Repertuar

Fernando Krapp napisał do mnie ten list Studium o prawdzie

Tankred Dorst

Reżyseria: Carsten Knödler

Premiera:

Czas trwania: 100 min.

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Tankred Dorst – urodzony w 1925 r. niemiecki dramatopisarz, autor scenariuszy i słuchowisk. Laureat wielu nagród, m.in. Gerharda Hauptmanna, Georga Büchnera i Maxa Frischa. W Polsce spośród wielu jego sztuk dla dorosłych i dla dzieci najczęściej wystawiane są: „Zakręt”, „Fernando Krapp napisał do mnie list”, „Merlin albo ziemia jałowa” oraz „Ja, Feuerbach”. Sztuka „Fernando Krapp napisał do mnie ten list” (1992) miała swą polską prapremierę w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu w grudniu 1994 r., w reżyserii Krystyny Meissner. Rok później Marcin Ziębiński zrealizował tę sztukę w Teatrze Telewizji, a Piotr Chołodziński wystawił ją w Teatrze Powszechnym w Warszawie (w roli tytułowej Janusz Gajos, Katarzyna Skrzynecka – Julia, Jerzy Zelnik – Hrabia). W r. 2000 powstał także film telewizyjny z Emmanuelle Seigner w roli Julii. Historia opowiedziana przez Dorsta, nawiązująca do opowiadania Miguela de Unamuno, to na pozór banalny melodramat, przedstawiający dzieje klasycznego trójkąta małżeńskiego. W istocie jednak jest to niezwykły thriller psychologiczny, oparty na wyrafinowanej grze prawdy i pozorów, miłości i nienawiści, rozpaczliwej determinacji i szaleństwa, wreszcie – życia i śmierci. Ale nie jest to jedyna enklawa obłędu, szaleństwem podszyty jest cały ten świat, który kreuje Dorst, poddając swoich bohaterów przedziwnemu eksperymentowi psychologicznemu. Jeden z najbardziej zagadkowych, niejednoznacznych utworów tego dramaturga, nosi podtytuł „studium o prawdzie”. W istocie jest to rzecz o dochodzeniu do prawdy o ludziach, którzy walczą, błądzą i przegrywają, nieustannie zmieniają się i sami wciąż innymi oczami patrzą na świat i siebie.

Tłumaczenie: Jacek St. Buras, Reżyseria: Carsten Knödler Dramaturgia: Kathrin Brune Scenografia & kostiumy: Teresa Monfared Muzyka: Stefan Claussner Video: Sebastian Mansch Ruch sceniczny: Paweł Matyasik Asystenci reżysera: Kinga Górska i James Malcolm

Terminy


Obsada

Recenzje

Krapp porywa

"Fernando Krapp napisał do mnie ten list" to najnowsza propozycja Lubuskiego Teatru. Choć pobrzmiewa już sezon ogórkowy, na finał teatralnych zmagań tego roku teatralnego, lubuska scena przygotowała spektakl łamigłówkowy. Zagadka kryje się nie tylko w poszczególnych aktach psychodelicznej sztuki Tankreda Dorsta. Tajemnicę kryje twarz Lecha Mackiewicza. I to ten aktor, znany już z reżyserskich wcieleń w Zielonej Górze, uwodzi najbardziej.

Reżyserią spektaklu zajął się Carsten Knödler, aktor i reżyser związany wcześniej ze sceną w Zittau, a obecnie z Die Theather Chemnitz, gdzie jest dyrektorem. Wymiana niemiecko-polskiej energii przysłużyła się aurze historii. Pod okiem Knödlera zmieniła się scenografia. Widz wchodzi na scenę i od razu wie, że znajduje się w nowym, nieokiełznanym świecie Dorsta. James Malcolm i Wojciech Romańczyk w białych kitlach szaleją na scenie, zapraszając jednocześnie widzów do psychoanalitycznego snu widziadeł. Zabieg stosowany nie często w Lubuskim, a niezwykle skuteczny. Knödler, który wcześniej realizował "Lot nad kukułczym gniazdem" Kesseya, "Wroga ludu" i "Hedda Gabler" Ibsena, po raz kolejny udowadnia swoją kompetencję w zakresie tworzenia historii o nordyckim, szorstkim klimacie.

