Repertuar

GDY PRZYJDZIE SEN – tragedia miłosna

Scenariusz, reżyseria, ruch sceniczny: Paweł Wolak, Katarzyna Dworak (PiK)

Premiera:

Czas trwania: 105 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Gdy przyjdzie sen – tragedia miłosna – to druga część teatralnej trylogii „opowieści wiejskich”, aktualnie tworzonej przez autorski tandem PiK, czyli Pawła Wolaka i Katarzynę Dworak – aktorów związanych z Teatrem im. H. Modrzejewskiej w Legnicy. Przedstawieniejest opowieścią o miłości: źle poczętej, niepoprawnie ujawnionej i absurdalnie przerwanej. Chociaż akcja przebiega głównie na wsi, i to takiej „daleko od szosy” – dylematy moralne, przed jakimi stają główne postaci spektaklu, mają charakter uniwersalny. Zagęszczenie zdarzeń w niewielkiej zamkniętej przestrzeni społecznej pozwala na ujęcie problematyki i formy scenicznej tego spektaklu w balladowo-moralitetowy nawias, gdzie jest miejsce nie tylko na „czarną” opowieść o ludzkich losach, lecz także na niemałą dawkę komizmu. Para głównych bohaterów: nienawidząca swojej wsi i sytuacji życiowej Basia oraz jej nieślubny partner życiowy Jasiek – bardzo różnie interpretują swój los, lecz splot zdarzeń, zarówno tych przez nich samych wywołanych, jak i tych „z wyroku niebios” doprowadza oboje do tragicznego finału. Jasiek próbuje – wobec mnożących się wokół niego zagrożeń i trudnych wyborów – za wszelką cenę utrzymać swe człowieczeństwo w ryzach, ale przegrywa konfrontację z innymi mieszkańcami wsi. Gdy odnosi wreszcie moralne zwycięstwo nad samym sobą – dotyka go klęska. To przeniesienie świata przedstawionego na odleglejszy dystans dzieje się także poprzez specyficzne ukształtowanie przestrzeni scenicznej oraz niezwykle ważną w spektaklu rolę grafiki (znakomita animacja nie tylko interpretuje problematykę przedstawienia, ale i „współdziała” z aktorami). Szczególną wartością tego przedstawienia jest jego warstwa muzyczna, polegająca na zespołowo wykonywanym na żywo śpiewie/melorecytacji całego zespołu, który nie opuszcza sceny od początku do końca spektaklu, zajmując jedynie zmieniające się pola gry, w bliskim kontakcie z widzem – przedstawienie rozgrywa się we wspólnej dla aktorów i widzów przestrzeni Dużej Sceny Lubuskiego Teatru. 

Scenariusz, reżyseria, ruch sceniczny: Paweł Wolak i Katarzyna Dworak (PiK)
Scenografia i kostiumy: Małgorzata Bulanda
Muzyka: Jacek Hałas, wykonanie: Zespół Aktorski
Projekcje multimedialne: Adrianna Dziadyk

Spektakl dla widzów dorosłych!

Fot0: GOPHOTO.PL

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Ogień już się tli

"Gdy przyjdzie sen - tragedia miłosna" Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka w reż. autorów  w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Pisze Janusz Łastowiecki.

Lubuski Teatr zainaugurował nowy sezon spektaklem, który ucieka z miasta i daleko przed siebie biegnie do małej, zapomnianej wioski o nazwie Borówka. I to w niej dzieje się cały świat, a przynajmniej ten kawałek świata, który wszyscy dobrze odczuwamy - świat zazdrości, pożądania i głupoty. Jaki będzie nowy sezon i do jakich zakątków ucieknie lubuska scena - oto największa teatralna niewiadoma 2015/16.

