Repertuar

Ławeczka, czyli mężczyzna z przeszłością i kobieta po przejściach

Aleksandr Gelman

Reżyseria : Robert Czechowski

Premiera:

Czas trwania: 80 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Słynna komedia rosyjskiego dramatopisarza była już w Polsce grana ponad  dwadzieścia razy. To słodko-gorzka opowieść o mężczyźnie z przeszłością i kobietą po przejściach. Ona i On spotykają się przez przypadek w parku. On chciałby się wprosić na noc, ona pragnie miłości i  stabilizacji. On  – tajemniczy i oszczędny w słowach, ona subtelna i wrażliwa. Czy spotkanie na tytułowej ławeczce odmieni ich los? Być może  gdzieś już kiedyś się poznali? Kameralny spektakl w reżyserii Roberta Czechowskiego to opowieść o potrzebie bliskości i zrozumienia, a także o  tym, że relacja pomiędzy kobietą a mężczyzną to nieustanna gra pozorów.

Reżyseria:  Robert Czechowski Scenografia i kostiumy: Wojciech Stefaniak Muzyka: Paweł Stachowiak

Zdjęcia: GOPHOTO.PL

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Teatr „przyjemny”

JULIUSZ TYSZKA
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
Fot. gophoto.pl

Ławeczka – teatralny niegdysiejszo-sowiecki samograj, opromieniony kreacjami Janusza Gajosa i Joanny Żółkowskiej z Teatru Powszechnego w Warszawie, uwiecznionymi w Teatrze Telewizji (1988). Uniwersalna ponoć opowieść o Kobiecie i Mężczyźnie, obojgu po przejściach, dobra podobno na każdą okazję, na każdą epokę i szerokość geograficzną.

Reżyser Ławeczki w Lubuskim Teatrze, Robert Czechowski, opowiada w programie, że wymarzył sobie spotkanie dwojga aktorów, Tatiany Kołodziejskiej i Janusza Młyńskiego, w swej inscenizacji tekstu Gelmana już dawno temu – jesienią 2009 roku, po premierze Przyjaznych dusz Pam Valentine. W tamtym spektaklu oboje grali duchy Jacka i Suzie Cameronów, zatem dyrektora zielonogórskiej sceny zafrapowało pytanie: „Co powiedzieliby [jako istoty obdarzone „wyłącznie duchową formą życia”], obserwując Jurę (czy jak on tam chce mieć na imię) i Wierę w ich zmaganiach z samotnością, przegranym życiem, z ich oczekiwaniem na odmianę losu?”. Istotne zapewne było także i to, że w Ławeczce Kołodziejska i Młyński mogliby zstąpić na twardy grunt zabójczo realnego świata i oblec życie swych postaci w formę z gruntu materialną, rzec by można – „życiowo mięsistą”.

Zaplanowaną na 25 października premierę trzeba było przesunąć na 7 listopada, a to dlatego, że reżyser już w zaawansowanej fazie prób zapragnął umieścić ten kameralny spektakl na dużej scenie. Obszerna przestrzeń potrzebna mu była nie dla oddalenia widzów od akcji, lecz dla odpowiedniego rozmieszczenia rozległej scenografii. Widzowie rozsadzeni zostali bezpośrednio na scenie, tyłem do widowni, na podestach ustawionych na kształt litery „u” (z dłuuugim spodem, a króciutkimi bokami), nie tracąc bliskiego, intymnego kontaktu z dwojgiem aktorów. A przed ich oczami rozpostarto widok… nie, nie parku miejskiego, w którym „grała muzyka, kręciły się karuzele, ludzie kupowali w kioskach, trzaskały wiatrówki na strzelnicach, fruwały w powietrzu piłki”. Przed nami rozciągała się raczej szeroka panorama nadmorskich wydm, z wybielonymi przez słoną wodę kikutami wyrwanych z korzeniami drzew i łachą piasku pod stopami dwojga bohaterów. A na tylnej ścianie zwisały „do góry nogami” brzozowe gałęzie, tworząc dziwne, surrealistyczne tło dla zmagań Jej i Jego z pokręconym, zapętlonym życiem, z samymi sobą i ze sobą nawzajem.

