Repertuar

Kazimierz i Karolina

Ödön von Horváth

Reżyseria: Wojtek Klemm

Premiera:

Czas trwania: 80 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Kazimierz właśnie stracił pracę. Karolina marzy o awansie społecznym. Czy ich miłość – w świecie pogrążonym w kryzysie – ma szansę przetrwać? Pozornie prosta opowieść ukazuje mechanizmy społeczne, w których pieniądz odgrywa kluczową rolę, a ludzie niczym bezwolne marionetki zostają wprzęgnięci w tryby wielkiej machiny społecznej klasyfikacji.

przełożył Jacek St. Buras

Reżyseria: Wojtek Klemm
Dramaturgia: Michał Pabian
Przestrzeń: Wojtek Klemm, Torsten König
Choreografia: Magda Jędra
Muzyka: Micha Kaplan
Światło: Torsten König
Kostiumy: Sandra Fink
Asystenci reżysera: Paulina Dudzińska, Tomasz Kaczorowski

Zdjęcia: Bartłomiej Sowa

 

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Zeppelin w stolicy żużla 

Jacek Cieślak Teatr , nr 11/2013

Wojciech Klemm wpisał Kazimierza i Karolinę w pejzaż Zielonej Góry, akcentując społeczny dramat mieszkańców, wegetujących z dala od metropolii. To spektakl sprawny, lecz słabszy od wcześniejszego Życia snem. 

Igrzyska dziś

Austro-węgierski twórca plebejskich sztuk zawdzięcza powrót na polskie sceny wydanej niedawno dwutomowej antologii dramatów, w której perłą jest Kazimierz iKarolina w przekładzie Jacka St. Burasa. To dzięki kongenialnemu tłumaczeniu rzadko wystawiana w Polsce sztuka znalazła się w repertuarze Teatru Narodowego w Warszawie, gdzie wystawił ją Gábor Zsámbéki, jeden z najważniejszych twórców sceny węgierskiej. Nie było to pewnie bez znaczenia dla powstania mocno uwspółcześnionego przedstawienia Jana Klaty na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu.

Zsambeki podążył wiernie tropem tekstu Horvátha i pokazał bohaterów w realiach kryzysu lat trzydziestych, podczas monachijskiego Oktoberfestu, w pejzażu ludowej zabawy z drewnianym rollercoasterem w tle. Jan Klata przeniósł akcję do współczesności, rozgrywając ją w ramach uroczystego otwarcia galerii handlowej. Sportretował napięcia wywołane przez żałosny konsumeryzm czasów, gdy hierarchię społeczną weryfikuje coraz częściej stan posiadania. Klata, zawsze chętny do kreowania efektownych obrazów i metafor, nie omieszkał skonfrontować polskiego supermarketu z ostrym sporem politycznym na tle katastrofy smoleńskiej z krzyżem z puszek po piwie Lech w roli głównej.

Obie inscenizacje, warszawska i wrocławska, zrealizowane były z perspektywy wielkomiejskiej. Tymczasem Wojciech Klemm postarał się, by scena teatru w Zielonej Górze nie była dla lokalnej publiczności miejscem oderwanym od jej życia. Umieścił akcję sztuki jeśli nie w samej Zielonej Górze, to już na pewno w mieście, gdzie szczyt marzeń o awansie społecznym wyznacza perspektywa najbliższej polskiej metropolii, czyli Wrocławia.

Rzecz rozpoczyna się od mocnej sceny, gdy zwolniony właśnie z pracy Kazimierz (Przemysław Kosiński) i jego narzeczona Karolina (Hanna Klepacka) przeżywają moment graniczny swojej miłości. Kłócą się o przyszłość i szansę na godziwe życie, obserwując jednocześnie, jak zeppelin z lokalną śmietanką biznesu na pokładzie frunie do Wrocławia. „Tam leci sobie dwudziestu szefów od gospodarki, a tu, na dole, głoduje kilka milionów! Sram na tego twojego zeppelina, bo wiem, że to jest jeden szwindel, i sobie to wszystko przemyślałem” krzyczy zradykalizowany i sfrustrowany Kazimierz. Definitywnie odrzuca lukrowany obraz rzeczywistości, której propagandowy wymiar tworzą dzisiejsze igrzyska, czyli „eventy” organizowane przez bossów z samorządowych władz.