To nie pierwszy mariaż legnicko-zielonogórski. Mieliśmy już głośne "Zabijanie Gomułki" Jacka Głomba. Tym razem scenariusz nowego spektaklu przywieźli ze sobą z Legnicy Katarzyna Dworak i Paweł Wolak - małżeństwo już wiele lat związane z tamtejszym Teatrem im. Modrzejewskiej. Do współpracy zaprosili legnicką scenografkę, Małgorzatę Bulandę. Za warstwę muzyczną odpowiadał znany z folkowych ścieżek Jacek Hałas (pisałem już o jego radiowym temperamencie w spektaklach Darka Błaszczyka). Mimo legnickich korzeni - spektakl od początku do końca wykreowany został "zielonogórskim ciałem" osiemnastoosobowej ekipy Czechowskiego.
Nie wiem, na ile wieś Borówka w "Gdy przyjdzie sen" jest wsią spokojną, wesołą - jak w lirykach czarnoleskiego poety. Twórcy nie szukali przecież Arkadii, ich celem była raczej reportażowa formuła - wolna od teatralnych figur. Nie wiem jednak, czy ta mimetyczna droga została poprowadzona konsekwentnie. Jak wynikało z zapowiedzi, celem była zmiana stereotypu patrzenia na wieś. Myślę, że poszukiwanie źródłowej naturalności przerodziło się tu kilka razy w demonizacje miejsca - idące bardziej w kierunku reymontowskich wykluczeń i marginalizacji.

Główną osią historii jest mityczna wręcz historia miłości jego (Jaśka) i jej (Basia). Na drodze tej miłości stają zdrada, pieniądze i ludzka zawiść. Za plecami bohaterów snują się subtelnej urody wizualizacje Adrianny Dziadyk - przelatują ptaki, ludzie zmieniają się w przedmioty i ulatują. Tak, jak w sztuce. Brat staje się wilkiem i kochaną siostrę ciągnie na łańcuchu (nie bez przyczyny przypomina się Jagna na wozie z gnojem). Korowód postaci umieszczony na długiej, drewnianej ławie - niczym udomowiony, "uswojszczony" chór co raz zaczyna przypominać postaci z ławeczki, na której siadają bohaterowie jednego z seriali. A przecież ta wieś usadowiona pod drzewem, na ławce i blisko spożywczego to nie jest realistyczna wieś. Przypomina to raczej rozrachunek z diabłem miejsca (rodem z głośnego dramatu Marka Pruchniewskiego "Łucja i jej dzieci") a nie próbę zrozumienia jej antagonizmów. W spektaklu duetu Dworak-Wolak widzę tropienie demonów, które to zamienia się w finale sztuki w czarną mszę. Wiejskie ścieżki zostają pociągnięcie grubszymi liniami, jak od mazaka. Pozornie sielskie, tętniące życie na dusznej od upału wiosce (dźwiękonaśladowcze zabiegi Hałasa zespół z Zielonej Góry realizuje koncertowo) załamuje się pod łańcuchem, który dźwiga ta, która "wsi nie chciała".

Mimo, że obraz wsi nie przekonuje mnie do końca, jest w spektaklu Dworak i Wolaka kilka wartości swoistych i istotnych nie tylko dla spektaklu, ale i zielonogórskiej sceny. Zobaczyłem tutaj ogromną energię zespołową. Powróciła na deski silniejsza Elżbieta Donimirska w roli lubieżnej Walczakowej. Momentami kradnie spektakl, kładzie w cień pozostałe wątki. Zastanawia i wciąga, oprócz udanej wizualizacji i warstwy dźwiękowej (twórcy powinni pomyśleć o radiofonizacji utworu), scenografia Bulandy. Scena, z centralną ławą, rozdzielona horyzontalnie na lewo i prawo obrazuje rozpad - dialogu, społeczności, a wreszcie i uczucia Baśki i Jasia. W finałowej scenie, jak w "faustowskim" więzieniu, gdzie "wszechludzkiej skargi woła za mną chór", dochodzi do najmocniejszego momentu spektaklu. Myślę, że w autentyzmie tego fragmentu kryje się iskra do odrodzenia lubuskiej sceny, która głosami Alicji Stasiewicz (Basia) i Ernesta Nity (Jasiek) zaczyna mówić swoim, nieznanym językiem. Mimo, że tak blisko - ciało przy ciele - bohaterowie są daleko (za foliowymi kotarami), ponieważ na końcu rozdzieleni przez śmierć - są zdolni tylko do beznadziejnego krzyku w wypełnionej ciszą próżni.

Szeroki zespół Teatru Lubuskiego, jaki zasiada na drewnianej ławie we wsi Borówka jest tu pewnie sygnałem rozejmu po konflikcie części pracowników z dyrektorem (przynajmniej tak chciałbym to widzieć), który przetoczył się kilka miesięcy temu przez zielonogórską scenę. Chciałbym, by nadmierne emocje przekuły się w nowy artystyczny wyraz teatru, który jest naszym wspólnym dobrem. Wierzę, że ten teatr, pod tą dyrekcją, jest w stanie zbudować swój wyraz - podobnie jak uczyniła to wiele lat temu Legnica. Daleki jestem od naiwności, ale obserwuję lubuską scenę i widzę w niej pierwiastki tego ognia, który mógłby podpalić polskie sceny. Ten żar płynie wraz z techniką Nity, naturalnością Stasiewicz, subtelnością Kołodziejskiej. Łączy dawne i nowe - a przecież lubuskie. Ten ogień już się tli. Nie gaśmy tego.

