Repertuar

Ja ciebie też…

Lech Mackiewicz na motywach "Ditto. A Story" Chaco de Palma

Reżyseria: Lech Mackiewicz

Premiera:

Czas trwania: 80 min.

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Przedstawienie zostało zaadaptowane specjalnie dla aktorów Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze na motywach tekstu “DITTO. A STORY” Chaco de Palma w tłumaczeniu Izabelli Mackiewicz, wystawionego wcześniej w teatrze La Mama w Melbourne. To sztuka o młodych aktorach, o ich ambicjach i marzeniach, o ich miłości do teatru, do Szekspira, do siebie samych. Jak wszyscy dziś młodzi ludzie na progu kariery, trójka bohaterów walczy o role, o przyszłość, wreszcie o miłość… Ale angaż do spektaklu znanego reżysera może dostać tylko jedno z nich; jak ta rywalizacja wpłynie na dotychczasowych przyjaciół i współlokatorów? Casting odbywa sie na oczach widzów – a że rzecz dzieje sie “tu i teraz”, mamy okazję przyjrzeć się pracy aktora od kulis. Niekoniecznie przez różowe okulary. Spektakl jest przygotowywany jednocześnie w dwu wersjach i dwu obsadach.

Scenariusz i reżyseria: Lech Mackiewicz
Scenografia i światło: Jan Polivka
Opracowanie muzyczne: Damian Neogenn Lindner
Foto: Adaś Hanuszkiewicz

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Gra w szachy

Rok 2015. Do Zielonej Góry przyjeżdża Lech Mackiewicz, pseudonim Chaco. Chaco de Palma. A może przybywa de Palma o twarzy Mackiewicza? Wchodzi do gabinetu Roberta Czechowskiego, dyrektora tutejszego teatru. Krótka wymiana zdań. – Cześć, Robert, chcę zrobić u ciebie sztukę na dwie głowy. ---– Na dwie głowy? -– marszczy się mimiczna twarz zatroskanego Czechowskiego. – No tak. Będę musiał się rozszczepić. Wiesz, to tak jak gra w szachy. Jeden wariant sztuki zrobię biały, a drugi czarny. Pomóż mi w tym. Potrzebuję sześciu młodych, napalonych, po trzech do każdego wariantu. Dwie dziewczyny i czterech chłopaków. – Zrobi się – odpowiada Czechowski i dodaje: No to się zaczęło... Tak mogło wyglądać pierwsze zielonogórskie wtajemniczenie Mackiewicza. Projekt o tyle ważny, że podający rękę do widza, pokazujący mu: „teatr jest dla ciebie".

Tak, jak Julio Cortazar w swojej „Grze w klasy", Chaco de Palma stworzył tekst, który może funkcjonować w różnych lokalizacjach. Mackiewicz, który przełożył tekst „Ditto. A story" („Ja Ciebie też...") już na język sceny w Mellbourne, musiał jednak nawiązać porozumienie z dwoma zupełnie różnymi grupami aktorów. Wariant czarny (młodsi: Alicja Stasiewicz, James Malcolm i Radosław Walenda) i biały (Romana Filipowska, Aleksander Stasiewicz, Robert Kuraś) to zupełnie inne galaktyki teatru, inne tętna i motywacje. Gdyby przekładać sens każdej z wersji na język morfologii, wyszedłby bezwzględny konflikt serologiczny. Dwie odrębne całostki zostały zilustrowane zupełnie inną muzyką, którą przysposobił Damian Neogenn Lindner.

Opowieść czarna jest historią trójki młodych aktorów-debiutantów, którzy czekają na swój pierwszy angaż w teatrze. Szykują się do roli u „Czechowskiego". Para (Agrafka i Misiek) oraz ten trzeci – Nynek. Ona – dynamit, zdolna by rozwalić system w każdej minucie, zła i zbuntowana, chronicznie spragniona czyjejś uwagi (młoda następczyni Hanny Klepackiej?). Misiek – zagubiony i zatroskany, w swym zakochaniu bystry i nieporadny na przemian. Nynek – introwertyk, który musi się zbuntować – by przeżyć w całej walce o byt. Są zbyt nieśmiali, by wystąpić przed szereg i zakpić z Szekspira. Teatr jest dla nich czymś niedosiężonym, czymś co dopiero staje przed oczami, ku czemu nieśmiało wyciągają ręce. Witalność, dbałość o każdy ruch i szelest. Króluje ONA – tykająca bomba, Stasiewicz. Oni -– przesunięci w cień, krążący jak dwa księżyce wokół ziemi.