On Młyńskiego to chamski pseudodandys, cmokająco smakujący życie, wydymający często wargi w charakterystyczny „dzióbek”, odruchowo „poprawiający fryzurę” na łysej, wygolonej czaszce zamaszystym ruchem dłoni – zawadiackim, z lekka knajackim, wystudiowanym do grubej przesady, do bólu. Jasną marynarkę odkłada na samym początku gdzieś w bok, za konar wyrzuconego na morski brzeg drzewa. Przypomina sobie o niej dopiero, gdy Ona zażyczy sobie zaopiekowania się i okrycia, co przyniesie – jak ogólnie wiadomo – kolejny bolesny zwrot akcji. Marynarki zatem przeważnie Mu brak, za to biała koszula zwisa na Nim swobodnie i nonszalancko, zasłaniając górę nijakiego koloru przykrótkich spodni. Na nogach – jako każe wypowiadany przezeń tekst – ma sandały i bure skarpety. Czysta ohyda! Jego pękata sylwetka wyraża z lekka podpitą pewność, że już dziś, już za chwilę przeżyje upojną przelotną przygodę w ramionach przygodnej jednonocnej towarzyszki doczesnych uciech.

Ona Kołodziejskiej to istota krucha, drobna, ostrożnie stąpająca po niepewnym podłożu piasku i życia, czujna, „wycofliwa”, a przy tym o niebo lepiej zadbana niż partner jej tymczasowego flirtu (jej zestaw ciuchów to, tak na oko, coś między Jackpotem a H&M). Jest w defensywie – szarżujący Kola-Losza-Fiedia góruje nad nią zdecydowanie dynamiką scenicznych poczynań, pełnych męskiej buty i poczucia wyższości, choć alkoholowo labilnych.

Robert Czechowski wraz z dwojgiem aktorów zdecydowanie ograniczył jednak „wesołomiasteczkową” przaśność zachowań obu postaci, mocno przecież zaznaczoną przez Gelmana w didaskaliach. Nie ma tu żadnych obłapek, całusików, nagłych schwytań za rękę itp. Młyński od czasu do czasu jedynie zaznacza (ale to bardzo dyskretnie) swe erotyczne zamiary, nie tyle nawet jakąś jednoznaczną „frazą” mowy ciała, ile po prostu intonacją głosu, daleką jednak choćby od jaskrawo rozerotyzowanej normy, jaką już dawno temu wyznaczył Serge Gainsbourg w Je t’aime, moi non plus.

Wydelikacenie aktorskiej ekspresji przekształca się dwukrotnie wręcz w jej „upoetyzowanie”, gdy bohaterowie snują nierealne, jakże jednak piękne i podniosłe marzenia o wspólnej przyszłości, kierując swe słowa nie ku partnerce/partnerowi, lecz „w siną dal” i obracając się przy tym z wolna wokół własnej osi.

To odejście od przaśno-sowieckiego realizmu ku uniwersalnej przypowieści o ludzkim losie nie tylko widać w scenografii oraz we fragmentach aktorskiej ekspresji, lecz także słychać w muzyce Pawła Stachowiaka, która nieprzerwanie towarzyszy scenicznej akcji. Wykonuje ją na żywo gitarzysta (najprawdopodobniej sam kompozytor, ale nie jest to nigdzie zaznaczone). Muzyka – sama w sobie świetna, bardzo nastrojowa – pomaga w przeniesieniu naszego odbioru akcji ku ogólnoludzkiemu wymiarowi spotkania „mężczyzny z przeszłością i kobiety po przejściach” – taki podtytuł nadał Czechowski swej inscenizacji tekstu Gelmana. W jego inscenizatorsko-reżyserskich intencjach nie mieściło się bowiem, jak deklaruje w programie, „osadzenie tej sztuki w znanych autorowi realiach (rzecz powstała przecież jeszcze w ZSRR)”, które to osadzenie „nie wydaje się dziś uzasadnione. (...) Przecież nie o to tu chodzi. To, co wydarza się między Nim a Nią, rozgrywa się w ich relacjach i emocjach, w grze wzajemnego odpychania-przyciągania, a scenografia Wojciecha Stefaniaka może być dla odbiorców źródłem rozmaitych interpretacji losu naszych scenicznych postaci”.