"Ogień już się tli" Janusz Łastowiecki 07-09-2015

*****************************************************************************************************************

Z wydźwiękiem bardzo dramatycznym

Nowy sezon w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze rozpoczął się 4 września nietuzinkowym, mocnym, wyrazistym i zdecydowanym akcentem. Spektakl autorstwa i w reżyserii Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka był wręcz wymarzonym pomysłem na inaugurację sezonu, a także na początek 18. edycji Winobraniowych Spotkań Teatralnych.

„Gdy przyjdzie sen. Tragedia miłosna" to druga część tak zwanego tryptyku „Opowieści wiejskich". Przedstawiają one człowieka poprzez pryzmat wsi, którą autorzy uznają za „soczewkę ludzkich losów", konfrontując jednocześnie znaczenie jednostki ze społecznością. Pierwszą sztukę z tego cyklu - „Droga śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł" zaprezentowano po raz pierwszy w grudniu 2013 roku w Teatrze im. H. Modrzejewskiej w Legnicy, z którym związani są jej autorzy. Propozycja została bardzo pozytywnie oceniona i zdobyła liczne nagrody. Otwierające trylogię przedstawienie opowiada o złu, które zagnieździło się w człowieku i z czasem rozprzestrzenia się na całą społeczność wiejską. Istotą problemu jest to, że diabeł, który przechadza się po wsi, jest całkowicie biernym obserwatorem samoistnego procesu rozszerzania się zła wśród mieszkańców.

Druga część tryptyku jest przede wszystkim opowieścią o miłości, jak ją określają twórcy – „źle poczętej, niepoprawnie ujawnionej i absurdalnie przerwanej". Pełna dylematów moralnych sztuka, utrzymana w balladowym tonie łamie stereotyp sielskości i odwiecznego "porządku" wsi, a przekrój ludzkich losów, charakterów, motywacji i wrażliwości sprawia, że ma ona wydźwięk niezwykle niepokojący i w pewnym kontekście uwierający.

„Gdy przyjdzie sen..." wprowadza widzów w świat polskiej współczesnej wsi Borówka, gdzie poznajemy dwójkę głównych bohaterów – Baśkę i Jaśka, którzy trwają w niesatysfakcjonującej dla nich relacji. Baśka przez całe życie czuje, że jej miejsce nie jest na wsi, że nie należy do tej kultury i tych ludzi oraz, że jest od nich inna, może lepsza, ale przez to nieakceptowalna. Marzy o ucieczce do miasta, pragnie nowych możliwości i ekscytującego życia, jest rozczarowana swoim związkiem, który przykuwa ją do znienawidzonego miejsca i nie potrafiącego jej zrozumieć Jaśka. To nieoczekiwanie ekspresyjnie, wręcz perwersyjnie zaproponowana i z konsekwencją utrzymana w temperaturze wrzenia rola Alicji Stasiewicz. Determinacja i siła dążącej do realizacji niekonwencjonalnego społecznie marzenia ukazana przez ruch, głos, uśmiech, rozpacz, a także pięknie zagrane zalotność i zmysłowość, dobrze oddają charakter bohaterki. Baśka jest skomplikowana i wzbudza mieszane uczucia: niechęć, pogardę, współczucie, litość, ale i sympatię. Popełnia błędy. W rozpaczy miota się i szaleje wybierając często niewłaściwe rozwiązania, podejmuje zgubne, zarówno dla niej jak i dla partnera decyzje. Jasiek - prosty chłopak, niewiele chce od życia. Jego ambicje nie wykraczają poza wieś, w której żyje. Kocha Basię, choć nie rozumie jej marzeń, potrzeb, jej niechęci do miejsca, w którym żyją być może od pokoleń. Jednak im więcej napotyka trudnych sytuacji oraz zagrożeń, starając się zachować umiar wobec męsko-damsko-rodzinno-sąsiedzkich dylematów, tym bardziej gmatwają się relacje pomiędzy nim, a matką, współmieszkańcami i jego kobietą. Wspaniale zagrany przez Ernesta Nitę, podporządkowany mentalności, tradycji, miejscowej porządności i obyczajom, stara się być dobrym obywatelem, który w obliczu dylematów dokonuje słusznych z jego punktu widzenia wyborów, walcząc o kobietę. Walczy także o pozycję we wsi, własny los, swoje życie, dziecko, równowagę i środowiskową moralność.
W ostateczności, w konfrontacji z mieszkańcami, ponosi jednak straszliwą porażkę i płaci za to niezwykle wysoką cenę.