Opowieść biała jest w tonacji durowej. W obsadzie króluje duet Stasiewicz (brat Alicji) - Kuraś. Ona (Filipowska) snuje się tu zagubiona, niepewna. Casting dla nich to tylko jeden z etapów samopoznania. Historia biała to opowieść o wulkanie energii, który przelewa się w każdym z tych ciał. Niewinność i gra „na serio", która tli się jeszcze w pierwszej wersji ustępuje tu cielesnej dynamice. Teatr dla tej trójki jest tylko kolejną próbą ognia. Casting (tym razem u Chaco - Mackiewicza) staje się po trosze spowiedzią z siebie, ironią z odgórnych nakazów i konwencji. Szekspir ginie między wierszami, znika w salwach śmiechu z widowni. Z Kurasia wprawni alchemicy mogliby robić narkotyki. Aktor jest gwoździem programu, sprawnie steruje emocjami (zarówno swoimi, jak i widowni). Myślę, że Kuraś czekał na tę rolę, by pokazać jak wiele jest w stanie dać lubuskim widzom. Jest więcej niż Nynkiem. W tej samej wersji możemy zobaczyć zaimprowizowany dialog z reżyserem (na spektaklu, na którym byłem pojawia się postać „zastępcy Mackiewicza", która wprowadza niejedną niespodziankę i łamie pierwotną wersję w wielu niekontrolowanych momentach). Ta scena jest wzięta jakby z formuły Impro-cup (kultywowanej na scenach kabaretowych Zielonej Góry). Tym samym, ekipa Czechowskiego po raz kolejny udowodniłam że potrafi sobie radzić w sytuacjach ekstremalnych. I taki teatr współtworzy ta druga odsłona polskiego „Ditto" Papierkiem lakmusowym, który różnicuje napięcia między-spektaklowe jest sama scena pocałunku Agrafki i Nynka -– w pierwszej wersji beznamiętna, w drugiej – pożądliwa. Uchylam ocenę dotyczącą wskazania, za którą wersją warto iść. Myślę, że są komplementarne i trzeba zobaczyć zarówno czarną, jak i białą. Całościowy odbiór przynosi dopiero percepcja dwóch spektakli. Myślę, że zdania będą podzielone. Każdy wariant przynosi inne informacje i inne mikro-sytuacje.

„Ja Ciebie też" to awers i rewers, opowieść o strachu przez ekshibicjonizmem, wyjściem z łona własnych marzeń na twarde deski teatru (wariant czarny) i próbie znalezienie swojego języka w obliczu bezwzględnych mechanizmów sztuki (wariant biały). Na ile tekst de Palma jest plastyczny, na ile można nim żonglować i tworzyć z niego wciąż nowe figury i mikroświaty? Na to pytanie szuka odpowiedzi Mackiewicz, którzy uruchamia eksperyment oparty na biało-czarnych regułach szachisty. Układy, opozycje i konwencje są poddawane nieustannej rewizji. Zmienia się zarówno funkcja, jaką pełnią postaci względem siebie i efekt, jaki przynoszą kolejne zdarzenia i wymiany zdań. Rozdwojenie jaźni, poczucie deja vu i ciągła rotacja znaczeń – podobnych stanów świadomości tu nie brakuje. Scenografia przynosi bardzo przytulne przestrzenie, a prowadzenie świateł wspomaga odbiór i nie pozwala zagubić się w obliczu dynamicznej wymiany zdań i ambicjonalnych ciosów.

Czekałem na taki wybuch świeżości na lubuskiej scenie. Po kameralnej „Odessie" przyszedł czas na motoryczny, zabawny choć gorzki i wymagający od najmłodszych widzów – sprawdzian. Teatr wyszedł do widza. Już od kilku tygodni twórcy podróżowali po miejskich szkołach prezentując wybrane fragmenty dramatu. Przypomina mi się od razu moje legnickie dzieciństwo, gdzie swego czasu jeden z najgłośniejszych teatrów w Polsce mogłem zobaczyć w małych, licealnych salach. Być może z tej zielonogórskiej akcji narodzą się także prężne grupy młodych, spragnionych teatrofili (to dla nich skierowana jest „szkolna" oferta prezentacji spektaklu o godzinie 10 – pierwsza połowa kwietnia).