 

UFO z Warszawy

Pojawiające się z czasem persony, aspirujące do rangi VIP-ów, to ludzie z rzeczywistości, która w lokalnym wymiarze przygranicznej Zielonej Góry nosi nazwę bliżej nieokreślonej centralnej Polski: zmitologizowanej, celebrowanej i znanej z telewizji oraz plotkarskich gazet. To niemal UFO przedstawiciele obcej, lepszej cywilizacji, którzy reprezentują dostatnie życie, pozbawione problemów i trosk. Na tym tle realia święta, w którym biorą udział Kazimierz i Karolina, wikłając się coraz bardziej w przypadkowe romanse, relacje i pogawędki są wyjątkowo przaśne, rodem z poprzedniej epoki, poddane tylko lekkiemu liftingowi. W perspektywie sceny, której przestrzeń zaprojektował Wojciech Klemm z pomocą Torstena Königa, pokutuje i ginie w ciemnościach neon Klubu Radość. Przemalowana na współczesną modłę tancbuda, pamięta z pewnością niejeden obleśny dancing. Dziś nabrała cech kapitalistycznej Polski wyposażona jest w ławki i stoły, jakie wstawiają do knajp globalne browary, żądając w zamian sprzedaży własnego piwa na wyłączność. Jest też odblask dalekiego amerykańskiego świata, czyli szafa z napojami na monety, z której dziwnie nikt nie korzysta. Jakby nawet na drobne zachcianki zabrakło pieniędzy.

Od początku można odnieść wrażenie, że co innego nakręca ucieczkę od rzeczywistości nie tradycyjne napoje wyskokowe, tylko „amfeczka”, jak pieszczotliwie mówią uzależnieni od niej bywalcy przemalowanych remiz i klubokawiarni. To ona pcha wszystkich na tak zwany dancefloor, gdzie starają się zapomnieć o codziennym koszmarze, oddając się transowemu tańcowi. Ten zaś, zamiast beztroskiej zabawy, przypomina konwulsyjne drgawki. Rozgrywany niemal w ciemnościach koszmar nie ma końca. Dziewczyny niby są sexy, a ich minikiecki odbijają światło z dyskotekowych kul. A jednak trudno pannom wejść na orbitę dobrej zabawy, która w rytm hedonizmu ogarnia cały świat. Wszystko, co robią, pozostaje niespełnionym marzeniem prowincjuszek. To tania karykatura lepszego życia i wspaniałych, szczęśliwych ludzi z telewizyjnych reklam.

Patrząc na ten zdegradowany świat, trudno nie pomyśleć, że w społeczeństwie opanowanym przez żądzę materialnych dóbr, zły pieniądz wypiera dobry pieniądz. Trudno wziąć tę rzeczywistość za dobrą monetę. Co innego Kazimierz. Może i jest wulgarny, może jest nieudacznikiem, ale w ujęciu Klemma to misjonarz prawdy, kontestujący wszechobecną hipokryzję, również w miłości, która kończy się, gdy jedno z kochanków ląduje na bruku.

 

Lis i hostessy

W zielonogórskim spektaklu miejsce Kazimierza u boku Karoliny zajmują faceci z posadami. Szefowie spółek, co prawda uciekający przed podatkami w coraz to nowe mutacje działalności gospodarczej, ale wciąż dysponujący dochodami i nieruchomościami. Podtatusiali, z brzuszkiem, łypiący podpitym okiem w stronę młodych panienek. Szukają okazji na piątkowy seks, złowienie kochanki, która zadowoli się rajstopami, wyjściem do restauracji albo propozycją wyjazdu... do Łeby.