Na uznanie zasługuje właściwie cały zespół aktorski, ale kilka postaci należy wyróżnić. Elżbieta Donimirska - Arcybaba, Aleksander Stasiewicz - Mietek, Tatiana Kołodziejska – Matka, Marek Sitarski – Ksiądz, i James Malcolm – Tomek, to perełki aktorskie tego przedstawienia. Pomysł na kształt i charakter postaci, konsekwencja w utrzymaniu wszystkich charakterologicznych założeń, właściwa relacja wobec zmieniających się uwarunkowań, przemiany wynikające ze stanu ducha bohaterów, różnorodność i zmienność emocji, którym podlegają nie tylko główne postaci, ale wszyscy uczestniczący w wioskowym dramacie aktorzy, to sprawa nieoczekiwanej dojrzałości szczególnej pary reżyserskiej Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka. Oboje, mimo dość młodego wieku i niewielkiego doświadczenia reżyserskiego, wykazali się niemałą wiedzą na temat psychologii i socjologii tamtego środowiska. Dokonali także trudnej sztuki zawładnięcia nad osiemnastoosobową obsadą aktorską. Niezależnie od ważności roli, wszystkie postaci w przedstawieniu grały na pełnych obrotach, w pełnej koncentracji i z maksymalnym zaangażowaniem. Przy tak dynamicznym przedstawieniu jest to rzecz o wysokim poziomie trudności, z którym nie zawsze sobie radzą nawet doświadczeni reżyserzy. Ponadto zaszczepienie w aktorach wiary w sens przedsięwzięcia, dyscyplina, a także niezliczona ilość pomysłów inscenizacyjnych, jakie zostały zastosowane w spektaklu, każą postawić im najwyższą ocenę. Nie można nie zwrócić uwagi na odważną prostotę scenografii zaprojektowanej przez Małgorzatę Bulandę. Dwie surowe kościelne ławy zasiedzone przez uczestników przedstawienia oraz dwa oświetlone od wewnątrz pomieszczenia, oddzielone półprzeźroczystą folią, nadają szczególnie chropowaty klimat, który charakteryzuje całe przedstawienie. Bardzo szczególnego zabiegu użył Jacek Hałas aby "umuzycznić", a właściwie udźwiękowić tło rozgrywającego się dramatu. Użył on mianowicie aktorów jako instrumentów, a właściwie jako źródeł dźwięków, którzy ćwierkali, gwizdali, mlaskali, szczekali ilustrując w ten oryginalny i niecodzienny sposób odgłosy wsi, w której snuła się opowieść. Wrażenia uzupełniały animacje np. lecących ptaków, które zrealizowała Adrianna Dziadyk. Nadspodziewanie dobrze pasujące do formy spektaklu, dodając mu charakteru pewnej nierealności i niesamowitości. Wszystkie te elementy składają się na spektakl ciekawy, o oryginalnej formie, niosący z sobą olbrzymi ładunek emocji. Do opisania interesującej treści użyty został język właściwie współczesny, ale z zabarwieniem prostoty i jednoznaczności, bez literackich zawiłości, bez ozdobników, za to nieco chropowaty i zbliżony do językowej potoczności. Jest to spektakl oryginalny z wydźwiękiem bardzo dramatycznym, a jednocześnie komicznym zacięciem, gdzie szczęście miesza się z rozpaczą, dobro nie zawsze zwycięża, a konwenans, małostkowość i zazdrość potrafią zniszczyć niewinne życie. Teraz, po dwóch świetnych częściach tryptyku „Opowieści wiejskich" będziemy czekać z niecierpliwością na ostatnią, która według zapowiedzi skupiać ma się na rodzinie.
Ten znaczący sukces przyszedł w dobrym dla teatru momencie. Nie jest tajemnicą, że w ostatnim czasie przetoczył się nad nim konflikt niewielkiej części zespołu z jego dyrektorem. Niezależnie od tego, jak się zakończy "bunt na pokładzie" można powiedzieć, że Robert Czechowski, decydując się na realizację tego spektaklu, obsadzając w nim również "zbuntowanych" dając im tym samym szansę wzięcia udziału w tym sukcesie, nie okazał się małostkowym i stanął ponad konfliktem na wysokości dyrektorskiego zadania. To dobrze rokuje zielonogórskiej publiczności, ponieważ został wysłany jednoznaczny sygnał, że kryzys jest zażegnany i po tak dobrze rozpoczętym sezonie na scenach Lubuskiego Teatru będą pojawiać się spektakle ,tak dobre jak "Gdy przyjdzie sen - tragedia miłosna".

