Repertuar

Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert

Ewa Kasińska, Mariola Sopel, Kasiulek, Kaśka D., Kret, Żmija

Reżyseria: Łukasz Chotkowski

Premiera:

Czas trwania: 90 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Dramaturgia, układ tekstu: Magda Fertacz
Kostiumy: Konrad Parol
Muzyka na żywo: DER FATHER- Joanna Halszka-Sokołowska, Jerzy Rogiewicz, Daniel Pigoński
Obsada: Dawid Rafalski, Hanna Klepacka, Elżbieta Lisowska – Kopeć, Przemysław Kosiński ze specjalnym udziałem Mamadou Bâ alias Góo Ba (aktor, dramaturg, choreograf, muzyk i śpiewak pochodzący z Dakaru. Członek grupy artystycznej LaFabriks www.lfks.net , grał w filmach Jean –Michel Bruvere . Interesuje się ekspolorawaniem form literackich w językach pël i wolof.) Żmija, Kasiulek, Mariola, Ewa, Kaśka, Kret mówią wreszcie swoim głosem, głosem, którego może wolelibyśmy nie usłyszeć, albo nadać mu marginalne znaczenie.  Bo co przejmującego mogą nam opowiedzieć kobiety z Zakładu Karnego? Kolejną historię o swojej niewinności?  Przeciwnie. Mówią, że nic by w życiu nie zmieniły, bo wtedy nie byłyby tymi, którymi są. Arogancja? Brak skruchy? Czym różnią się od nas, pozostających na wolności? Co myślą o sobie, świecie, relacjach międzyludzkich? Jakiemu doświadczeniu ludzkiemu dają świadectwo?  A może nie różnimy się tak bardzo? Może dzieli nas jedynie sekunda niewłaściwej decyzji?
Zdjęcia: Anna Szydłowska