Scena zyskuje dzięki Mackiewiczowi (Krapp) po drugiej stronie sceny. Jego aktorki urok zaklęty między kamienną twarzą i sensualnością wnętrza kreuje tu nowy wymiar rozumienia sztuki. Dorsta ciężko odczytać linearnie. Postaci zmieniają maski, niekiedy zostają w niej do końca (nierówny Robert Kuraś, który nabył pewnej kabaretowej maniery). Pod pozorem wizerunku wypisanego na twarzy, figury teatralnego Dorsta i Knödlera uruchamiają wehikuł transformacji, który napędza się obok widza, tuż przy nas, na wyciągnięcie ręki, w niewidocznej kapsule mózgu. Mackiewiczowi towarzyszy Joanna Wąż, która nieźle wypełnią rolę zmiennej partnerki. Ma się wrażenie, że Krapp chce nas porwać z teatralnych siedzeń i wystawić na próbę. Niepewność, zagrożenie i urok, jaki stwarza Mackiewicz każą śmiało patrzeć na kolejne, lubuskie propozycje sceniczne.

Sztuka, mimo sztafażu kostiumowego (który nie przytłacza - aktorzy traktują go bardzo umownie), kryje niebywały potencjał intelektualny. Wielość pól, synchronii i diachronii, nieodczytanych znaczeń i podświadomych pól intuicyjnych to czynniki składające się na przygodę, jaką dla Lubuskiego Teatru przygotował niemiecki reżyser. Wespół z Kathrin Brune (dramatużka), Teresą Monfraed (scenografia, kostiumy) i Stefanem Claussnerem (muzyka), twórca scenicznej wersji Fernando Krappa postawił na ryzyko. I to jest ścieżka, którą powinien Lubuski Teatr podążać dalej przed siebie. Robert Czechowski ma bowiem nosa do przedsięwzięć na pograniczu teatru i eksperymentu. Mam nadzieje, że będzie dalej, na przekór niezrozumieniom i zachętom do lżejszego repertuaru, podążał drogą bez skrótów. Wrócił pomruk poszukującej sceny, którą ostatnio w takiej formie widziałem za czasów "Snu nocy letniej" czy "Trash Story". Jak mówi Różewicz z dialogów jednej z najważniejszych sztuk XX wieku: "w teatrze trzeba grać, tu musi się coś dziać". I dzieje się. Janusz Łastowiecki, 08-06-2016

**************************************************************************************************************** W pułapce (nie)prawdy

Ona – Julia (Joanna Wąż) – młoda i piękna. On – Fernando Krapp (Lech Mackiewicz) – zamożny i doświadczony. On wysyła list... Dla ojca Julii (Jerzy Kaczmarowski) sprawa jest oczywista: takiemu kandydatowi na męża się nie odmawia. I na tym oczywistości w sztuce „Fernando Krapp napisał do mnie ten list. Studium o prawdzie” Tankreda Dorsta się kończą. Reszta jest grą. Z własną wyobraźnią, plotką, domniemaniem, emocjami... Czy Krapp przed laty udusił swoją wcześniejszą żonę poduszką? Czy bawi się tylko nową małżonką z jakiegoś zimnego wyrachowania? Aona? Julia zdradza Fernanda z Hrabią (Robert Kuraś) czy tylko o romansie marzy? Dorst, a za nim reżyser Carsten Knoedler (przygotował spektakl gościnnie w Lubuskim Teatrze ze swoją ekipą z Teatru w Chemnitz) śledztwa w dochodzeniu, co jest prawdą, a co grą pozorów nam nie ułatwia. Tym bardziej że twórcy sztuki zamykają nas z bohaterami (widzowie siedzą na scenie, blisko grających aktorów) między surowymi, smutnymi ścianami rezydencji Krapa, to znów w celi psychiatrycznego szpitala. Miłość (jeśli jest) tak blisko sąsiaduje tu z przemocą i sadyzmem...