Klaudia Rumpel, Dziennik Teatralny, 8 września 2015

***************************************************************************************************************************
Ta wieś nazywa się scena

"Gdy przyjdzie sen - tragedia miłosna" wg tekstu i w reż. Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak w Lubuskim Teatrze im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze. Pisze Andrzej Lis, członek Komisji Artystycznej XXII Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Bohaterka sztuki, Basia, nie lubi swojej wsi. "Urodziłam się we wsi Borówka. Trudna wieś... Po jednej stronie góra, po drugiej góra. Jak w kotle ta wieś schowana. Wiosną zalewa ją woda, zimą śnieg zasypuje, latem gorące powietrze dusi, jesienią pięknie jest." Nie da się w niej żyć, nie da się wyjechać. Im bardziej życie na wsi doskwiera, tym boleśniejsze bohaterkę dopadają demony. Tragiczne, gwałtowne, śmiertelne dopełnienie jej żywota to konsekwencja naturalna, nieunikniona. Bowiem bohaterka, nie godząc się na swoją egzystencję, staje się dla społeczności wiejskiej nosicielką wszelkiego zła, które musi zostać ostatecznie oczyszczone, wyplewione, nawet jeśli oznacza to śmierć.

Zasady zawsze były proste i oczywiste. Im bardziej radykalne, tym bardziej budziły trudne do opanowania emocje, którym nie można było przeciwstawić racjonalnych motywów postępowania i działania. Tak funkcjonuje wieś w sztuce Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka. Zresztą może to być wieś realna w województwie dolnośląskim, w powiecie bolesławieckim, w gminie Gromadka. Borówki dawniej były w województwie legnickim. Ale może to jednak wieś całkowicie wymyślona przez autorów? Jest to na pewno metafora najbliższego i najdalszego świata. Występują tu wyraziste postaci, a relacje między nimi są i dramatyczne i często śmieszne, znaczone grubą, mocną kreską.

Konflikty rozpisane na całe życie. Bardzo często nierozwiązywalne. W naszej najlepszej literaturze, od Mikołaja Reja przez Władysława Reymonta do Wiesława Myśliwskiego i Tadeusza Nowaka, zawsze na wsi było trudno. Spektakl zielonogórski kontynuuje cenne i dobrze znane tradycje. Ale nie to wydaje się najważniejsze. Bardziej liczy się to, jak opowieść o wsi staje się opowieścią o grupie aktorów i miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu, czyli opowieścią o scenie.

"Wieś to nie jest grupa zwyczajna. To organizm, głos, oddech... ale nie taki zwyczajny... Podczas pisania nie widziałem kulis, horyzontu, kurtyny... całą wieś widziałem na scenie, razem..." napisali w didaskaliach autorzy. I dodali, że "didaskalia możliwe do przepisania na kwestie dowolne". A znaczyło to w praktyce tyle, że opowieść, historia, narracja może się tworzyć nie tylko z dialogów czy monologów, ale także z didaskaliów, dość rzadko w taki sposób wykorzystywanych. Tym razem nie tylko wspierają mechanizm narracji, ale dodają ważny opis w partiach, w których dialog nie wystarcza. W zielonogórskim przedstawieniu opowieść sceniczna rodzi się zresztą nie tylko z mówienia. Także z czarno-białych, ruchomych obrazów wyświetlanych na ekranie zamykającym horyzont sceny. To na tym ekranie przelatujące ptaki zaprojektowane przez Adriannę Dziadyk, wyznaczają rytm zmieniających się pór dnia czy roku. A cała skala aktorskich głosów: szeptów, chrząknięć, nieartykułowanych pokrzykiwań, czy głośnych ekspresyjnych zawołań rozpisanych przez Jacka Hałasa tworzy swoisty emocjonalny utwór muzyczno-dźwiękowy. Składający się w przyjazne harmonie lub rozpadający na dysonansowe zgrzyty.