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Sztuka napisana pod celą

«Wiele jest tekstów, których bohaterowie przebywają w zakładzie karnym. "Kopciuch" Janusza Głowackiego to jeden z wielu przykładów. - To prawda, ale moim celem było to, żeby więźniarki stały się autorkami - mówi Magda Fertacz. - Oczywiście mogliśmy pozyskać w więzieniu niebanalny materiał na sztukę, książkę i podpisać swoimi nazwiskami, tak jak to się zwykle robi. W tym przypadku kobiety, z którymi pracowaliśmy, stworzyły tekst, podpisały umowę z teatrem i uzyskały honorarium autorskie. Ich wypowiedź jest prawdziwa, nieprzekształcona przez formę literacką, której szukają wszyscy piszący zawodowo. Nie zmieniałam w tekstach nic, połączyłam je tylko, nie układając w fabułę. Moje ingerencje ograniczyły się do skrótów. Rok w więzieniu Magda Fertacz pracowała z dramaturgiem Łukaszem Chotkowskim, który tym razem wystąpił w roli reżysera. Przez rok wspólnie odwiedzali zakład karny pod Zieloną Górą, spotykając się z więźniarkami na comiesięcznych sesjach. - Spotkania były bardzo intymne, bo same dziewczyny zdecydowały, że chcą się z nami widzieć pojedynczo - mówi Magda Fertacz. - W grupie nie chciały się odkrywać. Więzienie, panujące tam zasady i hierarchia wymuszają na nich ciągłą grę, udawanie kogoś, kim nie byłyby w innej sytuacji. Muszą grać, żeby przetrwać. Tymczasem nam zależało na szczerości. Na początku w projekcie brało udział 26 więźniarek, do premiery dotrwało sześć. - Niektóre dziewczyny przychodziły na spotkania ze zwykłej nudy, inne, bo nie miały możliwości pobycia razem, a są w sobie zakochane i dawno się nie widziały. - mówi Magda Fertacz. - W więzieniach są pokoje spotkań intymnych, ale dostępne tylko dla heteroseksualych par. Tymczasem w homoseksualne relacje wchodzą nawet kobiety, które na wolności mają rodziny, mężów, chłopaków. Przedstawienie nosi tytuł "Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert". W grupie autorek są dwie dziewczyny, które siedzą za pozbawienie życia, pozostałe za rozboje, jedna za przestępstwo gospodarcze. - Dwie wyszły na wolność. Jedna z nich przesyłała fragmenty, których nie mogła napisać w czasie odbywania kary, z obawy przed kipiszem w celi bądź personelem więzienia. A miała krytyczne przemyślenia - tłumaczy Fertacz. - W tej grupie dziewczyn nie potwierdziło się to, o czym nas uprzedzano, że będą przekonywać do swojej niewinności, narzekać na złe prawo i zły sąd. Nasze autorki są bardzo świadome. Nie próbowały sobie też za naszym pośrednictwem nic załatwiać: przemytu grypsów czy używek. Akurat te kobiety chciały pisać. Jedna z bohaterek odsiaduje wyrok za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. - Wyszliśmy z założenia, że nie chcemy wiedzieć, jakie były okoliczności popełnienia przestępstwa - mówi Fertacz. - Mogliśmy mieć wgląd w akta, ale woleliśmy zaufać naszym bohaterkom. Mogły nas oszukać, mogły napisać prawdę, na przykład Marzena powiedziała, co się stało, inna wybrała milczenie. Kryzys przestępstwa Powstała opowieść o człowieku, o losie, a może nawet fatum. - Czytając te teksty, miałam wrażenie, że wszystkie opisane w nich uczucia, traumatyczne zdarzenia znamy. Nasze problemy są bardzo podobne, ale mieliśmy więcej szczęścia - mówi Magda Fertacz. Jedna z więźniarek napisała, że jej prawdziwy problem nie polega na tym, że doszło do "kryzysu przestępstwa". Wszystko zaczęło się dużo, dużo wcześniej. Nie wytrzymała napięcia, w którym żyła, a w końcu przyszedł czas, kiedy nie dała sobie rady z cierpieniem i przekroczyła granice prawa. - Jeżeli złe doświadczenie przytrafia się nam wiele razy, wiele razy dręczą nas natręctwa, to nie jest przypadek, tylko żelazna logika, fatum - uważa dramaturżka. - To są sytuacje znane z antycznych tragedii. Takie same są emocje: miłość i nienawiść, w skrajnej postaci. - Praca nad spektaklem była dla mnie spotkaniem z nagością życia - mówi Łukasz Chotkowski. - Podczas pracy wielokrotnie zadawałem sobie pytanie czy mamy prawo oceniać, wartościować, kto jak żyje, co zrobił? Myślałem jak ja bym zachował się w ich sytuacji? Czy od przestępstwa nie dzieli nas chwila zawahania? Magda Fertacz i Łukasz Chotkowski postarają się pokazać poprzez spektakl również to, ile kosztowały ich spotkania w więzieniu, gdzie nieszczęście i agresja ujawniają się w niespotykanym stężeniu. Ale najważniejsze będą autorki. Pojawią się na premierze, przebywając na przepustce, z eskortą, ale bez kajdanków. Tylko jedna nie potwierdziła obecności. - Kaśka jest niesamowita - mówi Fertacz. - Duża część tekstu powstała dzięki niej. Niewykluczone, że wróciła do swoje pracy. Stoi gdzieś na drodze, bo jest prostytutką. Byliśmy w jej mieszkaniu kilkakrotnie, ale nikt nie reaguje na dzwonek. Tymczasem w teatrze czeka na nią umowa i honorarium. Daliśmy już ogłoszenie do lokalnej gazety. Zastanawiam się, czy poszła w totalne tango.» "Sztuka napisana pod celą" Jacek Cieślak Rzeczpospolita nr 109

