Repertuar

Dżama. Arabska noc

Paweł Kamza

Reżyseria: Paweł Kamza

Premiera:

Czas trwania: 65 min.

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Utwór napisany specjalnie dla Lubuskiego Teatru i wyreżyserowany przez Pawła Kamzę, który współpracuje z naszą sceną od wielu lat („Łzy Ronaldo” 2011, „Zemsta” 2013). Dramat trójki bohaterów: Polki, Palestynki i Brytyjczyka – rozgrywa się współcześnie na turecko-syryjskiej granicy, za którą trwa apokaliptyczna tragedia Aleppo – umierającego miasta, bombardowanego i roznoszonego w strzępy przez trudną nawet do wymienienia liczbę zwalczających się wzajemnie sił militarnych, paramilitarnych i stronnictw politycznych. Tytułowa dżama to grupa trzech osób, niezbędnych, by zgodnie z prawami islamu odmówić modlitwę za zmarłych. Aleppo staje się tu symbolem ogromu cierpienia ludności cywilnej w ogarniętym brudną wojną świecie, a jednocześnie soczewką, w której ogniskują się współczesne problemy młodych ludzi, w różnych krajach dojrzewających do otwartego buntu przeciw opresji społecznej, politycznej, rodzinnej. Kameralna forma przedstawienia jest rozbudowana dzięki projekcjom mulimedialnym, które stanowią niezwykle istotną płaszczyznę przenoszenia poruszanych w spektaklu problemów i emocji bohaterów.

Scenariusz i reżyseria: Paweł Kamza
Scenografia, kostiumy, projekcje: krolikstudio.pl
Ruch sceniczny: Paweł Matyasik
Opracowanie muzyczne: Damian-neogenn-Lindner

Terminy


Obsada

Recenzje

W Lubuskim Teatrze: Tragedia Aleppo - tak daleko, tak blisko... Coraz bliżej „Dżama. Arabska noc” Pawła Kamzy to lekcja, którą powinien odrobić każdy. Może wtedy zrozumie dramat umierającego syryjskiego miasta?

Książki. Wiszą nad głowami bohaterów spektaklu „Dżama. Arabska noc” jak wyrzut sumienia. Przecież tam jest wszystko! Od tysięcy lat opisywany ból rodziców drżących o los swoich dzieci. Historie wojen - z podpowiedzią dlaczego wybuchały, i okrutną ceną, jaką ludzkość za nie płaci. Więc dlaczego po raz kolejny to wszystko się dzieje? Czemu umiera syryjskie Aleppo? I dlaczego jadą tam i chwytają za broń młodzi Europejczycy? Walcząc po różnych stronach skomplikowanego konfliktu? Paweł Kamza (wcześniej wystawiał w LT „Łzy Ronaldo” 2011 i „Zemstę” 2013) - autor i reżyser sztuki - szczęśliwie nie wchodzi w polityczno-religijne zawiłości. Wraz z trojgiem bohaterów stawia nas przed granicą turecko-syryjską, którą ci chcą sforsować. Bo ich dzieci pojechały do Aleppo. Czy żyją? Na razie Mirka ze Szczecinka (Anna Haba) zachowuje się jak beztroska wczasowiczka z Polski - z radością strzela sobie fotki na egzotycznym tle. Brytyjczyk John (Ernest Nita) chwali się wiedzą o każdym tu zabytku czy wzgórzu. A Palestynka Layla (Elżbieta Donimirska) może oddawać się rytuałowi przygotowania kawy czy herbaty... Turystyczna sielanka pryska. Atakują telefony. Przerwaną rozmową, połączeniem wideo, SMS-ami. Ich treść, wyświetlana na tkaninie, rozwieszonej centralnie na scenie, nie tylko uświadamia dramat miałkości relacji rodzic - dziecko. Pokazuje, co dziś króluje na „ołtarzu” komunikacji. Ten multimedialny motyw w scenografii (brawo P. Kamza i krolikstudio.pl) jeszcze mocniej podkreśla klęskę książki. Tej, która zastępuje tutaj wściekle rzucany kamień, sprowadzona do roli makulatury „udaje” okopy czy ruiny. Aż w końcu ktoś z troską zaczyna układać strony, czytać... Wróciła nadzieja na jakieś uporządkowanie świata? Natury nie oszukasz. Z jaką energią i jak zgodnie nasi bohaterowie podejmują temat ćwiartowania zwłok! Jak łatwo ciało zdehumanizować... Wystarczy, że stanie się kartą przetargową. Ten chwilowy czarny humor nie osłabia jednak siły pytań, które stawia sztuka Pawła Kamzy. O świat dzisiejszy. O jego przyszłość. O to, jak bardzo się do nas przybliżył. Nie tylko jako wakacyjna atrakcja. I dlaczego (czym?) porywa nam nasze dzieci... „Dżama. Arabska noc” ze świetnym aktorskim tercetem (Elżbieta Donimirska, Anna Haba, Ernest Nita), z celnie dobraną (któryż to już raz w LT!) przez Damiana Neogenna Lindnera muzyką i ruchem scenicznym Pawła Matyasika - trwa tylko 70 minut. Pawłowi Kamzie to wystarcza, by zasiać w nas niepokój dużo większy niż wywołują telewizyjne obrazy amerykańskich rakiet, niszczących syryjskie lotnisko. Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska, 11 kwietnia 2014

