Repertuar

Księżniczka na opak wywrócona

Pedro Calderón de la Barca

Reżyseria: Robert Kuraś

Premiera:

Czas trwania: 110 minut z przerwą

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Napisana blisko cztery wieki temu hiszpańska komedia omyłek cieszy się do dziś powodzeniem w wielu teatrach nie tylko dzięki ponadczasowej i żwawej męsko-damskiej intrydze. „Ostrą” kreską zarysowane postaci, w polskiej wersji stworzonej przez poetę Jarosława Marka Rymkiewicza – urzekają pełną humoru kwiecistością języka, ale i wybiegającymi poza barokową ramę odniesieniami. Forma spektaklu nawiązuje do niezwykle barwnej epoki wędrownego teatru jarmarcznego, w którym wszyscy członkowie artystycznej trupy zajmują się wszystkim (łącznie z efektami muzycznymi) na oczach publiczności, a płeć aktora jest drugorzędna wobec płci granej przez niego na scenie postaci. Blisko stąd do znanej i popularnej konwencji commedii dell’arte, włącznie z jej żartobliwie rubasznym erotyzmem. W jaki sposób zaskakujące perturbacje i ciągłe zamiany postaci doprowadzą wreszcie zakochanego Roberta i jego wybrankę Dianę przed ołtarz? Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie, a widzom gwarantuje ogromną dawkę zabawnych sytuacji i błyskotliwych, choć czasami ciętych i rubasznych dialogów. „Księżniczka na opak wywrócona” to teatr bez koturnów, skutecznie niwelujący nasze codzienne, trudne dylematy.

Imitował: Jarosław Marek Rymkiewicz

Reżyseria: Robert Kuraś

Ruch sceniczny: Robert Kuraś i Kinga Górska

Asystentka reżysera, kostiumy: Kinga Górska

Konsultacje muzyczne: Andrzej Lewocki Wykonanie: Zespół Aktorski

Ilustracja do plakatu: Remigiusz Borda

Projekt plakatu: Piotr Czech

Dokumentacja fotograficzna spektaklu: GOPHOTO.PL

Sesja zdjęciowa: Agnieszka Bekiesz, Magdalena Karwalajtys-Galek; make up: Natalia Koziróg

Zdjęcia z prób: Anna Celmer, Paulina Bodzon

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Czy to sen jest czy to jawa

21 stycznia br. mieliśmy okazję obejrzeć w Lubuskim Teatrze premierę spektaklu Księżniczka na opak wywrócona w reżyserii Roberta Kurasia. Przed premierą reżyser wyraził nadzieję, że wszyscy będą się dobrze bawić. Czy aby na pewno tak było? Czy aktorom udało się uchwycić klimat tej barokowej komedii? Czy mężczyzna potrafi stać się kobietą? No i w końcu czemu ta Diana to nie Diana a Gileta ?! Autorem sztuki napisanej przeszło cztery wieki temu jest Pedro Calderón de la Barca. Akcja rozpoczyna się od sceny w pałacu księcia Parmy, w którym to spotykają się Roberto (James Malcolm) i jego oddany sługa Lisardo (Radosław Walenda). Roberto wysyła go jako szpiega do królestwa Mantui, gdzie znajduje się wybranka jego serca, piękna Diana (Alicja Stasiewicz). Roberto i Diana to młoda, szaleńczo w sobie zakochana para. Niestety nie jest to prosta miłość, gdyż nieustannie mnożą się przeszkody na drodze ich uczucia, które nie pozwalają im się połączyć. Małżeństwa obojga bohaterów zostają zaaranżowane, porwanie kończy się niepowodzeniem, a księżniczka może wcale nie jest księżniczką tylko wieśniaczką... albo na odwrót... Istny galimatias! Na szczęście historia wydaje się tylko pozornie skomplikowana. Liczne nieporozumienia między bohaterami układają się w całkiem ciekawą farsę. Problemy w relacjach między małżonkami Perote (Aleksander Stasiewicz) i Giletą ( Joanna Wąż ) zabawnie przeplatają się ze sprawą Roberto, Diany, a nawet Lisardo.

