przekonania i pytać o przyszłość. Problem w tym, by nie zgubić się w akademickich emfazach i scenografii, grzecznych porównaniach z Chaplinem. Powoduje to niestrawne wrażenie, że teatr współczesny to seria powtórek, a klasyka może być przestrzenią bezpiecznego prze-trwania. Nikomu nic tu się nie stanie, niektórzy wyjdą "uśmiani", inni wynudzeni. Bez ryzyka, twórczej ekstazy, w taktycznych ramach jednoaktówki większego ratunku jednak nie znajdziemy. Jest tu jednak potencjał i trzeba czekać, aż wypełznie w stylu kostiumów Kuźniarskiej, gdzie zerka na nas niedźwiedź współczesnego świata.

Janusz Łastowiecki, 02-05-2017 ********************************************************************************************************************** Zawsze niech będzie Czechow!

Nie po raz pierwszy w ostatnich latach widzowie zaproszeni na spektakl odbywający się na Dużej Scenie zielonogórskiego teatru prowadzeni są kulisami wprost na sceniczne deski, by tam właśnie zasiąść na składanych krzesełkach. Tym razem uzasadnienie tego kroku jest oczywiste: grane są jednoaktówki Czechowa – kameralne, domagające się intymnej bliskości aktora i widza, eksponujące nieocenioną ważność każdego spojrzenia, drgnienia ust, uniesienia brwi, nieznacznego ruchu dłoni, ba – kiwnięcia palcem!

Siadamy zatem na krzesłach ustawionych w podkowę, otaczających zwartymi rzędami przestrzeń gry z trzech stron, przy czym ten główny, najdłuższy ciąg rzędów krzeseł ustawiony jest tyłem do majaczącej gdzieś za naszymi plecami widowni.

Aktor w takiej przestrzeni czuje się bardziej zagrożony niż w jej układzie tradycyjnym, rampowo-pudełkowym – pierwsze rzędy krzeseł, ustawione na poziomie podłogi, zrównane są z przestrzenią gry (szok Pierwszego Studia MChT i Reduty nadal działa!), widzowie są tu zatem dojmująco obecni – są na wyciągnięcie ręki, osaczając aktorów i aktorki, dając im możliwość (symbolicznej, li tylko potencjalnej) ucieczki jedynie do tyłu, za plecy, za ostatnią tylną ścianę. Sceniczni wykonawcy muszą w takiej przestrzeni poczuć niecodzienny, dodatkowy przypływ energii. Obecność widzów, ich spojrzenia, ich oddechy, ich wiercenia się, pokasływania atakują ich osaczoną, nieliczną grupkę z bardzo bliska, i to aż z trzech stron! Tu trzeba dać z siebie wszystko! A przede wszystkim trzeba bardzo precyzyjnie, po zegarmistrzowsku rozplanować każde spojrzenie, każdy grymas ust, uniesienie brwi, nieznaczny ruchu dłoni, każde kiwnięcie palcem.

Troje wykonawców pierwszej pokazanej w Lubuskim Teatrze czechowowskiej jednoaktówki – Niedźwiedzia, miało zdecydowanie trudniejsze zadanie. Sytuacja, w jakiej zostali przez rosyjskiego geniusza postawieni ich bohaterowie, jest teatralnie ekstremalna – trzeba tu grać realistycznie, inaczej się nie da, tyle że wyznaczająca sceniczną konwencję realizmu żelazna zasada podążania za regułami prawdopodobieństwa i zdrowego rozsądku jest przez Czechowa wielokrotnie rozciągana do granic wytrzymałości. Znajdujemy się w dziwnym rejonie literatury i teatru – daleko stąd jeszcze do totalnych parodii Witkacego czy do wyrafinowanej, quasi-sztubackiej prymitywności Jarry’ego, jednak całkiem realistycznie Niedźwiedzia grać się nie da, bo wyjdzie z tego niezamierzona autoparodia.

Mam wrażenie, iż Romana Filipowska (Helena Iwanowna Popowa) i Wojciech Romańczyk (Grigorij Stiepanowicz Smirnow), obejrzani przeze mnie dwa dni po premierze, jeszcze nie do końca wyczuli spore możliwości, jakie dałoby im odważniejsze wejście w aktorską groteskę, w zdecydowane, celowo przerysowane relacje aktor-postać literacka. Filipowska na razie demonstrowała przez większą część spektaklu „skrzywiony wdowim bólem” grymas ust Heleny Iwanownej, skrywający (tak przy okazji) rozczarowanie raczej mało udanym związkiem małżeńskim i strach przed wejściem w kolejne damsko-męskie relacje. Gdyby jednak śmielej, odważniej, bardziej ostentacyjnie, „z przytupem” weszła w baaardzo już przeciągnięte w czasie udawanie podszytej strachem żałoby, dałaby Wojciechowi Romańczykowi okazję do wyostrzenia butnej, żołnierskiej „niedźwiedziowatości” Grigorija Stiepanowicza Smirnowa. Całość niewątpliwie by na tym zyskała. Tekst Niedźwiedzia do takich aktorskich pociągnięć wręcz prowokuje, a poza tym kto z dzisiejszych widzów jest w stanie uwierzyć w realistyczne prawdopodobieństwo tak nieugiętej, długotrwałej żałoby eksponowanej przez młodą, atrakcyjną kobietę?