****************************************************************************************************************

Zapach arabskiej kawy

Teatr Lubuski w swojej „Dżamie” tropi zagrożenia nie tylko na tle mapy konfliktów, ale wchodzi w temat niejako od podszewki, pokazując mechanizmy zniewolenia, pozorów i osobliwej gry między ludźmi z turecko-syryjskiej granicy. Jak wspominał Paweł Kamza, autor scenariusz i reżyser (wcześniej w Lubuskim wystawiał „Łzy Ronaldo” i „Zemstę”) zależało mu na ograniczeniu warstwy emocjonalnej do minimum. Oszczędna scenografia grupy Królik Studio wkomponowuje się w zaprojektowane akcenty mentalne. Wszystko zaczyna się jak w kinie. Słyszymy dźwięki z komunikatora społecznościowego, rozmowę syna z matką. To filmowe wprowadzenie stanowi jakby prolog dramatu głównego, który zejdzie już w znacznie bardziej ascetyczne rejony. Wojna toczy się tutaj wśród pakunków książek, w zakurzonym przejściu między niebytem a niemożnością ucieczki. Każdy z bohaterów czeka na wieści od kogoś. Mirka (Anna Haba), Layla (Elżbieta Donimirska) i John (Ernest Nita) mają swoje powody, które przywiodły ich w to miejsce. Każdy kogoś szuka. Ich poszukiwani krewni są po różnych stronach barykady. Kamza nie szuka jednak konfliktów na tle wzburzonych nacjonalizmów. Kulturowe animozje blakną i nie niosą dramaturgii. Kamza próbuje wynieść „Dżamę” (która funkcjonuje tutaj z podtytułem „Arabska noc”) ponad poziom sterowanej publicystyki, która manewrując między narodowymi i interkulturowymi emblematami, gubi logikę dyskursu. „Dżama” kryje trzy ciekawe kreacje aktorskie. Według islamu „dżama” oznacza troje niezbędnych ludzi, by odmówić modlitwę za zmarłych. Donimirska, wyciszona, kontemplatywna. Haba, komunikująca się z nieczynnym telefonem zaginionego syna, figura wzięta ze stron facebooka, balansująca na kruchej granicy fikcji i rzeczywistości. Dwa wizerunki kobiece uzupełnia Nita, brytyjski agent udający profesora literatury, który wpada w pułapkę swojego szefa (ma za zadanie odnaleźć syna swojego brytyjskiego zleceniodawcy, podczas gdy ten sprzedał go dżihadystom). Dla mnie najsilniejsze są tu jednak te między-sceny, pozbawione dialogów, w które wkomponowany jest silny ładunek intelektualny. Szczególnie w głowie tkwi obraz z książkami rzucanymi o ścianę. Umiera świat pokoju, jakie wypracowywały lektury. Rozsądek, doświadczenie, ideał zjednoczonej myśli wielu narodów – wszystko z trzaskiem zderza się z ciemnymi ścianami strachu. Obok gry iluzji z deziluzją przestrzenie spektaklu przewierca gra z samą konwencją. Wydawałoby się, że temat konfliktu syryjskiego jest jak najdalszy od zabaw scenariuszowych. W jednej ze scen pojawia się trup żołnierza, który na zasadzie wymiany ma być przepustką do wolności. Nita gnie się pod ciałem kukły. Lalkowatość motywu, absurd pomysłu z wymianą żywego na trupa prowokuje skojarzenia ze światem mrożkowskiej dramaturgii, która również chciała przepracować temat wojny osobnym, bliskim grotesce tonem. Całą trójkę łączy scena końcowa, wszyscy zastygają w oparach parzonej przez Laylę kawy. Sączy się muzyka Damiana Neogenn-Lindnera. „Dżama”, poprzez finałowy bezruch, zamienia się w modlitwę, która nie będzie już brzmieć żadnym ze skonfliktowanych języków. Brakowało mi w tym sezonie tak silnego, współczesnego głosu w Lubuskim. Przyszedł wraz ze scenariuszem Kamzy. Można by powiedzieć, że to niespokojny świat przyniósł nam ten spektakl. Potrzebne są teatralne dialogi, oderwane od martwego pozoru teatralnej konieczności. Haba, Donimirska i Nita (symptomatyczne, że piszę o postaciach, używając nazwisk aktorów) zastygają w finałowej scenie, ponieważ rzeczywistość, której dotyka tu teatr, jest za silna, wykracza poza scenariusz i pisze sama siebie. Musimy więc zatrzymać się. Tak cicho, by poczuć zapach parzonej, arabskiej kawy. Być może w nim tli się choć najmniejsza odpowiedź na uruchomione zło. Janusz Łastowiecki, 24.04.2017 r. **************************************************************************************************************** Półśrodki do półprawdy albo dom zachodzącego słońca