Można powiedzieć, że w tym spektaklu rządziły głównie duety. James Malcolm i Radosław Walenda, Joanna Wąż i Aleksander Stasiewicz, ponownie James Malcom i Robert Kuraś - w roli Flory. Tak, tak, napisałam „Robert Kuraś w roli Flory". Zasada, kiedy to mężczyzna musiał zagrać każdą postać bez względu na płeć, jest tak stara i niemal zapomniana, że dzisiaj takie przedsięwzięcie może być odbierane nawet za miłą ekstrawagancję. Wracając do tematu, każdy z aktorów wkładał w swoją grę najwięcej witalności, na jaką było go stać. Na scenie ciągle coś się działo - a to ktoś fikołka zrobił, a to ktoś wymachiwał rękoma lub padał z hukiem na ziemię. Jednak należy zauważyć, że najbardziej wyróżniała się para Alicja Stasiewicz - Lech Mackiewicz. Może to za sprawą infantylnego zachowania tych dwojga? Albo naśladowania przez Laurę (w tej roli Lech Mackiewicz) niemalże każdego ruchu Diany? Swoją drogą to całkiem ciekawe zobaczyć dojrzałego mężczyznę i młodą kobietę podskakujących razem na scenie w spódnicach i koczkach niczym dwie małe dziewczynki. Pozytywna energia między aktorami była wyczuwalna, co przekładało się na widownię. Oglądający nie parskali wymuszonym prychnięciem pod tytułem „czy tylko ja nie zrozumiałem tego żartu?". Słychać było prawdziwy śmiech zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Czasami można było odnieść nawet wrażenie, że aktorzy bardziej bawią się niż pracują.

Robert Kuraś dość wiernie trzymał się wizji Calderóna. Całość, na szczęście, nie była przekombinowana, a każdy odtwórca roli miał swoje „pięć minut" i mógł w pełni zaprezentować stworzoną przez siebie kreację. Skromna scenografia, składająca się głównie z białego płótna i drewnianych podpór, nie przytłaczała odbiorcy. Za muzykę, pod nadzorem Andrzeja Lewockiego, odpowiadał najczęściej któryś z aktorów, siadając na jednej z drewnianych skrzyń znajdujących się przy scenie, przygrywając na gitarze, cymbałkach, grzechotkach czy innych świstawkach. Stroje również nie „kłuły" w oczy - proste i odpowiednio dobrane do prawie dellartowskiego charakteru sztuki i postaci.

Obserwując i chłonąc lekki, dowcipny, wręcz ujmujący klimat tego przedstawienia z największą przyjemnością oddawałam się jego narracji, dobremu tempu i płynącej ze sceny miłej, odprężającej energii. Brak zadęcia, luz, uśmiech, dystans do siebie i do własnych poczynań na scenie, znakomicie utrzymane wzajemne relacje, młodość i wynikające z niej piękno postaci, a także należyty szacunek dla tekstu i wydobywająca się z serc aktorskiej trupy radość tworzenia, to największy atut tego na wskroś uroczego wieczoru.

To także dobry przykład dla innych teatrów. Dyrektor Robert Czechowski oddając scenę młodym realizatorom uruchomił, właściwe im, niespożyte pokłady twórczej inicjatywy przełożonej poprzez niełatwy do zrealizowania tekst - na spektakl tryskający pomysłami, oddający kształty, barwy, duchowość i estetykę siedemnastowiecznej calderonowskiej epoki.

A zatem Drogi Czytelniku, jeśli ponura aura sprawia, że popadasz w depresyjkę, wybierz się do Lubuskiego Teatru na "Księżniczkę na opak wywróconą". Zastrzyk dobrego nastroju gwarantowany. Anita Pietrenko, Dziennik Teatralny Zielona Góra, 25 stycznia 2017

****************************************************************************************************************

Tętniący ruch i skryte cienie

Teatr Lubuski od stycznia na swoich deskach prezentuje "Księżniczkę na opak wywróconą" według tekstu Pedro Calderóna de la Barci w reżyserii Roberta Kurasia. To debiut tego aktora w reżyserskiej roli na zielonogórskiej scenie. Z tekstami hiszpańskiego autora doby baroku, Kuraś zetknął się w swojej aktorskiej karierze już wcześniej. Wyczucie językowe dramatów onirycznych Calderóna i obycie na scenie w tej właśnie konwencji pozwoliło mu zmierzyć się z tekstem "Księżniczki" od drugiej strony. Choć występuje na scenie, jest uważnym obserwatorem przedstawianych zdarzeń.