„Ja Ciebie też" – jedna z najstarszych odpowiedzi na świecie. W jednej ze scen Misiek opowiada Nynkowi swój sen. Na końcu długiej liny, po której bohater się wspina zawieszono kopertę z kartą z napisem: „jeśli chcesz wiedzieć, jak się człowiek czuje, kiedy jest na topie, to musisz wspiąć się na top. Na samą górę". Inne są drogi tych dwóch ekip. W inne estetyki powędrują ich losy, koleje granych przez nich postaci. Inne „topy" przyjdzie im nosić na swoich barkach. Na innych lądach staną ich bose, aktorskie stopy.- To wymowne, że Lubuski Teatr przedstawił tę dwugłową sztukę właśnie w Międzynarodowy Dzień Teatru. – Udało się, Panie Dyrektorze.

Janusz Łastowiecki   Dziennik Teatralny Zielona Góra    31.03.2015 r. **************************************************************************************************************** Ja Ciebie też... poświęcę

Jeśli wchodząc do sali kameralnej Lubuskiego Teatru, miniecie dwóch młodych osobników, rozgrzewających się jakby do ulicznej walki czy jakiegoś biegu, to będą to Aleksander Stasiewicz i Robert Kuraś, aktorzy obsady czarnej "Ja Ciebie też..." (sztuka w reżyserii i według scenariusza Lecha Mackiewicza ma też obsadę białą). Ta gimnastyka ma znaczenie, bowiem WPISANY w emocjonalno-miłosny trójkąt dramat "Ditto. A Story" Chaco de Palma (a wystawiony wcześniej przez Mackiewicza w Australii) to historia rywalizacji młodych ludzi. W czasach bezlitosnych, gdy walcząc o teatralny angaż, składa się w ofierze przyjaźń, wystawia na próbę miłość. Gdy wyznanie-deklarację "Ja Ciebie też..." można kończyć na przeróżne sposoby. Gdy w końcu dostrzega się w czyichś oczach pustkę...

Spektakl Lecha Mackiewicza rozkręca się z każdą minutą. Aż przywołujący Szekspira, licytujący się na sny (i nie zawsze wypowiedziane marzenia) adepci aktorstwa: Agrafka (Romana Filipowska), Misiek (Aleksander Stasiewicz) i Nynek (Robert Kuraś) dosłownie rozsadzają ściany wynajmowanego mieszkania emocjami, energią i humorem. Tak, jest też w tym dramacie miejsce na śmiech. Choć nie łagodzi finałowej goryczy. A sama scena castingu? Z kabaretowym wręcz wejściem asystenta reżysera? Oto cel - angaż, zostaje ośmieszony.

Jakżeż przekonują w rolach młodych, biorących udział w castingu na różnych polach, aktorzy. R. Filipowska pokazuje, że jej atutem jest nie tylko piękny wokal, ujawniony w "Ach! Odessa - Mama...". A. Stasiewicz i R. Kuraś imponują nie tylko fizyczną sprawnością przecież. Tworzą trójkąt, którego ostre wierzchołki drapią duszę... Udało się Mackiewiczowi zrobić spektakl filmowy, amerykański w duchu, z klimatyczną grą świateł Jana Polivki (również autor scenografii) i kaskadą dźwięków, które - jak zwykle - bezbłędnie wyszukuje w swojej płytotece Damian Neogenn Lindner. Kiedy użycie na przykład fragmentu "Riders on the Storm" The Doors ma znaczenie.

Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska nr 79, 03.04.2015 r. ********************************************************************************************************************** …ja ciebie też nie

Każdy, kto miał to szczęście i dożył statecznego wieku, musiał kiedyś być młody. Młodość – wiadomo: durna, chmurna, ale to też czas tak zwanego „wchodzenia w życie”. „If you are not ready for love, how can you be ready for life?” – tę piosenkę słuchać w finałowej scenie zielonogórskiego spektaklu Ja Ciebie Też... (pisownia tytułu oryginalna) w reżyserii Lecha Mackiewicza. Moim jednak zdaniem pokręcone relacje między trójką bohaterów przedstawienia lepiej oddaje paradoksalny zwrot ze słynnej piosenki Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin, będący odpowiedzią na wyznanie: „kocham cię” – „ja ciebie też nie…”.

Młodzi ludzie najczęściej czują się niezrozumiani przez świat i mają poczucie, że są o wiele bardziej skomplikowani, niż to się innym wydaje. Posiadanie skomplikowanej, niejednoznacznej osobowości z jakiegoś powodu postrzegane jest jako atrakcyjne i świadczące o dużej wrażliwości. A wrażliwość, jak powszechnie wiadomo, jest podstawowym narzędziem pracy aktora. Kiedy jeszcze dołożymy do tego przekonanie, że oto świat należy przeżywać na najwyższych emocjach, znajdziemy się w rzeczywistości bohaterów spektaklu.