Mniej więcej osiem lat temu, w czasie konferencji naukowej w Portugalii, zaproszony tam przez izraelskiego profesora-aktywistę, aktor grupy Public Movement zagrał dla badaczy zainteresowanych „teatrem politycznym” mini-spektakl.

Choć w zasadzie nazwanie tego spektaklem może zostać uznane za działanie na wyrost. Młody mężczyzna siedział w zwykłej sali uniwersyteckiej pod ścianą z tak znajomo wyglądającą olejną lamperią w kolorze jasnozielonym, ławki (też wyglądające jak z polskiej podstawówki z lat osiemdziesiątych) były po prostu odsunięte pod ściany. A jednak ta „znaleziona scenografia” uzupełniona ostrym słońcem, wpadającym przez okno umieszczone wysoko, i koszmarną duchotą sali stała się idealnym miejscem do tego, by opisywanie domu palestyńskiej rodziny, której wszyscy członkowie zginęli, nabrało wyjątkowej siły oddziaływania. Teatr powinien zabierać głos w ważnych dla świata sprawach. Dzięki ludzkiej obecności i temu, co nazwano „ucieleśnieniem”, ma szansę przemówić do widzów o wiele mocniej niż przekaz medialny.

Proszę sobie wyobrazić teraz taką fabułę na scenie: jakaś zła dzielnica w którymś z zaniedbanych polskich miast; dwie samotne matki próbują odszukać swoje dzieci. Syn jednej z nich wyjechał na wakacje i w pewnym momencie przestał odbierać telefon – nie ma z nim kontaktu. Historia drugiej jest bardziej skomplikowana – ma nieoperacyjnego guza mózgu w ostatniej fazie, jedno z jej dzieci zostało zakłute nożem przez sąsiadów-narkomanów, córka zginęła na jej oczach, potrącona przez pijanego kierowcę, kiedy szła na lekcję baletu, mąż prowadził uliczny stragan, ale zabił go spadający balkon – wszak jesteśmy z zaniedbanym mieście. Syn, żeby odpracować dług, który ojciec miał u „rodziny ludzi z miasta” przyłączył się do mafii, dla której teraz morduje. To w zasadzie dobre dziecko, ale jako człowiek honorowy musi spłacić dług ojca. To właśnie z nim matka chce się zobaczyć przed rychłą śmiercią. Z taką fabułą mamy do czynienia w klasycznym teatrze zaangażowanym opowiadającym się po stronie „wykluczonych”, którzy mieli nieszczęście urodzić się w niewłaściwym miejscu, w nie takiej rodzinie. A teraz proszę sobie wyobrazić, że akcja tej opowieści nie dzieje się w Polsce, ale nad morzem, na granicy syryjsko-tureckiej. Pierwsza z matek – Mirka (Anna Haba) jest Polką, której syn wypożyczył samochód w Turcji i zerwał kontakt z bliskimi; druga to Palestynka – Layla (Elżbieta Donimirska; dlaczego jej postać przedostaje się do Syrii tak okrężną drogą podróżując na piechotę?), jej rodzina zginęła w zamachach bombowych (oraz zakłuta nożem przez sąsiadów-narkomanów), a syn – by spłacić dług – przystąpił do ISIS (jak mówi: „walczy po właściwej stronie”). Obie chcą dostać się do Aleppo, bo wierzą, że tam właśnie są ich synowie. Towarzyszy im jeszcze trzecia postać – John (Ernest Nita), Brytyjczyk, którego misja odzyskania „własnego syna” przywołuje klimaty niczym z filmu Operacja Samum Pasikowskiego. John okazuje się nie być profesorem i znawcą literatury arabskiej, za jakiego się podaje, tylko płatnym najemnikiem, a dekonspiruje go Lala, celowo błędnie przypisując pewien wiersz pewnemu autorowi. John ma uwolnić syna pakistańskiego przedsiębiorcy, ale w finale okazuje się, że ojciec przehandlował życie swego dziecka w zamian za kontrakt z Chińczykami.