Bo bohaterowie Klemma, owi przybysze z mitycznej centralnej Polski, to VIP-y skrojone na miarę prowincji. Zdradzają ich tanie garnitury i twarze pozbawione wyrazu. Wszyscy są siebie warci. Wszyscy grają w tę samą, opartą na kłamstwie grę, której celem jest wyszarpanie czegoś dla siebie, przeżycie chwili zapomnienia. Chodzi o to, by dać jak najmniej i wziąć jak najwięcej. Bilans musi być korzystny.

Znaczące są słowa Schurzingera (Dawid Rafalski), który uwodząc Karolinę, wypowiada credo szarej strefy ekonomicznej, ale i moralnej, którą reprezentuje: „Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli. Ale nasz obecny ustrój gospodarczy zmusza ich do tego, żeby byli bardziej egoistyczni, niżby właściwie mogli, no bo w końcu muszą jakoś tam wegetować”. W ten pełen fałszu pejzaż nie wpisuje się Franiu (Ernest Nita). U Horvátha to cwany złodziejaszek, który myszkuje na zapleczu zabawy, by skubnąć coś na parkingu, gdy wszyscy są pijani. Klemm poszukał współczesnego odpowiednika postaci rzezimieszka z lat trzydziestych. Jest nim blokers w bejsbolowej czapce, w charakterystycznej koszulce, w jakiej chodzą amerykańscy koszykarze i raperzy. Kostium uzupełniają wypasione adidasy i szerokie spodnie tuż za kolana. Paradoks zakłamanego świata, który pokazuje Klemm, polega na tym, że poza Kazimierzem tylko Franio jest uczciwy. Tylko on nie kłamie. Oświadcza bez ogródek: kradnie to, co nieuczciwe zdobyte i nieuczciwie zarobione. Ale nie dorabia do tego żadnej rewolucyjnej ideologii. Musi jakoś żyć. Przetrwać.

Publiczność znakomicie reaguje na obraz małomiasteczkowej zabawy. Nie przeszkadza jej nawet pesymizm ostatnich scen. A Klemmowi, podczas premiery i pierwszych pokazów, udało się wkomponować spektakl w kalendarz zielonogórskich festynów i eventów. Kończyło się właśnie winobranie, które przyciąga do Zielonej Góry nie tylko wrocławian, ale i gości... z centralnej Polski. Dodatkowy dopalacz w odbiorze spektaklu stanowił finał żużlowej ligi z udziałem lokalnego Falubazu. Żeby dostać się do teatru, trzeba było przepchać się przez tłumy zmierzające na stadion. A tam kibicowali żużlowcom m.in. tacy zielonogórzanie, od dawna żyjący w centralnej Polsce, jak Tomasz Lis czy Urszula Dudziak.

Przyjechali też biznesmeni, nie tylko z Dolnego Śląska, otoczeni miejscowymi dziewczynami, cheerleaderkami, hostessami. Gdy niejeden Kazimierz stracił pracę, niejedna Karolina szukała tego wieczoru swego szczęścia. Przecież rzadko zdarza się okazja, by wyfrunąć z Zielonej Góry na pokładzie szykownego zeppelina w towarzystwie VIP-ów z Wrocławia. A może i centralnej Polski.

 Klemmowi udało się wkomponować spektakl w kalendarz zielonogórskich festynów i eventów. Kończyło się właśnie winobranie, które przyciąga do Zielonej Góry VIP-y z… centralnej Polski.