****************************************************************************************************************

Człowiek rodzi się jednak zły? "Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert" w reż. Łukasza Chotkowskiego w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Zdzisław Haczek w Gazecie Lubuskiej. Słysząc wokół najnowszego spektaklu Lubuskiego Teatru hasła: "teksty osadzonych", "Krzywaniec", "więźniarką na premierę", można sobie "Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert" wyobrazić bez oglądania: ech, kolejna porcja wywodów tych, które "siedzą za niewinność". I może faktycznie początkowo sztuka duetu: Magda Fertacz (dramaturgia) - Łukasz Chotkowski (reżyseria) taką się wydawać... Choć nie! Rockowa moc z zaśpiewem Joanny Halszki-Sokołowskiej z zespołu Der Father, która wdziera się nam do głowy od pierwszej sceny, zaprzecza schematom. Od razu zwiastuje, że tu będzie inaczej. Że zaboli? Z bólem (głowy? serca?) wracali z Zakładu Karnego w Krzywańcu Fertacz z Chotkowskim po comiesięcznych warsztatach z autorkami. - Natężenie agresji i przemocy, jakiego te kobiety doświadczyły w życiu oraz sytuacja, jaką wymusza na nich więzienie, jest dla mnie czymś niewyobrażalnym - wyznał reżyser. Co sobie zatem wyobraził na scenie? Dramat autorek (teksty napisały: Ewa, Mariola, Kasiulek, Kaśka D., Kret i Żmija) skojarzył z twórczością Szekspira, stąd suknie (kostiumy: Konrad Parol) z epoki noszą i aktorki (Elżbieta Lisowska-Kopeć, Hanna Klepacka), i aktorzy (Przemysław Kosiński, Dawid Rafalski). Że jesteśmy za kratami? Przypomina o tym tajemniczy strażnik, pilnujący nas z wysokości (w finale będzie miał śpiewające wejście). Postacie wyrzucają z siebie mroczne biografie. To w formie listu, to melorecytacji... Nagle robi się nieco zabawnie - na widok nagiej męskości. I jeszcze ten kabaretowy zabieg, by któregoś z widzów wyciągnąć na scenę. Ale śmiech szybko więźnie w gardle. Oto rozwija się wielki ekran i widzimy, jak skazane (za przestępstwa gospodarcze, rozboje, zabójstwo...) przemieniają się w Autorki, czasem rapujące, pracujące z aktorami. Ten dokumentalny wtręt rzecz uwiarygodnia, czyni szczerą, ale to, co robi Hanna Klepacka przy pomocy laleczek i ketchupu - poraża. Wbija w fotel. Stwierdzenie o człowieku, że rodzi się zły, wybija się ponad kaskadę słów, które wcale nie wybielają skazanych. Ta świadomość zła - przeraża. Teatr opuszczamy z niepokojem w sercu i świetną muzyką Der Father w uszach. "Człowiek rodzi się jednak zły?" Zdzisław Haczek Gazeta Lubuska nr 125/31.05-01.06 02-06-2014

****************************************************************************************************************

Spektakl został wystawiony podczas III Festiwalu teatru dokumentalnego Sopot Non-Fiction w Sopocie na przełomie sierpnia i września. Omówienie całości festiwalu przez Piotra Wyszomirskiego w "Gazecie Świętojańskiej"

"Bojaźń i drżenie teatru dokumentalnego"

"Na przełomie sierpnia i września Sopot po raz trzeci stał się stolicą teatru dokumentalnego. Adam Nalepa i Roman Pawłowski, kuratorzy festiwalu Sopot Non-Fiction, zaprosili do kurortu twórców uprawiających zuchwałe rzemiosło. Jak co roku festiwal składał się z kilku modułów. W ramach prezentacji zrealizowanych już spektakli w szeroko rozumianej formule teatru dokumentalnego zaprezentowano „Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert” Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze w reżyserii Łukasza Chotkowskiego oraz „Dwóch w twoim domu” Teatru Wybrzeże w reżyserii Rudolfa Zioło. Teatr BOTO przedstawił kolejną wersję nagradzanego „Całoczerwonego” w reżyserii Adama Nalepy i przygotowaną specjalnie na festiwal audioinstalację „Posłuchaj maszynisty” Joséphine de Weck ze Szwajcarii. Ponadto projekcja filmu dokumentalnego „Sprawa Przybyszewskiej” wg scenariusza i w reżyserii Joanny Cichockiej-Guli i to, co najoryginalniejsze i najbardziej kontrowersyjne, ale na spokojnie, czyli rezydencja artystyczna z finałem w postaci dwudniowego Maratonu Non-Fiction.