W spektaklu gra wszystko. Symfonia symboli. Czerwona wstążka: pętla na szyi, opaska na oczy... Skrzynia: krzesło, klatka, postument tyrana... Grają też ściany (i tu niespodzianka! Nie tylko za sprawą pomysłowego wideo). Jeśli podążamy za Julią (świetna, wszechstronna kreacja Joanny Wąż), to wpadamy w pułapkę niezrozumienia rzeczywistości i lądujemy w kaftanie bezpieczeństwa. A doktorzy (James Malcolm, Wojciech Romańczyk) już się nami zajmą. Jeśli liczymy, że coś podpowie nam sam Krapp, to Lech Mackiewicz znakomicie maskuje emocje swojego bohatera i wiedzie nas do finału, kiedy... Zaprzeczający sam sobie Hrabia (skrząca humorem, wycyzelowana w każdym słowie i geście, rola Roberta Kurasia) też jest tu złym przewodnikiem. A może dobrym? W niepewności i zmienności prawda? A może jednak we krwi, która tak dosłownie po scenie się rozlewa... Finał spektaklu uderza. Znów wiemy, że... nic nie wiemy. Gazeta Lubuska, Zdzisław Haczek, 10.06.2016 r.

****************************************************************************************************************

Thriller z trójkątem w tle. Dziwny Fernando Krapp

Efekt polsko-niemieckiej współpracy robi wrażenie. W zielonogórskim teatrze powstał spektakl psychodeliczny, wciągający i poruszający, ze świetną oprawą. To ostatnia okazja w sezonie, by zobaczyć "Fernando Krapp napisał do mnie ten list. Studium o prawdzie". Warto.

"Fernando Krapp napisał do mnie ten list. Studium o prawdzie" jest owocem współpracy polskich aktorów i niemieckich twórców. Najpierw Robert Czechowski, dyrektor Teatru Lubuskiego, reżyserował "Kaligulę" w Die Theater Chemnitz, teraz na swoje deski zaprosił tamtejszych artystów. Na scenę trafiła sztuka Tankreda Dorsta, znanego niemieckiego dramatopisarza, poety i scenarzysty. Autor osadza swoich bohaterów na planszy okrutnej, psychologicznej gry. To mocny akcent na zakończenie sezonu w zielonogórskim teatrze. Polsko-niemiecki eksperyment powiódł się.

Tajemniczy Krapp

Dziewczyny marzą o milionerze, ale pewnie żadna nie chciałaby, żeby Fernando Krapp napisał do niej ten list. Tytułowemu bohaterowi daleko do księcia z bajki. Krapp jest tajemniczy, małomówny, introwertyczny, ponury.

W tę rolę wciela się Lecz Mackiewicz, którego zielonogórscy widzowie poznali już jako reżysera ("Ja ciebie też", "Małgośka z Zielonej"). Dopiero teraz mogli przetestować (na żywo) jego aktorskie umiejętności. Mackiewicz, zagrał w wielu polskich filmach i serialach (miał swój udział m.in. w "Pianiście"), masowa publiczność kojarzy go z rolą w "Na wspólnej". W szklanym okienku gra "życiówkę", ale tym razem pokazał, że potrafi zbudować przemyślaną postać również na teatralnej scenie.

Jego Fernando Krapp patrzy surowym wzrokiem. W zestawie z dziwnymi, wynaturzonymi gestami, składa całą psychopatyczną osobowość. Krapp budzi lęk. Hipnotyzuje. Jest obrzydliwie bogaty, co tylko utwierdza go w przekonaniu, że może wszystko. - Powszechnie wiadomo, że Fernando Krapp osiąga to, sobie postanowił - mówi pewnie, gdy chce poślubić młodą, wrażliwą Julię. O swoim kaprysie informuje ją w liście. Nie zna jej, jedynie słyszał, że jest najpiękniejszą kobietą w okolicy. Ba, prawdopodobnie nawet w całym kraju. Julia musi zostać jego żoną, czy tego chce, czy nie. Dziewczyna na początku opiera się, ale wkrótce Krapp spłaci długi jej ojca i nie będzie miała wiele do powiedzenia.

Krapp nie jest zwolennikiem okazywania emocji. Wysnuł teorię, że częste wyznania miłości szkodzą związkowi, więc nie mówi "kocham" wcale. Czy to oznacza, że jest złym człowiekiem?

Miłość, intrygi, prawda

Między dwojgiem jednak rodzi się uczucie. Milioner, w całym swoim wyrachowaniu, potrafi otoczyć Julię niewytłumaczalną, ciepłą opieką. Na wieść o tym, że ukochany mógł udusić kapeluszem swoją poprzednią żonę, podstarzałą milionerkę, Julią zaczyna mieć wątpliwości. Hrabia, absolutne przeciwieństwo Krappa, nie mógł wybrać lepszego momentu, by pojawić się w ich życiu. Młody, przystojny i romantyczny, zaczyna mącić Julii w głowie.