Nie udało mi się wybrać na premierę, spektakl był już grany przez dobry miesiąc. Mimo tego czasu, który mógłby zepchnąć zespół w opary rutyny, czuć na scenie energię i świeżość. Przede wszystkim aktorską. Alicja Stasiewicz (Diana) i Joanna Wąż (Gileta) tworzą ezoteryczny wręcz duet żeński, okraszony dogodnym towarzystwem mężczyzn (Lech Mackiewicz, James Malcolm, Radosław Walenda, Aleksander Stasiewicz i Robert Kuraś właśnie - choć reżyser, idąc za barokowym podszeptem - przyznał sobie rolę Flory, zazdrosnej bratanicy księcia Parmy). Rola inspicjentki została przesunięta na scenę, a jej funkcję wyśmienicie wypełniła Dobrosława Trębacz. Łopocząca niebieskie flaga i śpiewne uwagi zaangażowanej inspicjentki (która dla mnie jest tu pełnoprawnym, aktorskim duchem) dodały groteskowości, stanowiąc jednocześnie zdyscyplinowane kierownictwo nad sennymi wersami de la Barci.

Ogrodniczka staje się tu księżniczką i na odwrót, zagubieni mężczyźni w obcisłych pończochach, teatr zamknięty w teatrze - te i inne atrybuty hiszpańskiego teatru wyobraźni nabierają tu czegoś, co bym nazwał sceną energetycznej wymiany napięć. Czuć tu siłę, wprzęgniętą między senne obrazy z pierwowzoru. Młody zespół Teatru Lubuskiego jest niezwykle sprawny technicznie, szybki, reaguje na każde falowania i dyferencje. Gdzieś w tych akrobacjach ginie tylko prostota i precyzja podawanego tekstu, który czasami zdaje się iść "za szybko", mimochodem. Kuraś skupił się tu na wersji wizualnej i, proponując klasyczną scenografię (wyklarowane z kremowych i beżowych prześcieradeł pudełko), wyprowadził wiele pnączy współczesnych. Być może dlatego pojawia się momentami dyskotekowa nowomowa Gilety-Diany. Stasiewicz i Wąż wymieniają się nie tylko imionami, ale i temperamentem. Tam, gdzie trzeba, Stasiewicz przestaje być niegrzeczną uczennicą, a Wąż ponętną żoną. Kabaretowy wydźwięk poszczególnych igraszek scenicznych daje szansę na lepsze pokazanie swojego talentu Radosławowi Walendzie, w którym jest spory potencjał komiczny (widziałem to już w "Ja Ciebie też" i "Gdy przyjdzie sen", choć w znacznie bardziej zachowawczej formie).

Duża w tym spektaklu rola Kingi Górskiej, która pracowała nad ruchem scenicznym, przygotowała kostiumy i asystowała reżysersko Kurasiowi. Te dwa elementy obserwuje się tutaj z estetyczną przyjemnością. Prostota kostiumów idzie w parze z gracją - miło się patrzy na dobrze dobrane palety kolorów i czuje wprawne oko osoby kierującej wehikułem scenicznego ruchu. Jest też sfera dodatkowa, wyczarowana poprzez kryjące się za prześcieradłem cienie. Zabawa powiększeniem i światłem daje bajkową perspektywę, łudzi skojarzenia z "Tomcio Paluchem", "Calineczką" (a może najwłaściwszy trop intuicyjny to François Rabelais i jego "Gargantua i Pantagruel")?

Jest potencjał w calderonowskim świecie, który przeszczepił dla zielonogórskiej sceny Robert Kuraś. Klasyczne rygory zostają tutaj poddane pewnej próbie, którą stanowi młody zespół, pełen siły i sprawności - wydawałoby się zbyt techniczny, by wejść w świat migotliwych obrazów z zaspanego XVII wieku. Muzyka, ograniczona tutaj do fałszujących dźwięków trąbki Stasiewicza, stwarza niejako symbolizujący się pozór sytuacji scenicznej i zatacza nawias nad prawdziwością nie tylko treści, ale i nieuchwytnych rekwizytów czasu, którego nie ma. Dużo lepiej z instrumentem radzi sobie Walenda, który uwspółcześnia muzykę spektaklu poprzez przywołanie melodii z utworu Soko "We Might Be Dead Tomorrow" (przynajmniej tak mi mówią moje uszy). Kuraś wraz z coraz bardziej zgranym, młodym zespołem przypomniał nam, że w starych dekoracjach jest możliwy ruch, życie. A eskapistyczne oddalenie, powodowane oniryzmem oryginału, może być dobrym materiałem do zabawy tu i teraz, w pędzącym roku 2017. To najlepszy jak dotąd spektakl sezonu. Brawo. Janusz Łastowiecki, 25-02-2017