Spektakle popremierowe były antypodyczne. Tekst prezentacji zielonogórskiej bazuje na rocznych warsztatach z więźniarkami, jakie prowadzili dramaturżka Magda Fertacz i reżyser Łukasz Chotkowski oraz aktorzy. Jednym z najbardziej zapadających w pamięć fragmentów jest właśnie film reportażowy ze spotkania w więzieniu. Osadzone: Żmija, Mariola, Ewa, Kaśka, Kret mówią o sobie i własnych czynach, sytuując siebie jako znawczynie rzemiosła, struktur więzięnnych i życia w ogóle. Prawa, o których mowią, jakim podlegały i jakie nimi kierowały, to nieustająca rywalizacja i walka o przetrwanie. Trudno było słuchać wspomnień dzieciobójczyni także z tego powodu, że nie była w stanie oddać w wywiadzie skruchy z powodu swojego czynu. Zilustrowanie lalkami gwałtu ojca na córce, nawiązujące do przeszłości jednej z osadzonych, to najmocniejsza scena w spektaklo-koncercie. Rodzinna historia, która zdeterminowała życie jednej z więźniarek, to zapewne jeden z argumentów twórców spektaklu, aby ukazać światu osadzone a ich zbrodnicze czyny w kontekście dzeciństwa mogą stawać się co najmniej wytłumaczalne. Mnie zastanawia wymiar całości spektaklu. Zaszczytnym mianem bohaterek nazwane zostały więżniarki. Oddanie im głosu, pokazanie światu ich więziennej "wersji", opakowanie tego znakomitą formą artystyczną, zdecydowanie podnosi rangę mieszkanek zakładu karnego. Zabraklo dystansu do pracy, jaką włożyli realizatorzy, obcując z osobami i ich "zwyczajnymi" historiami. Może ważniejsza była metoda verbatim niż sens spektaklu? Chcąc zachować miarę obiektywną - bohaterem może zostać każdy. Jeżeli postaci teatru non-fiction są realne, to trzeba skonfrontować je z jakimś systemem, miarodajnymi pojęciami, ponieważ postawione same w świetle scenicznych jupiterów, tworzą własne miary, osłabiając siłę dokonanych przestępstw.

Artystycznie spektakl zasługuje na najwyższą ocenę. Muzyka na żywo w wykonaniu Der Father w składzie: Joanna Halszka-Sokołowska, Jerzy Rogiewicz, Daniel Pigoński nadała transowy charakter całości. Wyrazista solistka magnetyzowała bardziej niż niezapomniane PJ Harvey, Siouxsie Sioux czy Patricia Morrison. Jej intrygująca seksualność była kontrapunktem dla świata osadzonych. Aktorzy ubrani w kostiumy z czasów elżbietańskich, czyli także szekspirowskich, sytuowali sztukę w ramach ponadczasowych. Rozmowy z więźniarkami o winie, cierpieniu, miłości i nienawiści być może na to pozwalały, jednak sama postawa osadzonych w zakładzie karnym już nie - one w swoim życiu nie chciały nic zmienić."

 ****************************************************************************************************************

DAWID KARPIUK

BO NIE MOGĘ TEGO ZNIEŚĆ

     Jeden dzień piszesz, trzy dni się z tego leczysz - mówi Ewa o sztuce, którą napisała razem z koleżankami z więzienia. Spektakl został wystawiony w Zielonej Górze. A teraz powstał                o tym dokument "Autorki". Premiera w tym tygodniu na Warszawskim Festiwalu Filmowym.

Hanka: "Mając 15 lat, po raz pierwszy stanęłam na trasie. Chciałam przeżyć w mieście, które było dla mnie obce. Zatrzymał się pierwszy klient. Myślałam, że uzna, że jestem za droga i odjedzie. Mężczyzna lat 40, jasne brwi, ryży zarost. Jak się do niego zabrać? Wzięłam pieniądze i nic z nim nie zrobiłam. Potem już poszło. Przyjeżdżali i zadowoleni odjeżdżali. Telefon do domu: jestem barmanką i dobrze zarabiam."

Magda Fertacz, dramatopisarka: - Bardzo chciałam, żeby praca w teatrze miała jakiś wymierny efekt. Pojechaliśmy do więzienia dać głoś kobietom na co dzień niewidzialnym. To nie był projekt resocjalizacyjny, nie myśleliśmy naiwnie, że zmienimy im życie.

Łukasz Chotkowski, reżyser: - Czuliśmy, że do pewnego momentu nasze życiorysy są zbieżne. Każdego z nas. Co takiego się potem wydarza, że my zaczynamy pracować w teatrze, a drugi człowiek traci kontrolę nad swoim życiem i popełnia przestępstwa?

Hanka: "Bywało różnie, płacili i wymagali. Byłam okradziona, pobita, zakrwawiona. Heroina. Miłość. Bez odwrotu. Posypały mi się zęby, chodziłam posiniaczona, monstrum. Zarabiałam mało. Okradałam klientów. 10 lat życia. "

1.