Okrutny Krapp prowokuje żonę i sam pcha ją w ramiona Hrabiego. Małżonkowie wystawiają swoje uczucie na próbę. Wkrótce intryga zacznie gonić intrygę, wybuchnie potężny chaos. Krapp zapragnie uzyskać nad żoną całkowitą władzę, wmówi jej szaleństwo i umieści w szpitalu dla obłąkanych.

Obłęd i diaboliczny klimat nie opuszczają spektaklu do końca. Coraz trudniej odróżnić prawdę od kłamstwa, miłość od nienawiści. To dlatego sztuka nosi podtytuł "studium o prawdzie". Autor postanowił testować prawdę na przykładzie miłości, uczuciu, które najlepiej obnaża szczerość i fałsz.

Wachlarz emocji

Spektakl kipi skrajnymi emocjami, jest pełen kontrastów. Role napisane są tak, by dać aktorom możliwość pokazania całego wachlarzu swych umiejętności. Od wrażliwości i czułości, po furię, panikę, gniew i strach. Przed niezwykle trudnym wyzwaniem stoi Joanna Wąż, odtwórczyni roli Julii. Julię poznajemy jako delikatną i subtelną, ale z własnym zdaniem i potrzebą niezależności. Z takiej dziewczyny powoli przeistacza się, przez pomiataną ofiarę wmówionego wariactwa, po dystyngowaną, sardonicznie uśmiechniętą panią. W spektaklu nie brak mocnych scen, jak ta w szpitalu psychiatrycznym. To trudne aktorskie wyzwanie, z którym aktorka radzi sobie bezbłędnie.

Warto wspomnieć o epizodycznym, ale jakże ważnym udziale Jamesa Malcolma (profesor Alvarez) i Wojciecha Romańczyka (doktor Hermannstetter). Razem stanowią intrygujący, nieprzewidywalny duet. Ubrani w białe kitle, z jadowitymi uśmieszkami sprawiają wrażenie, jakby wprost rozkoszowali się eksperymentami medycznymi. Raz są rozbrykanymi chłopcami, którzy radośnie tańczą na rolkach. Za chwilę - jako lekarze psychiatrzy - przeprowadzają makabryczne zabiegi. Tworzą upiorne tło, które świetnie oddaje tę emocjonalną rozpiętość spektaklu.

Happy end czy tragiczny finał?

Wrażenie robi cała oprawa. Scenografia, światło, kostiumy, mroczna muzyka, kapitalne wideo tworzą tę magię, budują diaboliczną i niepokojącą atmosferę. Aktorzy grają w skromnej scenografii, ale pozwalającej na wiele ciekawych zabiegów. Genialny efekt daje biała kotara, zza której wyłaniają się postacie, służąca także jako tło gry cieni. Reżyser Carsten Knödler, już wcześniej zapowiadał, że zajął się sztuką także ze względu na jej zakończenie - oryginalne, zaskakujące, rzadko spotykane. Choć korci, oczywiście go nie zdradzę. Powiem jedynie tyle: sama wątpliwość, czy to finał tragiczny, czy też happy end, jest dość niespotykana. Gazeta Wyborcza, Paulina Nodzyńska 2016-06-09

**************************************************************************************************************** Chore gierki w przemoc

Panie bileterki już w foyer ostrzegają widzów, że tym razem nie wchodzimy na widownię najprostszym sposobem i że czeka nas mozolna droga przez rozmaite „wokółkulisowe” zakamarki, nim zajmiemy miejsca w dwóch sektorach krzeseł ustawionych na scenie. A gdy widzowie już tam docierają, długo nie mogą się zorientować, gdzie usiąść i którędy przejść do swoich miejsc.

Ta fizyczno-mentalna niewygoda jest jednak zaledwie wstępem do rozlicznych intelektulano-moralnych niewygód, jakich przyjdzie nam doświadczyć po rozpoczęciu scenicznej akcji.