Oczywiście potrzebne jest tu wyważenie ekspresji, bo nadmierna, groteskowa przesada zabiłaby wiarygodność scenicznych zachowań dwojga bohaterów – gwałtowne, niekontrolowane wyjście poza realizm popchnęłoby aktorkę i aktora w odmęty pseudokabareciarskiej zgrywy. Co zatem robić? Może spojrzeć uważniej na grę Jerzego Kaczmarowskiego, który, wcielając się na zielonogórskiej scenie w postać służącego Łuki, gra wyraziście, farsowo, wzbudzając wśród widzów nieodmiennie żywy śmiech?

Niedźwiedź jest w ramach omawianego tu teatralnego wieczoru jedynie przygrywką do erupcji najpierw subtelnie podsycanego, a potem już karnawałowo rozbuchanego komizmu Oświadczyn. Aktorskie zadania są tu proste, czyste, podane na tacy, gotowe do scenicznego użytku. Młodzi, owszem, mają się ku sobie, tato, owszem, jak najbardziej im sprzyja, tyle że, niestety, cała sprawa rozgrywa się między sąsiadami. A sąsiad – wiadomo… Tutaj trzeba grać farsowo albo wcale.

Mistrzowską kreację stworzył w Oświadczynach James Malcolm jako Iwan Wasiliewicz Łomow. Jego nieśmiałe przyruchy, dziwne, niezdarne układanie ciała w jakiś totalnie skrępowany „znak zapytania”, miętolenie cylindra, podkręcanie (i tak prostego) wąsika, gwałtowne przytykanie dłoni do sfatygowanego serca lub do ust, które właśnie po raz enty wymówiły akurat nie to, co trzeba, bezsilne zaciskanie piąstek w chłopięcym jeszcze geście bezsiły i rozpaczy, wycieranie spoconego czoła nieskazitelnie białą chusteczką, no i pełen zakłopotania, durnowaty wyraz twarzy po kolejnych erupcjach niechcianej, nieoczekiwanej „nieogłady” – wszystkie te miny, gesty i pozy były co do ułamka sekundy odmierzone i dawkowane partnerce, partnerowi tudzież widzom z bezbłędną precyzją. Joanna Koc (Natalia Stiepanowna) dzielnie akompaniowała Jamesowi Malcolmowi w tej mistrzowskiej grze, dodając ich kłótniom werwy i dynamiki. Jej partner nieustannie mitygował i dyscyplinował ekspresję swego ciała, podczas gdy ona dosłownie miotała się chwilami po scenie, zachowując jednak cały czas uważną kontrolę nad swą nadekspresją, nie pozwalając jej wymknąć się w rejony, gdzie aplauz widzów podnieca aktorów i aktorki do nieokiełznanego „pójścia na żywioł”.

Zarówno dwójka młodych, jak i grający ojca Natalii Aleksander Podolak przez cały spektakl, w tym zwłaszcza pod sam jego koniec, gdy temperatura scenicznych wydarzeń osiągnęła stan wrzenia, stosowali dystansujący ich wobec postaci chwyt, wydłużając nadmiernie pauzy i mitygując swą ekspresję w sposób zdecydowanie nadmierny w stosunku do realistycznych kanonów. Zamiast wrzasków mieliśmy zduszone szepty, zamiast gwałtownych gestów, skoków i wymachiwań – tragiczny bezruch na wygodnym siedzeniu skórzanego fotela. Ten ciekawy zabieg wywołał równie ciekawą reakcję „kupionej” już dawno widowni – wyrazy uznania i brawa. Czechowowscy bohaterowie już dostatecznie nabiegali się i nawymachiwali kończynami, więc teraz – przytłoczeni bezproduktywnością konfliktu – mogli tylko niemal bezgłośnie, bezradnie zmagać się ze swym zmęczeniem, palpitacjami, no i zduszoną wściekłością na siebie samych, że tak bezsensownie pogrzebali swe szanse na małżeństwo (to młodzi) i na teściowanie, dziadkowanie, dawanie w spadku (to tata Czebukow). Trafny, oryginalny aktorsko-reżyserski wybór zaowocował tu wzmocnieniem żywego porozumienia z widownią.

Znów się okazało, że „Czechow wiecznie żywy”, a w zielonogórskim dziele wlania po raz enty ożywczej energii w dzieła geniusza z Taganrogu mają swój udział zarówno aktorzy i aktorki Lubuskiego Teatru, jak i debiutujący na zawodowej scenie absolwent łódzkiej „filmówki” Juliusz Dzienkiewicz.

Juliusz Tyszka, teatralny.pl, 17.05.2017

walk_icon Wirtualny spacer