     Hanka to jedna z bohaterek spektaklu "Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert" w reżyserii Łukasza Chotkowskiego i Magdy Fertacz. Nie istnieje naprawdę, ma życiorys napisany przez sześć kobiet odsiadujących wyroki w więzieniu w Krzywańcu. Za morderstwa, narkotyki, rozboje, pobicia. Fertacz i Chotkowski jeździli do Krzywańca przez rok, co kilka tygodni. Kobietom, które przychodziły na spotkania z nimi, proponowali pisanie tekstów. Wokół prostych haseł: miłość, nienawiść, wina, kara, więzienie.

Na pierwsze spotkanie przyszło trzydzieści kobiet. Jedne były ciekawe, inne znudzone, dla jeszcze innych to była dobra okazja, żeby spotkać się z partnerką.

- Ciągle ktoś je chce naprawiać - mówi Magda Fertacz, zaciągając się papierosem - Studenci resocjalizacji, aktywiści, różne grupy... To je nudzi.

- A my nie zaglądaliśmy im w akta. Nie próbowaliśmy dowiadywać się czegokolwiek o nich inaczej niż z rozmowy - dodaje Łukasz Chotkowski.

Magda Fertacz: - Widać było niesamowite napięcie erotyczne między nimi. Dziewczyny z oddziału zamkniętego muszą nosić specjalne mundurki. Pierwsze co robiły po przyjściu na spotkanie z nami, to się ich pozbywały, pod spodem wylaszczone, w pełnym makijażu. Wydepilowane, zrobione, ubrane super.

Hanka: "Jest jedna oddziałowa, z którą bawiłam się w piaskownicy. Byłyśmy dobrymi koleżankami. Powtarza, że byłam takim ułożonym dzieckiem. Co się takiego wydarzyło?”

2.

     Na każdy rok swojego życia Ewa raz popełniała samobójstwo. Prawie - bo lat ma 24, a rozstawać się ze światem próbowała 20 razy. Raz połknęła tyle pigułek, że  - jak powiedzieli w szpitalu - stukilogramowy chłop trzy razy by się wykończył. A Ewie zrobiono płukanie żołądka, ocknęła się, otrzepała i poszła w cug.

Chyba na całym świecie dworce przyciągają dziwaków. Ten w Zielonej Górze nie jest inny. Czekając na Ewę, odbijam się od grupki narkomanów, mijam kilka leniwych panienek ogrzewających się w słońcu na ławkach, daję złotówkę pijaczkowi, który przysięga, że ostatnią setę wypił jeszcze za Jaruzela.

Ale nawet wśród nich Ewy nie da się nie zauważyć. Bardzo chuda, z twarzą ukrytą za grubą warstwą makijażu, z więzienną łezką pod lewym okiem, z ogromnymi oczami i czarnym irokezem na głowie. W legginsach w panterkę, kurtce w kwiaty i z wielką torbą na ramieniu. Obok Ewy drepcze Kazio - z uśmiechem od ucha do ucha i paroma płótnami pod pachą. Ewa maluje. W ogóle od czasu całej tej historii ze spektaklem i filmem ma masę zajęć. Udziela wywiadów, jeździ po teatrach. Podpisała umowę na książkę, ma wyjść w przyszłym roku.

- Ciężkie było to pisanie - mówi o pracy nad tekstem spektaklu. - Jeden dzień piszesz, trzy dni się z tego leczysz. Od razu wiedziałam, że Łukasz i Magda są w porządku, że nie zrobią mnie w bambuko. Mam niesamowitą czutkę do ludzi. Nie muszę cię znać, wystarczy, że na ciebie spojrzę, i już wiem, jaki jesteś.

Siedziała w Krzywańcu rok i siedem miesięcy, "głównie za pobicia", tak mówi. Potrafi przyłożyć. W trakcie pracy nad tekstem parę razy ścięła się z Mariolą, inną z autorek. Tak chciała ją sprać, że kiedy je rozdzielano, szła do celi się ciąć. Tak już ma, tnie się od dziecka.

- Po prostu jestem za wrażliwa, rozumiesz? Muszę być na lekkim rauszu, żeby to wszystko zdzierżyć. Słyszę w radiu, że pedofil zgwałcił dziewczynkę, któraś kobieta zajebała swoje dziecko albo dokonała aborcji i automatycznie idę do łazienki, biorę żyletkę i się tnę.

- Bo? przerywam. - Bo nie mogę tego, k... znieść!