Nie do końca rozumiem w takim razie, po co Czechowski kazał dwojgu aktorom recytować na samym początku i na samym końcu przedstawienia Gelmanowskie didaskalia, najpierw o przed-wieczorze, a potem o nocy w jakimś miejskim parku. Bo scenografia wskazuje raczej na jakiś nadmorski park narodowy – np. Słowiński lub Woliński, którego krajobraz uzupełniony jest zerwanymi przez nieznanych wandali brzozowymi gałęziami.

Był to „teatr przyjemny”, na jaki dzisiaj ludzie chodzą.Tymczasem sowieckie lata osiemdziesiąte ciągle tu jakoś niechcąco wyłażą – choćby w prostym rozłożeniu racji wyrażanych przez oboje partnerów w ramach ich dialogu – do szpiku kości, do krwi „obszczeżitielnym”,  agresywnym, bezlitosnym. Jest to dialog świetnie napisany, który wybrzmiewał u nas tysiącem życiowych ech w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, wypowiadany z pasją przez Gajosa i Żółkowską. Dzisiaj drażni już nieco – nie tyle nawet agresywnością (leje się ona w końcu obfitym strumieniem z występów internetowych youtuberów czy z programów telewizyjnych typu Trudne sprawy, nie mówiąc już o medialnych „debatach” polityków), ile oddaniem inicjatywy i ciągłej przewagi temu żałosnemu, podpitemu facecikowi. Tak na zdrowy rozum w miarę rozsądna kobieta (nawet po niegroźnych przejściach) powinna Go pogonić natychmiast potem, jak poznała w Nim przelotnego kochanka sprzed mniej więcej roku, który po spędzonej z nią nocy natychmiast się ulotnił i przepadł. W dodatku gołym okiem widać, że gościu jest po pijacku napalony, że chamstwo emanuje z każdego pora jego skóry (świetnie, dyskretnie, acz wyraziście wydobyte przez aktora), a jego chłopko-roztropkowatą, męsko-szowinistyczną „fiłozofiję” i „sawułarwiwr” należy czym prędzej o kant… potłuc. Trudno mi doprawdy dzisiaj zrozumieć, dlaczego Wiera jest niemal cały czas w defensywie, w imię czego to wszystko znosi, czemu odkrycia jego kolejnych łgarstw, kolejnych warstw chamstwa i podłości nie mogą odebrać jej irracjonalnych resztek nadziei. Stopień jej zdesperowania i „głodu chłopa” musi być – tak na dzisiejszą polską miarę – po prostu nieludzki, że wytrzymuje wszystkie jego kłamstwa, wykręty, sofizmaty i obelgi, a na koniec daje mu jeszcze klucz do swojego mieszkania!

W spektaklu Czechowskiego nie ma klucza – jego rolę gra sucha, pozbawiona liści, delikatna gałązka – to kolejne odejście od mięsistego realizmu w stronę… No właśnie – trudno stwierdzić, czego.

I tak to się wszystko rozjeżdża: z jednej strony Gelmanowski realizm, którego nie da się niczym zadusić, plus momentami świetna, precyzyjna gra Młyńskiego, oddająca w stu procentach „mięsisto-życiową” maestrię tekstu, a z drugiej – abstrakcyjna, uniwersalna scenografia (sama w sobie piękna i ujmująca), muzyka – też piękna, lecz jeszcze bardziej niż scenografia odrywająca nas od życiowego konkretu dialogów, no i ta zwiewna kobieta o szlachetnych rysach twarzy, która tak bardzo daje sobą pomiatać!