Katarzyna Dworak i Paweł Wolak mają ponad dwudziestoletnie doświadczenia aktorskie w legnickim teatrze. Oboje grali w najważniejszych spektaklach tej sceny. Ona w "Balladzie o Zakaczawiu", "Obywatelu M", "Szpitalu Polonia", "Szawle", on w "Don Kichocie Uleczonym", "Balladzie o Zakaczawiu", "Wschodach i Zachodach Miasta", "Made in Poland", "Cyranie de Bergerac", "Orkiestrze", "Dziadach". Wspólnie zadebiutowali jako dramatopisarze i reżyserzy spektaklem "Sami" (Grand Prix oraz nagroda za tekst, reżyserię i rolę na XII Ogólnopolskim Festiwalu Komedii "Talia", Tarnów 2008). Autorski teatr kontynuowali spektaklem "Pracapospolita, czyli tacy sami" (2010) oraz "Droga śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł", który zdobył liczne nagrody (za tekst, inscenizację, rolę, scenografię) na XIV Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona" w Zabrzu (2014). A w 2014 tekst dramatu został też nagrodzony w dwudziestej edycji naszego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. W ich pisaniu, reżyserowaniu i graniu zawsze najważniejszy był aktor. Nie tylko wtedy, kiedy był sam na scenie. Może nawet bardziej wtedy, gdy był na scenie w zespole. Wtedy bowiem miał szansę ujawnić nie tylko całą pełnię talentu i wrażliwości, ale poprzez rozmaite konteksty i kontrapunkty pokazywał swoją niepowtarzalność i indywidualność. Jak w najlepiej napisanym utworze kameralnym, w którym wszyscy, gdy trzeba, są solistami, a jeśli to potrzebne - akompaniatorami. W obu przypadkach wymagane jest pełne oddania i mistrzostwo. Tak samo ważne stają się własne działania, jak i uważne wsłuchiwanie się w partnera. Najważniejsi nauczyciele i reformatorzy teatru powtarzali zgodnie: aktor istnieje tylko wtedy kiedy istnieje partner.

W zielonogórskim przedstawieniu Małgorzata Bulanda tak zaprojektowała scenę, aby aktorom nic nie przeszkadzało. Osiemnastu aktorów siedzi w dwóch kościelnych ławach twarzą do widowni przez całe przedstawienie. Poszczególne sceny dzieją się na wąskim polu gry przed ławkami i po ich bokach - zawsze w tle są twarze partnerów, skupionych, współgrających. Wymienić trzeba wszystkich: Marek Sitarski (Ksiądz), Elżbieta Donimirska (Walczakowa), Ernest Nita (Jasiek), Alicja Stasiewicz (Basia), Aleksander Stasiewicz (Mietek), Marta Frąckowiak (Krysia), Tatiana Kołodziejska (Matka), Robert Kuraś (Leszek), Kinga Kaszewska-Brawer (Ewa), James Malcolm (Thomas), Romana Filipowska (Ania), Anna Chabowska ((Bożena), Joanna Wąż (Warszawka), Wojciech Brawer (Wojtek), Urszula Zdanowicz-Łabiak ((Ula), Radosław Walenda (Radek), Joanna Koc (Asia), Beata Sobicka-Kupczyk (Beata). Oczywiście są większe i mniejsze role. Ale wszystkie tworzą wspólną wartość. I za to autorom przedstawienia należą się słowa szacunku.

"Gdy przyjdzie sen. Tragedia miłosna" może być oczywiście odczytywany jako spektakl o naszej wsi. Ale może być także oglądany jako studium o aktorach i zespole. Bowiem ta wieś naprawdę nazywa się Scena.

"Ta wieś nazywa się scena", Andrzej Lis, Materiał własny, 10-12-2015
(autor jest członkiem Komisji Artystycznej 22. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej)

***************************************************************************************************************
XVI FDW DLACZEGO SEN NIE NADSZEDŁ

Dla mnie sen nie przyszedł podczas całego przedstawienia. Od pierwszej minuty zahipnotyzował mnie prostotą, oszczędnością środków i rekwizytów. Najważniejszymi elementami byli ludzie i nie byle jacy, gdyż aż 18...
i wszyscy praktycznie cały czas występujący na scenie i próbujący odpowiedzieć na pytanie: jak rzeczywiście może wyglądać stereotypowość poglądów i przekonań w małomiasteczkowym wydaniu?