Dzisiaj mówi, że kryminał to mogła być jej szansa, bo tam ją odwirowali z heroiny. Sama próbowała przestać i nic z tego. A w więzieniu nie miała wyboru. Zaczęła czytać Biblię, sprawdzała różne grupy religijne, bo w więzieniu jest ich na pęczki. Postawiła na świadków Jehowy, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo Ewa jest biseksualna i ma dziewczynę, a to u świadków odpada.

- Dla mnie próba samobójcza jest jak reset. Kumasz, tak jak komputer resetujesz - mówi, patrząc na mnie poważnie. - Ale Jezus cały czas daje mi szansę.

- A nie sądzisz, że może być na ciebie wkurzony? - prowokuję.

- Myślę, że czasami jest. Mimo to mnie kocha - wybucha śmiechem. - Od nienawiści do miłości jeden krok.

3.

     Kaśka była agresywna, Ewie zdarzało się płakać, Mariola milczała. Żmija i Kasiulek przychodziły, ale długo niczego nie pisały. Mariola w którymś momencie napisała na kartce: "Nie wiem, czego od nas oczekujecie". Chciała się spotkać indywidualnie.

- Każda miała wybór: czy chce się spotykać z nami sam na sam, czy w grupie - opowiada Chotkowski. - Wolały sam na sam. Bardzo się otwierały. Zanurzyły się w końcu w takie rzeczy w sobie, których nie chciały dotykać. Nie zmuszaliśmy ich do tego, sugerowaliśmy tylko, które fragmenty warto pogłębić. W tej rocznej pracy zaczęły wchodzić w to, co zrobiły, w karę, winę. W którymś momencie Mariola chciała się wycofać, mówiła, że ją to za bardzo angażuje. Zostawiła różne trudne rzeczy za sobą, nie chciała do nich zaglądać. Dużo o tym z Mariolą rozmawialiśmy. Ostatecznie zanurkowała w siebie. To, co napisała, jest porażające.

"Życiorys: Mam przebłyski. Raczej złe. Tata trzyma mnie za rękę i mówi księżniczko, cieszę się, że mam tatę bandytę. Tato wyprowadza się z domu. Zakaz widywania mnie. Matka mnie nie zauważa. Rodzi mnie, jak ma 14 lat. Jak ma 18, jest nas piątka. Umiera jej 4 dzieci, 5 ginie pod kołami tramwaju, 6 się wiesza i ja 7 z gwałtu dziecko. Dlaczego? Co zrobiłam? Może jak się uśmiechnę? Nic z tego. Złość, krzyk. Stół. Bezpieczne miejsce. Nie widać mojej buzi."

- One myślały, że trzeba być pisarzem, żeby pisać - mówi Magda Fertacz. - Długo im zajęło uwierzenie, że mogą wstać rano i wyrzygać to, co im siedzi w głowach, nieważne, czy były                   w tym przekleństwa, czy poprawnie skonstruowane zdania.

- One się w tym nie oszczędzały, my też nie mogliśmy. Często po wizytach u dziewczyn byliśmy jak one: ledwo żywi - przyznaje Łukasz Chotkowski.

4.

     Dokumentalista Janusz Mrozowski usłyszał o projekcie Fertacz i Chotkowskiego, kiedy przyjechał do Krzywańca pracować nad własnym. - Dowiedziałem się, że w Zielonej Górze wystawiają coś takiego - mówi. - Pomyślałem, żeby do nich pojechać, pokazać te dziewczyny, może włączyć to do serialu. Dopiero po powrocie do Warszawy zdałem sobie sprawę, że mam materiał na długi metraż. Wiesz, to był prezent. Jeśli Bóg istnieje, to chyba on zesłał mi tę historię.

Mrozowski pracuje z więźniami od lat. Jego dokument "Bad Boys. Cela 425" w 2009 r. pokazano w Cannes. To historia siedmiu mężczyzn odsiadujących w Wołowie wyroki w celi o powierzchni piętnastu metrów kwadratowych. Potem nakręcił "Bad Girls. Cela 77" i "Bad Boy. Cela dla niebezpiecznych". - Strasznie cię ciekawią ci więźniowie - zauważam.