*********************************************************************************************

Zeppelina daj mi luby

"Kazimierz i Karolina" w reż. Wojtka Klemma w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Zdzisław Haczek w Gazecie Lubuskiej.
Po Wrocławiu i Warszawie, po sztukę "Kazimierz i Karolina" (1932 r.) austriackiego dramaturga Ödöna von Horvátha z 1932 r. sięgnęła Zielona Góra. Na deski Lubuskiego Teatru przeniósł ją Wojtek Klemm. Nasi twórcy zwykle przenoszą akcję sztuki Horvátha z lat 30, XX w, do współczesnego centrum handlowego, W spektaklu zielonogórskim za świątynię konsumpcji służy klub Radość. Niemieckie święto piwo sprzed kilkudziesięciu lat, w polskich realiach jest dyskoteką. To tu urzędniczka (jeszcze ma pracę) Karolina (Hanna Klepacka) wyzna Kazimierzowi (Przemysław Kosiński), który pracę stracił, że już go nie kocha, Tu wejdzie między nich Schurzinger (Dawid Rafalski). Tu Karolina wpadnie w oko zamożnym panom (Aleksander Podolak, Piotr Lizak). Bo na imprezie bogaci są na pozór równi ofiarom kryzysu, Choć to z myślą o tych pierwszych kursuje po niebie sterowiec Zeppelina, Ludzie, po których przetacza się walec ekonomii, mają coś z robotów: Franiu (Ernest Nita) mechanicznie rzuca o podłogę Ernę (Anna Haba). Trwa kanonada szeleszczących publicystycznym plakatem wyznań. Typu człowiek bez pracy jest mniej warty Sypią się okruchy paluszków, tryska z ust wódka, znikają kolejne kompulsywnie pochłaniane lody. Może trudno nam "kupować" na dłuższą metę tych przedstawicieli zatomizowanego społeczeństwa, Jako obraz - szczególnie, kiedy aktorzy wpadają w deliryczny taneczny trans (brawo za organizację przestrzeni, choreografię, muzykę i światła!) -"Kazimierz i Karolina" zachwycają teatralną robotą, Ze sceny wieje smutkiem i chłodem czasu kryzysu wartości.
"Zeppelina daj mi luby" Zdzisław Haczek Gazeta Lubuska nr 226 27-09-2013
*********************************************************************************************