„Gdy nadejdzie sen” jest dziełem Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka i jest to kolejna pozycja w stylu „wiejskiego życia” tegoż duetu. Ukazanie zaściankowości wsi nie jest z pozoru trudnym przedsięwzięciem, ale połączenie – wiejskość i sakralna atmosfera (duża zasługa chórków) powodowała wciągnięcie widza w świat wzajemnych wiejskich koneksji, gdzie, jak się okazuje, wszystko jest dobrze, póki sąsiadowi nie zaczyna się lepiej powodzić.
Tak naprawdę historia ta wprowadza nas do nieszczęśliwego życia Basi – która od samego początku czuje się wyobcowana we wsi, czuje, że tam nie pasuje, chciałaby się wyrwać, ale „Uciec nie ma za co… a jak nie ma za co… to nie ma gdzie”. Dodatkowym uziemieniem jest jej dziecko oraz jego ojciec – Jasiek, za którego jednak wyjść nie chce, co jeszcze bardziej alienuje ją w oczach społeczeństwa. Basię (owacje dla Alicji Stasiewicz) poznajemy jako zagubioną dziewczynę, która jednak swoim butnym i trochę prymitywnym zachowaniem odpycha, ale paradoksalnie jeszcze bardziej przyciąga uwagę. Poszukiwanie wolności jest eksponowane przez Basię przez jej liczne romanse. Z ciekawością obserwowałam jej wręcz dziecinną, ale lubieżną grę wobec nowo poznanych mężczyzn.

Wiejskie towarzystwo nie akceptuje odbiegania od utartego schematu: mąż - głowa rodziny, żona – kura domowa, jednak mimo obecnego linczu na Basi, okazuje się, że na wsi nikt świętym nie jest. Nawet ksiądz, mówi do Basi: „Bóg Cię kocha, ja nie muszę”. Brat Basi tyranizuje swoją ciężarną żonę, chłopi są pazerni a wiejskie kobiety łase na zaloty Jaśka. Natomiast osobny rozdział należy się właśnie Jaśkowi, który niczym Konrad z „Dziadów” wygłasza swoje przemowy o nienawiści, miłości i zdradzie. Jasiek (Ernest Nita) jest postacią od początku tragiczną – znęcający się nad Basią, nerwowy młodzieniec zostaje na oczach mieszkańców zdradzony przez matkę swojego syna, później odtrącony przez społeczeństwo na wieść o jego wygranej na loterii, aż w końcu dotknięty wielką tragedią.

Metaforyczne przekazy, jak np. ukazanie społeczności jako gdakających kur, oszczędność elementów – drewniane ławy, na których zasiadała wiejska społeczność, owa „loża szyderców” oraz rozwieszone folie, za którymi kryli się aktorzy – stanowiło spójną całość dla wypowiadanych kwestii, w której dosłowność zastąpiono gestami. Nie ma jednak mowy o skromnym przekazie – odgłosy wiejskiego życia przerywane chórem tworzą znakomite tło dla rozgrywanej akcji. Jak uderzenie obuchem okazała się scena związania Basi przez jej brata metalowym sznurem za szyję – jak psa przy budzie. Basia raz po raz wstaje i próbuje iść w stronę ukochanego, jednak nie brutalnie, a z okrutną monotonią, brat ciągnie ją po podłodze ku sobie.

Równie „smakowitych” scen jest więcej i dlatego dałam się porwać opowieści o prostym życiu na wsi, które posiada bardzo złożone oblicza. Motyw nieszczęśliwej, interesownej miłości jest pretekstem do zagłębienia się w ciemne oblicza spokojnej wsi, gdzie nie istnieje szczęśliwe zakończenie. To przede wszystkim historia o ludziach, którzy są zawistni, tkwiący w utartych stereotypach i nie mających w sobie dość współczucia dla drugiego człowieka. A bez współczucia, ale z głęboką pokorą zostaje już tylko siąść i zapatrzyć się na ten obraz, który nie pozwoli na to, by nadszedł sen.

Przynajmniej mnie.
Karolina Chwolek

walk_icon Wirtualny spacer