- Przeczytałem kiedyś w "Libération" list otwarty długowyrokowców. Apel do artystów i intelektualistów. Pisali jakoś tak: "W głębi naszych cel czekamy na was." To byli ludzie z marginesu, krzyczący, że im brakuje kultury. Kultura jest najlepszą formą resocjalizacji. Daje ci szansę znalezienia swojego miejsca w kosmosie. Poza tym lubię mieć iluzję, że to, co robię, jest pożyteczne. Skazany ma 33 lata za podwójne morderstwo powiedział mi kiedyś: "Powinni mi dorzucić do karty te dni, kiedy tu jesteś, bo ja się wtedy czuję wolny."

- A te dziewczyny z Krzywańca?

- Były strasznie ciekawe mojego życia. Na końcu wiedziały więcej o mnie niż ja o nich. One były odrzucone, w wielu wypadkach od dziecka. Ofiary, które porobiły następne ofiary. Więzienie miały wpisane w metrykę.

5.

    - Najbardziej mi zależy, żeby do ludzi dotarło, co mam do powiedzenia - mówi Ewa, pokazując mi swoje obrazy. - Czyli żeby zrozumieli, że jak ktoś siedział w więzieniu, to dalej może mieć coś ważnego do przekazania. Dalej jest człowiekiem, z problemami, z nieciekawymi historiami w biografii, ale jednak człowiekiem. Chciałby kogoś kochać, chciałby, żeby ktoś kochał jego. Proste.

Kazio robi w budowlance i może mieć kłopoty, bo żeby pomóc przytargać Ewie obrazy, nie poszedł do pracy. Zna się na filmach. Cytuje dialogi z Lyncha, Tarantina, Oliviera Stone'a. Na pierwszy rzut oka widać, że jest w Ewie zakochany po uszy, ale nie ma przebacz. Ewa jest zajęta.

O więzieniu mówi, że przyniosło jej trochę korzyści. Może nawet uratowało życie. - Ale łatwo nie było - zastrzega. - No, sam pomyśl. Siedzisz w celi, jesteś w trakcie terapii alkoholowej, a tam obok ciebie laski o inteligencji roślin doniczkowych. Nie ma się po co odzywać, bo pier... takie śmieci, że trudno wytrzymać. Ale potem skład się zmienił, poznałam Marlenę, moją byłą. Nawet na dupie mam wytatuowane jej imię. Obecnie Marlena pije, jest            z nią bardzo źle. Kilka razy próbowałam ją wrzucić na detoks, ale się nie dało.

- Są dwa tematy między tymi kobietami: miłość i nienawiść - opowiada Magda Fertacz. - Związki lesbijskie są jawne i totalnie akceptowane wśród więźniarek. Wiele z nich, nawet jeśli na wolności mają mężów, rodziny, dzieci, wchodzi w związki z kobietami. Bo jak mają tam być pięć lat, to chcą mieć z kim te pięć lat przeżyć.

Łukasz Chotkowski: - Życie jest zawsze okrutniejsze niż teatr. Są rzeczy, których sztuka nie pojmie, ale musi próbować wypowiedzieć niewyrażalne. W przeciwnym razie nie ma sensu. Zarzut, że sztuka eksploruje nieuzasadnione okrucieństwo, jest zakłamywaniem rzeczywistości.

"Życiorys: Myślę, że Bóg mnie kocha, że się smucę razem z nim. Na ławce pod sklepem widzę faceta. To mój tatuś. (...) Dostaję szału. Mój pierwszy atak epilepsji na tle nerwowym. Babka wstydzi się mojej choroby. Bije mnie podczas ataków."

Magda Fertacz: - Dostaliśmy list od Marioli, która napisała, że to było najważniejsze przeżycie w jej życiu, że ona się poczuła wreszcie człowiekiem.

"Ela: Śniło mi się lato. Uwielbiam je. Jest ciepłe. Słońce, woda, plaża, buzie brodzących po wodzie dzieci."

NEWSWEEK 2014, nr 41

Wszystkie cytaty pochodzą z tekstu sztuki. **************************************************************************************************************** głos kobiet, których słyszeć nie chcemy recenzja spektaklu Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert w ramach Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej Są takie spektakle, które chcą więcej, może nawet zbyt dużo. Autentyczne do bólu, brudne, ostentacyjne niedorobione. Nie są zaproszeniem do eleganckiej restauracji, pełnej pysznych potraw, z której wychodzimy najedzeni i zadowoleni. Zapraszają raczej do rzeźni, w której kolejne zwierzęta czekają na porażenie prądem, zanim wylądują na stole przykrytym białym obrusem. Proszę, proszę bardzo! Zapraszamy, serdecznie zapraszamy! – mówią do nas twórcy, a właściwie głównie twórczynie spektaklu „Nikt nie byłby mną lepiej. Koncert”. I buch! Nagle dostajemy w głowę jakimś tępym narzędziem.