Ta właściwie rozpoczyna się już, gdy siadamy na swoich z trudem odnalezionych miejscach z tyłu sceno-widowni. Bowiem tuż koło nas, w przedniej części słabo oświetlonej, ciemnej przestrzeni, kryjącej w sobie wielką jamę sali przeznaczonej zazwyczaj dla nas-widzów, poruszają się dwie niepokojące męskie postaci w białych, niby to szpitalnych kitlach, obute na dodatek w dziwne białe kalosze. Od czasu do czasu zbliżają się do nas, natrętnie się nam przypatrując, wchodząc w naszą intymną przestrzeń fizycznego bezpieczeństwa, poruszając się niecałe pół metra od wielu z nas. Ci dwaj młodzi mężczyźni (James Malcolm i Wojciech Romańczyk) zostaną w którymś momencie przedstawieni innym postaciom, no i nam-widzom jako profesorowie psychiatrii, ale już teraz możemy się domyślić, że są przede wszystkim narzędziami represji. Za moment to się ukonkretni: okażą się bowiem wykonawcami rozkazów pewnego pokręconego, szalonego Demiurga, znajdującymi, podobnie jak ich pryncypał, sadystyczną przyjemność w dręczeniu innych.

Ów Demiurg to tytułowy Fernando Krapp (Lech Mackiewicz), przykład self-made mana, samca alfa, nieugiętego suwerena dusz i ciał ludzi krążących wokół niego jak ćmy, zwabionych przede wszystkim jego bogactwem i powabem nieograniczonej władzy. Gdy uzyskamy jaki taki wgląd w zakamarki jego jaźni, obserwując uważnie jego uczynki i słuchając jego wypowiedzi, ogarnia nas przerażenie. Z tego człowieka emanuje bowiem banalność zła, które wyrządza on innym z niesłychaną, rozrzutną łatwością, łamiąc charaktery i życiorysy, kreując się na podrzędne, nieświadomie kiczowate, po ludzku ułomne wcielenie Mefista.

Lech Mackiewicz gra tę diaboliczną postać bardzo oszczędnie. Żałosny i groteskowy staje się jego Krapp dopiero wówczas, gdy usiłuje wyjść poza narzucony sobie zestaw zachowań mitygującego się w swej ekspresji parweniusza-arystokraty pieniądza. Gdy chce np. zatańczyć, wychodzi z tego jakaś pokraczna seria miniwygibów. Ogarniającą go czasem niepewność i zagubienie zdradzają też nieświadome, dobrze oddane przez aktora symptomy-przyruchy, jak np. ciut zbyt nerwowe skubanie listków trzymanej nie wiedzieć po co w rękach gałązki. Dużo pewniej Krapp Mackiewicza czuje się, gdy daje upust swej fizycznej agresji, gdy np. władczo kładzie dłoń na twarzy swej żony Julii (a mowa jest wtedy o tym, że być może to on sam zamordował swoją pierwszą żonę, dusząc ją kapeluszem) albo gdy podczas tej samej rozmowy zawija Julię w zwisającą nad sceną zasłonę – to wyrazisty symbol pełni władzy, dominacji, sugerujący możliwość zastosowania skrajnej przemocy – może nawet morderstwa?

Skoro mowa jest o zasłonie, warto zatrzymać się na chwilę przed misternie ukształtowanym przez reżysera Carstena Knödlera i scenografkę Teresę Monfared układem scenicznej przestrzeni, ograniczonym dwoma zasłonami, z których tylna, biała umożliwia subtelne gry cieni. Ascetyczna scenografia – kilka schowanych jeden w drugim czarnych sześcianów – jest na tyle wielofunkcyjna, że wystarcza aktorom do pomysłowego unaocznienia wszelkich zaplanowanych przez reżysera plastycznych metafor i symboli. Pomarudziłbym chwilę jedynie w kwestii nie do końca potrzebnych, momentami łopatologicznych obrazów rzucanych na ekrany-zasłony, ale to naprawdę drobnostka nienaruszająca w stopniu istotnym mojej pozytywnej oceny tego spektaklu.