****************************************************************************************************************

Komedia omyłek na diabelskim młynie

Dżdżysty lutowy poranek w Zielonej Górze. Na ulicach pusto. W powietrzu leniwie i cierpliwie wisi senność. Ludzie w pomarańczowych kamizelkach zmiatają piasek z deptaka. Do bram Lubuskiego Teatru zbliża się grupa gimnazjalistów. Dziwne, ale i pocieszające, bo przecież Księżniczka na opak wywrócona Pedra Calderóna de la Barca, kongenialnie „imitowana” przez Jarosława Marka Rymkiewicza w ramach kompilacji kilku Calderónowskich tekstów, nie jest szkolną lekturą.

Młodzież zasiada w fotelach, wypełniając niemal całą widownię. Na razie może jedynie słuchać andaluzyjsko brzmiących uderzeń w „strruny gitarry” i zaśpiewów oraz kontemplować niezasłonięte kurtyną skromne dekoracje: cztery drewniane słupy postawione na rogach niskiego podestu i rozłożone po jego bokach drewniane kufry i skrzynki. Między dwoma tylnymi slupami zawieszone jest płócienne dwuczęściowe tło. Wszystko jest ładnie zakomponowane (szkoda, że nigdzie nie ma informacji, przez kogo), a przy tym zgrzebne, skromne, czyste, rzec by można „ekologiczne”.

Młodzież jest spokojna – to już nie dzieci z podstawówki. Siedzące po bokach widowni panie nauczycielki mogą spokojnie porozmawiać lub sprawdzić, co tam nowego na Facebooku, do czasu, gdy na scenie pojawią się aktorzy dysponujący bardzo przekonującymi argumentami, które kategorycznie i nieodwołalnie skłonią wszystkich do skupienia uwagi na akcji spektaklu. Jakie to argumenty? Ano dzika, niepohamowana energia, która jednocześnie ujęta jest w karby bardzo dokładnie odmierzonego rytmu działań i partytury scenicznego ruchu, realizowanej z matematyczną wręcz precyzją. Chciałoby się tu wręcz użyć tanecznego terminu „choreografia”, ponieważ sposób poruszania się wszystkich postaci, oryginalnie zindywidualizowany, dostosowany do ich wykoślawionych nieco charakterów, jest ściśle zaplanowany i wykonywany z ogromną dyscypliną. A owa dyscyplina jest tu wręcz niezbędna, bo jeden mały błąd, na przykład przyspieszenie czy opóźnienie danego ruchu, może bardzo wydatnie zakłócić kompozycję całej sceny. Godne podziwu jest tutaj, oprócz wspomnianej dyscypliny, jeszcze wiele rzeczy: aktorskie wyczucie rytmu, zgranie całego zespołu wykonawców, ich fizyczna sprawność i kondycja, a także (last but not least) świetna emisja głosu i dykcja, które pozwalają tekstowi w pełni wybrzmieć wśród podskoków, piruetów, przebiegów, wywrotów, przewrotów, energicznego machania rękami lub/i nogami, kręcenia biodrami albo tylną częścią ciała itd., itp. Widać ogromną pracę wykonaną przez aktorów i aktorki pod kierunkiem reżysera Roberta Kurasia oraz jego asystentki Kingi Górskiej, wspomagającej go w dziedzinie ruchu scenicznego i będącej zarazem projektantką kostiumów.

Zielonogórska inscenizacja Calderonówsko-Rymkiewiczowskiej komedii omyłek zainspirowana została najwyraźniej nie tylko jarmarczną i „postjarmarczną” stylistyką hiszpańskiego teatru barokowego, lecz także tym, co w europejskiej kulturze zostało po commedii dell'arte i w ogóle całej tradycji „teatru drugiego obiegu”. Ponadto Robert Kuraś przyznaje się w przedpremierowych wywiadach do jeszcze jednej istotnej inspiracji, a jest nią brawurowa inscenizacja tekstu Calderóna-Rymkiewicza dokonana przez Jana Englerta w Teatrze Narodowym (2010). Reżyser zielonogórskiego widowiska grał w tamtym przedstawieniu i wspomagał dyrektora narodowej sceny w dziedzinie zakomponowania i wyćwiczenia aktorskich akrobacji. Przywołany przez Englerta duch teatralnej zabawy i zabawy w teatr odżył na scenie Lubuskiego Teatru, lecz ta Księżniczka na opak wywrócona jest już oryginalną kreacją Kurasia.