Autorem tekstu i reżyserem jest Lech Mackiewicz (bardziej znany w Polsce jako aktor), który przez dziesięć lat pracował w Australii. Jego tekst Ditto. A story, którego zaadaptowaną wersję można obejrzeć w Zielonej Górze, trochę bardziej wpisuje się w doświadczanie tamtego teatru niż polskiego (prapremiera odbyła się w 2013 roku w Australii). Mam tu na myśli nie tyle obraz świata przedstawionego, co pewne schematy narracyjne, jakie można w tekście odnaleźć. (Może oglądam za dużo przedstawień, ale gdzieś tak od piątej minuty spektaklu byłam pewna, że a) gdzieś w tym wszystkim przyplącze się nieoczekiwana, choć oczywista ciąża, b) obaj panowie kochają tę samą kobietę, choć dla żadnej z postaci scenicznych nie jest to początkowo oczywiste).

Oto mamy historię trojga młodych aktorów mieszkających razem: Nynka, Miśka i Agrafki, którzy wchodzą w zawód i szukają swojego miejsca w świecie, granych przez troje młodych aktorów: Radosława Walendę, Jamesa Malcolma i Alicję Stasiewicz. (Spektakl ma jeszcze drugą obsadę). Mogliby w zasadzie powiedzieć, że grają spektakl o sobie, że doświadczenia postaci (przynajmniej na niwie zawodowej) są także ich udziałem. Oto mamy dwóch protagonistów: Nynka i Miśka; w deklaracjach jakie obaj składają – najlepsi kumple, posiadający wspólną agentkę, która wysyła ich na ten sam casting. Między nimi, niczym kula armatnia, krąży Agrafka. Jakby wbrew przezwisku nie spina w ich relacjach niczego, jest raczej instrumentalnie używana przez obu chłopaków do wzajemnego przywalania sobie. Misiek jest związany z Agrafką, sceny grane w łóżku zdają się sugerować, że coś ich łączy. Równocześnie jego prośba, by ona nie obdarzała innych poza nim swoimi orgazmami, świadczyć może raczej, że ich relacja zbyt głęboka nie jest, bo albo jest to prośba o wyłączność, wywołana wiedzą o jej życiu i propozycją jego zmiany; albo też – jeśli są rzeczywiście razem – dość obraźliwa dla niej sugestia. Właśnie tak obaj panowie traktują Agrafkę: jako teren walki między sobą. Ponieważ są „najlepszymi kumplami” postawionymi w sytuacji rywalizacji o tę samą rolę, siebie bezpośrednio nie atakują, krzywdzą dziewczynę, tak by poprzez nią uderzyć w drugiego. Dlatego Misiek zmusza Agrafkę i Nynka, o którym jest przekonany, że tamten jest gejem, by razem zagrali scenę namiętnego pocałunku. Dlatego Nynek dba, by dziewczyna zawsze niepewnie się czuła, bo wie, że ze skutkami tego radzić sobie będzie musiał jego kumpel. Dziwna to przyjaźń, dziwna to miłość. Ale przecież świat młodych ludzi jest taaaaki skomplikowany. Konieczność rywalizacji o tę sama rolę sprawia, że obaj panowie stają się przede wszystkim wrogami; niby to ustępują sobie wzajemnie w kolejce do przesłuchania; żaden z nich nie chce, by ten drugi dostał rolę, ale też, ze względu na „przyjaźń”, żaden nie chce jej wziąć i tak dalej, i tym podobne. Ta szamotanina jest tym, czym zajmują się przez większość czasu w spektaklu. Aż na koniec, w myśl starej zasady: „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”, miejsce w projekcie dostaje Agrafka, o której początkowo żaden z nich nawet nie pomyślał jako o partnerce w castingu. Taka to przyjaźń, taka to miłość – nikt nie myśli tu o drugim, ponoć bliskim człowieku. Drugi to wyłącznie konkurencja, a tę, jak wiadomo, trzeba pobić, wyprzedzić, zniszczyć. Świat przedstawiony w spektaklu nie może być jednak taki prosty, więc większość konfliktów rozgrywa się w niedopowiedzeniach, w dialogach, które nie służą porozumieniu czy choćby zrozumieniu, ale są formą zaczepki, ataku i jeszcze jednym sposobem na pokazanie, że świat (czyli ci dookoła) nas nie rozumie.