I chociaż to wszystko z osobna było piękne i robiło wrażenie, chociaż inni widzowie byli najwyraźniej całkiem usatysfakcjonowani i obdarzyli Ławeczkę Czechowskiego brawami na stojąco, rzucam z widowni w ślad za Konstantinem Stanisławskim swoje „Nie wierzę!”. Nie mogę po prostu na trzeźwo uwierzyć w tak mocne rozjechanie się tekstu i inscenizacji, dialogu i muzyki, w reżyserskie ustawienie aktorki tak radykalnie osłabiające jej (i tak już osłabioną przez dramaturga) pozycję „kobiety po przejściach” w relacji z bezczelnym chamusiem.

Był to „teatr przyjemny”, na jaki dzisiaj ludzie chodzą – bez większych zadr, bez skandalu, z dobrze napisanym dialogiem, dobrze zagrany, dający skrawek wglądu w komplikacje ludzkich losów i namiastkę nadziei, że tzw. „ludzka natura” (cokolwiek ona dziś oznacza) nie jest zwierzęco bezlitosna. Więc widzowie klaskali i wstawali z miejsc. Do legendy taŁaweczka raczej nie przejdzie, bo spójnością nie grzeszy, a jej przesłanie ginie gdzieś w piaskowych odmętach, brzozowej gęstwinie, w liryczno-dramatycznych, pięknie przetworzonych dźwiękach gitary. Ale wstydzić się też nie ma czego.

3-12-2014

**************************************************************************************************************** O czym myśli Ona, a co ma w głowie On?

Ja jestem mężczyzną, a mężczyzna to jest mężczyzna, i każdy mężczyzna ma inaczej poukładane w głowie niż kobieta - wyznaje w pewnej chwili On ze spektaklu "Ławeczka, czyli mężczyzna z przeszłością i kobieta po przejściach" w Lubuskim Teatrze. Czy jest szczery? Zapewne do bólu, ale cóż to daje? Tym wyznaniem Jura, Kola, Alosza, Fiedia (ile imion, tyle biografii bohatera słynnej sztuki Aleksandra Gelmana) niczego nie zyskuje. A na pewno nie rozbraja podejrzliwości Wiery, która tak bardzo chciałaby kochać, kochać, kochać... I się na mężczyźnie wesprzeć. Choć szczery inaczej.

Inscenizacji "Ławeczki", którą Gelman napisał w 1985 r., widziały już polskie sceny około 25. Cóż znajdujemy w tej zielonogórskiej, w reżyserii Roberta Czechowskiego?

Plażę. Taką z prawdziwym bałtyckim piaskiem i wielkimi pniakami, które morze obmyło, wytarło... To w takim miejscu umieszcza reżyser dwójkę bohaterów. Życiowych rozbitków, którzy tak bardzo chcieliby być razem, ale kłamstwo, nieszczerość, zwykła głupota, słabość, podłość przeszkadzają w zarzuceniu kotwicy. Na dłużej. Udanie dobrał R. Czechowski aktorów. Tatianie Kołodziejskiej i Januszowi Młyńskiemu (dobrze znanymi wielbicielom zielonogórskiej świątyni Melpomeny) wierzymy od pierwszej do ostatniej sceny. A po drodze mamy prawdziwe pole do popisu, które stwarzają przeróżne wolty, zwroty akcji i nastroju w tej komedii. Jest miejsce na śmiech, na wzruszenie. I na zrzucenie masek. Jak ten moment, kiedy oboje synchronicznie, harmonijnie wirują, bo akurat się rozmarzyli. Dom z kamieni na piasku musi runąć. Bo "Ławeczka" to rzecz o nieprzystawalności płci, o niespełnieniu, dojmującej samotności. Choć tak by się chciało... Co tak dobitnie pokazuje chyba bardziej zakłamany On, w mistrzowskiej kreacji Janusza Młyńskiego (eksplozja talentu!).

Jesteśmy na plaży, ale zamiast szumu fal mamy muzykę, którą tworzy dla nas na żywo Paweł Stachowiak. Kompozytor śpiewa, akompaniując sobie na gitarze (pomysł to strzał w dziesiątkę!), podkreślając subtelnymi dźwiękami ulotność chwili.

Zdzisław Haczek Gazeta Lubuska nr 271/22-23.11.2014 r.
walk_icon Wirtualny spacer