Pora wrócić do omawiania aktorskich wcieleń i zadań: ofiara Krappa – Julia (Joanna Wąż) jest zwykłą młodą kobietą, zaplątaną przez nieubłagany los (czytaj: długi ojca) w diaboliczne gry swego „małżonka z przymusu”, który ją po prostu kupił. Knödler ułatwił jej zadanie wcielenia się w postać ofiary, ustawiając wiele scen, tak by podkreślić przemoc, bezlitośnie, na różne sposoby egzekwowaną wobec niej przez kilku mężczyzn, w tym zwłaszcza (oczywiście) przez zimnego drania Krappa, który – choć kocha i (o dziwo, o pokrętności losu!) jest kochany – nie umie być po ludzku człowiekiem i musi dać upust swym chorym ciągotom. Julia zostaje np. w pewnym momencie uwięziona pod jednym z czarnych sześcianów. Musi tam tkwić aż do momentu, gdy stojący na owym sześcianie Krapp nie zdecyduje się zeskoczyć na scenę, podkreślając jeszcze dość wyrazistym gestem swą wspaniałomyślność.

Nie tylko Krapp stosuje wobec Julii bezpośrednią i pośrednią przemoc. Jego sługusi – dwaj „profesorzy” – są w tym dziele jeszcze gorliwsi od swego pryncypała: przed sceną ślubu wyjmują spod czarnego sześcianu szaty weselne i ubierają w nie Julię, układając jej rysy twarzy w uśmiech. Do oprawców dołącza (a jakże) jej bezradny, zadłużony ojciec (Jerzy Kaczmarowski), nakładając jej na głowę czarną papierową koronę. Jeden z kolejnych aktów przemocy będzie miał miejsce w szpitalu psychiatrycznym, gdy obaj funkcjonariusze medycyny nałożą na Julię ograniczający jej ruchy biały kitel, ubezwłasnowolniając ją w roli pacjentki-wariatki. Również jej kochanek Hrabia (Robert Kuraś) nie omieszka wyegzekwować wobec niej swej chwilowej, przelotnej władzy, zasłaniając jej oczy zdjętym z jej szyi zwiewnym, krótkim szalikiem.

Chore gry Krappa, unicestwiające moralnie młodą żonę i Hrabiego, odkrywają świat nieubłaganie egzekwujący męską przemoc wobec kobiet. Julia, otoczona przez posiadających nad nią władzę mężczyzn, walczy, ironizuje, kiedy trzeba, używa swej uwodzicielskiej mocy, by w końcu i tak być zdaną na łaskę i niełaskę nienormalnego, niemoralnego męża – taniego „Belzebubka”. Kolejna symboliczna scena: szpital; trzej ludzie w białych kitlach tworzą ludzką ścianę, przez którą Julia usiłuje przedostać się w stronę widzów. Na próżno. Męska „ściana”, zapewne dobrze opłacona przez męża-nuworysza, odpiera wszelkie ataki, z desperacką próbą uwiedzenia włącznie.

Krapp nie zaniedbuje żadnej okazji, by Julię upokorzyć, by przypomnieć jej, kto tu rządzi. Już po jej wyjściu ze szpitala (gdy uznał, że ten wymiar kary jej już wystarczy), przybywa do niej z odsłoniętej niespodziewanie ciemnej czeluści widowni, rozświetlonej błyskami bladych światełek, by podjąć próbę odbudowy ich związku. W pewnym jednak momencie wyciąga spod czarnego sześcianu pomarańczową suknię, którą Julia miała na sobie w scenie małżeńskiej zdrady: „Niech kobieta pamięta – w każdej chwili mogę powrócić do roli oprawcy i boleśnie przypomnieć jej winy”.

Końcową scenę, która nie daje pewności co do dalszego ciągu losów pary głównych bohaterów, odbieram bez złudzeń – jako zapowiedź ciągu dalszego niezdrowych gierek Krappa. Bo co miałoby i mogłoby go ograniczyć? Jego wynaturzone „eksperymenty” na duszach i ciałach otaczających go ludzi będą nadal trwały, nie ma takiej siły, która by go powstrzymała.

Bohater dramatu Tankreda Dorsta oraz inscenizacji Carstena Knödlera przybywa po raz ostatni na scenę z widowni. Idzie ku nam – widzom siedzącym na scenie. Normalny teatralny porządek jest odwrócony – nasz świat znajduje się teraz w jego władaniu, to on nim rządzi. Nie odzyskamy naszej na co dzień przypisanej nam przestrzeni, nie wydrzemy mu jej z łap tego wieczora. Tak zadecydował reżyser. Co chciał nam przez to powiedzieć? teatralny.pl, Juliusz Tyszka, 13-07-2016

walk_icon Wirtualny spacer