Swego czasu, jak przystało na człowieka w pewnym wieku, oglądałam (ba! nawet nie tylko) bardzo wiele przedstawień przygotowanych przez młodych ludzi, dla których robienie teatru było przede wszystkim szansą opowiedzenia o sobie, wykrzyczenia wszystkich swoich prawd, zarzutów wobec świata i tego, jak bardzo ten świat ich nie rozumie. Zielonogórskie przedstawienie ma z tamtymi spektaklami bardzo wiele wspólnego i nie chcę przez to deprecjonująco stwierdzić, że wygląda to na teatr robiony przez amatorów. Jest jednak kilka cech tego przedstawienia, które przypominają budowanie spektakli w teatrach offowych. Podobny jest sposób traktowania przestrzeni – do pewnego stopnia umowny, gdzie poszczególne fragmenty sali teatralnej, w zasadzie niezmienionej, mogą przedstawiać rozmaite miejsca akcji (przejście po lewej stronie widowni to bar, po prawej – pisuar, a na wprost mamy mieszkanie, które dzięki odsłonięciu kanapy samochodowej w potrzebnej chwili staje się wnętrzem pojazdu). Podobny jest także – i z tym mam już pewien problem – sposób ekspresji aktorów. Misiek w jednej z rozmów na temat aktorstwa mówi, że powinno być ono zawsze na najwyższym stopniu ekspresji i że Agrafka to ma, bo ona zawsze na scenie skupia uwagę. Niestety w Ja Ciebie Też… ta ekstremalność ekspresji zostaje sprowadzona w wyrazie aktorskim do nadekspresji. Aktorzy krzyczą (także na siebie) i wygrywają głównie jedno uczucie: frustrację (z powodu niezrozumienia, nie tak układających się relacji, konieczności dokonywania wyborów). Wszystko jest na najwyższym diapazonie, co czyni spektakl trochę męczącym w swojej monotonii i – z mojego punktu widzenia – nieco naiwnym. Żeby przekazać prawdę o skomplikowanym sobie, nie trzeba cały czas uciekać w nadekspresję, życie ludzkie zwykle bywa trochę bardziej różnorodne i skomplikowane.

Z opisu oryginalnego tekstu, jaki można znaleźć bazie danych autorów anglojęzycznych, wynika, że w oryginalnej wersji kluczowa scena przesłuchań była improwizowana, za każdym razem prowadził ją inny, autentyczny reżyser. W tym spektaklu aktorzy po prostu odgrywają ją przed nami, niby półprywatnie, a w związku z tym – całkowicie przewidywalnie. Scena, którą Agrafka gra z Miśkiem, jest pełna czułości, ta z Nynkiem pokazuje ledwo skrywaną wrogość. Z jednej strony ukazanie tego, jak ten sam tekst inaczej zagrany może znaczyć coś zupełnie innego, może być ciekawe. Z drugiej jednak dla bardziej obeznanego widza jest to dość oczywiste. Szkoda, że teatr nie poszedł tą drogą, jaka została zaznaczona w angielskiej wersji tekstu. To mógłby być rzeczywisty sprawdzian dla umiejętności zawodowych młodych aktorów. Rozumiem jednak trudności techniczne z wykonaniem tego pomysłu. W zielonogórskim zostało z niego pochlebcze (co próbuje się ukryć za cienką ironią) szmeranie dyrektora Czechowskiego, bo to do jego rewelacyjnego projektu szekspirowskiego startują w przesłuchaniu bohaterowie.

Ja Ciebie Też… jest całkiem przyzwoitą propozycją dla młodych widzów, którzy pewnie odnajdą w jego pełnym najwyższych emocji i pokręconych relacji świecie jakieś odbicie własnych spraw. Szkoda tylko, że nie udało się pokazać, że wchodzenie w świat może być bardziej emocjonalnie zróżnicowane oraz że relacje między ludźmi nie muszą tak łatwo ustępować pod naciskiem zasad konkurencji. Może w drugiej obsadzie te same wydarzenia wygrane są inaczej. Wszak to nie tekst napisany przez kogoś, tylko indywidualne wykonanie buduje ostateczną wymowę zdarzeń – zarówno na scenie, jak i w życiu. Warto by o tym pamiętali młodzi aktorzy i młodzi widzowie.

Joanna Ostrowska, teatralny.pl, 29-04-2015

walk_icon Wirtualny spacer