Wielki Kryzys w prowincjonalnej polskiej dyskotece - spektakl Wojtka Klemma

Witold Mrozek
04.11.2013
Wojtek Klemm z tekstu austriackiego dramatopisarza Ödöna von Horvátha robi bezlitośnie smutną komedię o pieniądzu rządzącym ludzkimi uczuciami.
Polski teatr często dziś sięga po sztuki Ödöna von Horvátha - pisane w międzywojniu, opowiadające o niepewności i ekonomicznym kryzysie. Choć austriacki pisarz węgierskiego pochodzenia wyemigrował z III Rzeszy i mówi się o nim, że zapowiadał koszmar II wojny, to sam jej wybuchu nie dożył. Uciekając przed Hitlerem, zginął w absurdalny sposób - przygnieciony konarem spróchniałego drzewa na paryskim bulwarze. Trochę jak w jego sztukach, gdzie groza rzeczywistości łączy się z banałem.Wojtek Klemm, reżyser działający między Polską, Niemcami a Izraelem, od dłuższego czasu bierze na warsztat kanon europejskiej dramaturgii. Od XVI-wiecznego hiszpańskiego dramaturga Pedra Calderóna po Sartre'a, Brechta i Heinera Müllera. Nie przepisuje ich sztuk na nowo - raczej uważnie czyta, stawiając w nowych kontekstach. Jego zielonogórski spektakl "Kazimierz i Karolina" to chyba najciekawsze u nas wystawienie Horvátha.Akcja sztuki rozgrywa się w Monachium w apogeum kryzysu. Na Oktoberfest przychodzi tytułowa para. Karolina (wyrazista i charyzmatyczna Hanna Klepacka) to urzędniczka, Kazimierz (Przemysław Kosiński), do niedawna szofer, od dziś jest bezrobotny. Nad popijającym piwo tłumem przelatuje zeppelin, symbol nowych czasów. Kazimierz pomstuje na prominentów lecących nim, gdy na dole głodują miliony. Przede wszystkim jednak boi się, że teraz - gdy stracił pracę - narzeczona niechybnie go porzuci. Co faktycznie się dzieje za sprawą nieubłaganego splotu okoliczności. Weźmie w nim udział dwójka bogaczy oraz Eugeniusz (Dawid Rafalski) - pracownik jednego z nich, który co prawda bardzo chętnie zainteresowałby się Karoliną, ale jeszcze chętniej dostałby awans i podwyżkę od zainteresowanego nią szefa.Teatr Klemma można rozpoznać po aktorskiej nadekspresji. Dużo tu choreograficznych wstawek i gestów pełnych ekspresjonistycznego przerysowania. W "Kazimierzu i Karolinie" ta groteska wyostrza również psychologiczny rys postaci. Efekt warto zobaczyć.W Klubie RadośćKlemm przenosi akcję "Kazimierza i Karoliny" z Bawarii do prowincjonalnej dyskoteki gdzieś na zachodnich peryferiach Polski. "Klub Radość" - wita gości napis nad sceną. Pod sufitem zawisły lustrzane kule. Na honorowym miejscu stoi automat, dzięki któremu można się zaopatrzyć nie tylko słodycze, ale też w wódkę. Brzęk wrzucanych monet wyznacza rytm spektaklu. Ciało Karoliny dla otaczających ją mężczyzn też jest towarem. Kobieta próbuje podjąć z nimi grę - ale czy nie stoi na przegranej pozycji? Klemm nie dał się zwieść pozornemu sentymentalizmowi ani jarmarcznej rodzajowości sztuk Horvátha, co stało się przy takich ostatnich wystawieniach dramatopisarza, jak "Kazimierz i Karolina" Gábora Zsámbékiego z Teatru Narodowego czy "Sąd ostateczny" Agnieszki Glińskiej z Teatru Studio. Uwspółcześnienie inscenizacji wypada tu ciekawiej niż we wrocławskim spektaklu Jana Klaty, w którym na fali posmoleńskich batalii aktorzy wnosili w pewnym momencie krzyż z puszek po piwie Lech. Teatr Klemma działa mniej nachalnie, a bardziej celnie. Zamiast niezbyt odkrywczo stwierdzać: "Wtedy też był kryzys", albo patetycznie ostrzegać przed powtórką z faszyzmu, reżyser precyzyjnie analizuje relacje między postaciami. Przygląda się ich hipokryzji okiem socjologa, a nie moralisty. U Klemma na koniec wszystko wraca do punktu wyjścia. Na nic furia nieudanego rewolucjonisty Frania Merkla (Ernest Nita). Po pijackich kłótniach i dramatycznych decyzjach, po targach i próbie buntu kapitalistyczna maszyna rusza od nowa. Padają kwestie z początku spektaklu. Kazimierz znów bezowocnie pomstuje na bogaczy lecących zeppelinem do Wrocławia; Eugeniusz znowu stara się błyszczeć odbitym światłem wyższych sfer; Karolina jeszcze raz wpada w swoje sercowo-finansowe dylematy. I tak ich zostawiamy. Ostatnie spektakle Klemma opowiadają o wyobraźni w kryzysie. W szczecińskim "Życiu snem", po obaleniu tyrana ze sztuki Calderóna, nad sceną zostawała pusta rama po jego wielkim portrecie oraz dylemat: czym zastąpić to, co dotychczas nami rządziło? Tak jest też w zielonogórskim przedstawieniu. Co z tego, że bohaterowie Horvátha mają strzępki języka, którym mogą opisywać swoją sytuację - przebąkują coś o "awansie społecznym" czy "bezrobociu" - skoro miotające nimi siły są potężniejsze od nich? Ödön von Horváth, "Kazimierz i Karolina", przeł. Jacek St. Buras. Reżyseria i przestrzeń: Wojtek Klemm. Dramaturgia: Michał Pabian. Choreografia: Magda Jędra. Muzyka: Micha Kaplan. Premiera 21 września 2013 r., Lubuski Teatr w Zielonej Górze
walk_icon Wirtualny spacer