Akcja toczy się tu tak wartko wśród podskoków, przeskoków, koziołków i piruetów, że trudno jest nadążyć za kolejnymi omyłkami, intrygami, przebierankami oraz wszelkimi pozostałymi metamorfozami. Aktorzy, gdy już zeskoczą raźno ze sceny, często siadają na skrzynkach po jej bokach i dmą w trąbkę, anonsując uroczyste entrée księżniczki lub księcia, albo grają na gitarze, cymbałkach bądź rozmaitych perkusyjnych „przeszkadzajkach”, akompaniując rytmicznie rozwojowi scenicznych wydarzeń i od czasu do czasu przywołując powszechnie znane muzyczne motywy rodem z wielkiej klasyki. Istotną rolę odgrywa też, wyskakująca co jakiś czas zza lewej kulisy, Zapowiadaczka (niestety, niewymieniona w programie ani w internetowej informacji o spektaklu), która anonsuje niektóre sceny oraz przerwę (tutaj dopiero za drugą zapowiedzią udaje się jej zegnać aktorów ze sceny), no i oczywiście zakończenie spektaklu. Żywą reakcję młodej widowni wywoływał „operowy” ton jej głosu i energiczne wymachiwanie chorągiewkami o różnych kolorach – na pierwszy rzut oka bezsensowne, lecz być może nawiązujące do jakiejś szlachetnej teatralnej tradycji (na przykład elżbietańskiej?).

Wszystkie aktorki i wszyscy aktorzy występujący w zielonogórskiej Księżniczce... zasługują na słowa najwyższej pochwały. Niektórzy z panów grają po kilka postaci, często różniących się od siebie zewnętrznie tylko nieznacznymi szczegółami stroju. Potrafią oni jednak świetnie zróżnicować swą sceniczną ekspresję, nie prokurując widzom kłopotów z rozpoznaniem, kto zacz jest aktualnie na scenie. Prym wiedzie tu Lech Mackiewicz, grający trzy postacie, w tym jedną żeńską. Najwyrazistsi, ale bo też i najbardziej plebejscy, i najsprośniejsi są niewątpliwie Joanna Wąż (Gileta) i Aleksander Stasiewicz (Perote), choć i Alicja Stasiewicz jako księżniczka mantuańska, Diana, też potrafi wykrzesać ze swej arystokratycznej postaci parę megadżuli komicznej hiperenergii.

Przesłanie spektaklu o życiu-śnie, życiu na jawie śnionym, kreowanym przez nas między snem a jawą, przekazane zostaje w monologu przywróconej swemu właściwemu wcieleniu Gilety. Jest to unikalny, jedyny moment zwolnienia wariackiej akcji, gdy zabawa teatrem schodzi przez niedługą minutkę na drugi plan. Potem „diabelski młyn” scenicznych wypadków znów nabiera właściwego sobie rozpędu. I się kręci.

Senność dżdżystego zielonogórskiego poranka najwyraźniej nie przeszkodziła aktorkom i aktorom Lubuskiego Teatru w niezwykle energetycznym, do bólu precyzyjnym, radosnym i pełnym zasłużonej autosatysfakcji odegraniu tego spektaklu. Niestety, gimnazjaliści na widowni pozostali nierozbudzeni – anemiczne, znudzone brawko, jakim nagrodzili wykonawców, napełniło mnie ciężkim zażenowaniem. Mam tylko nadzieję, że zielonogórscy artyści będą się nadal sami sobą i sami ze sobą świetnie bawić, grając to przedstawienie i wypełnią dzięki temu sens swego powołania – szkoda tylko, że jakoś tak połowicznie, choć bez cienia własnej winy. Hasło „sztuka dla sztuki” zyska wówczas nowy sens, nieco nawet chyba szlachetniejszy niż w epoce swych narodzin.

Juliusz Tyszka, teatralny.pl, 01.03.2017

walk_icon Wirtualny spacer