Tekst powstawał długo, kilkanaście niełatwych miesięcy. Magda Fertacz i Łukasz Chotkowski jeździli do Krzywańca pod Zieloną Górą, gdzie mieści się zakład karny dla kobiet. Nie pojechali jednak, jak inni, by posłuchać wstrząsających historii i napisać na ich podstawie sztukę. Nie, pasożytować nie chcieli. Zmusili do wysiłku kilka kobiet. Prosili, by to one pisały. Z tego, co przelały na papier, stworzyli spójną całość w postaci punkowego koncertu.

Ewa Kasińska, Mariola Sopel, Kasiulek, Kaśka D., Kret i Żmija napisały teksty, których nie stworzyłby nawet najzdolniejszy dramatopisarz. Bo to słowa z trzewi, flaki wyprute na scenę, historie przeżyte. Opowiadają o sobie: o miłości, o tęsknocie, o rodzinie. Ich słowa Łukasz Chotkowski włożył w gardła aktorom, a ci (Hanna Klepacka, Elżbieta Lisowska, Przemysław Kosiński i Dawid Rafalski) dali z siebie wszystko, by ich nie ubarwiać, nie zagrywać, nie inkrustować, tylko po prostu wywalić widzom prosto w oczy. Chcieliście, to macie. Macie i słuchajcie. O obciąganiu przy trasie szybkiego ruchu, o gwałtach, o zapijaniu się na umór, o rodzinie, która nie jest radością, tylko przekleństwem. Co? Krzywicie się? Wiercicie w fotelach? Nerwowo zerkacie za zegarek albo w stronę wyjścia? A wy? Gdzie byście dzisiaj byli, gdyby nie odrobina szczęścia? Łukasz Chotkowski w wywiadach przed premierą powtarzał często, że bohaterki jego spektaklu są postaciami szekspirowskimi, dlatego też Konrad Parol ubrał aktorki i aktorów w wiktoriańskie suknie. Ten zabieg okazał się całkiem sensowny i pokazał, że o zbrodniach sprzed wieków chętnie posłuchamy, jeśli to największa z literatur. O zbrodniach sprzed kilku lat, ze sprawczyniami niedaleko, już niekoniecznie. Czy możemy współczuć kobiecie, która katowana codziennie przez męża, w końcu nie wytrzymuje i wbija mu – robiąc dzieciom kanapki do szkoły – nóż prosto w klatkę piersiową? Współczucie jest chyba znikome, bo stawiać się w sytuacji więźniarek nikt nie zamierza. Robią to więc aktorzy, wciągając z widowni na scenę mężczyznę, który siedząc przerażony wysłuchuje potoku obelg, że jest ciotą, szmatą, cwelem i lepiej żeby się nie schylał po mydło. Scena mocna, ryzykowna, ale ze wszech miar celowa. Nie tak bardzo, jak rozebranie Dawida Rafalskiego czy zaangażowanie do spektaklu Goo Ba, senegalskiego pieśniarza i aktora, który przez cały spektakl spogląda na wszystko z góry okiem więziennego strażnika, by pojawić się w finale i wykonać wspólnie z Halszką Sokołowską improwizowaną pieśń. O czym? Nie wiadomo.

A skoro o Halszce Sokołowskiej mowa, to – last but not least – zapomnieć nie można o jej genialnym śpiewie z towarzyszeniem znakomitych muzyków – Jerzego Rogiewicza i Daniela Pigońskiego. Cała trójka to zespół Der Father, bez którego koncert nie byłby koncertem. Za każdym razem, kiedy teatralny płomień przygasa, podrzucają do pieca, że aż iskrzy. I słychać dzięki nim ze sceny donośny głos kobiet. Kobiet, o których chcielibyśmy nie słyszeć, nie wiedzieć, nie współczuć, nie rozumieć. Kobiet skazanych na milczenie, które w zielonogórskim teatrze dostały w końcu głos.

Mike Urbaniak  
walk_icon Wirtualny spacer