Kiedy w niedzielne popołudnie oglądałam spektakl Dżama. Arabska noc, wyreżyserowany i napisany przez Pawła Kamzę, zastanawiałam się, czemu służyło umieszczenie historii, dotyczącej de facto rodzinnych dramatów, w Aleppo? Czy dzięki temu spektakl stał się ważniejszy? bardziej aktualny? głębszy? Czy może po prostu autentyczna chęć i potrzeba, by zwrócić uwagę na to straszne miejsce, przybrała taką, niewiele przybliżającą tamten konflikt, formę? Czy może za dużo chciano wyjaśnić przy pomocy jednego przedstawienia – i konflikt izraelsko-palestyński, i wojnę w Syrii, i problem europejskich dżihadystów, i polski brak tolerancji, i wątek sensacyjny? To przedstawienie budzi u mnie pewnego rodzaju opór, ponieważ miałam poczucie, że ten przerażający konflikt, z którym współczesny świat nie potrafi, może nie chce, sobie poradzić, pełnił w przedstawieniu Kamzy rolę kwiatka do kożucha właśnie dlatego, że opowiadana historia była zbyt uniwersalna (taką narrację można by umieścić przy użyciu drobnych modyfikacji, choćby w takich, jak opisałam we wstępie, w dowolnym miejscu). Tym sposobem w finale kwestia europejskich ochotników dżihadu została sprowadzona za bardzo do indywidualnej psychologii (nie wszyscy wychowujący się bez ojców czy posiadający „zły wygląd” stają się ogarniętymi nienawiścią bojownikami). Samo użycie w tytule spektaklu słowa „dżama”, które oznacza „grupę osób potrzebną do odmówienia modlitwy za zmarłych”, to trochę mało, by przekonać, że przedstawienie chce opowiedzieć historię o umierającym kraju. Sądząc po programie, właśnie taki miał być cel spektaklu przygotowanego przez Kamzę w Teatrze Lubuskim. Mamy więc w nim opracowane przez reżysera, krótkie kompendium wiedzy o wojnie domowej w Syrii zatytułowane Syria – pionek w globalnej grze mocarstw. Jednak to nie politologiczne wyjaśnienia z programu robią największe wrażenie, ale liczby: „zabici – około 500 tysięcy, trwale pozbawieni domu – 11 milionów (połowa przedwojennej ludności Syrii), emigracja – około 7 milionów, główne miasta zrujnowane od 40% do 80%”. Problem w tym, że to głównie program przekonuje, iż Dżama... to spektakl o tamtej wojnie. Narracja, poza dwiema historiami: o strzelaniu do ludzi, którzy próbują przejść przez ogrodzenie na granicy, oraz o wysadzonym w samobójczym ataku sklepie i krwi płynącej po ulicy, dotyczy głównie indywidualnych dramatów matek, które niepokoją się o los swoich dzieci. Czy to właśnie tego rodzaju postacie najbardziej w całej tej historii warte są współczucia? Nie ludzie bombardowani, truci gazami bojowymi czy mordowani tam, w samej Syrii? Nie ci, którzy muszą mieszkać w ruinach miast? Nie bezradne dzieci, które tracą rodziców i muszą radzić sobie w wojennej rzeczywistości same? Czy naprawdę to nerwy polskiej matki-idiotki mają mnie przekonać, że wcale nie tak daleko ode mnie dzieje się coś potwornego? Tak przy okazji i na marginesie – nawet w najgorszych snach nie podejrzewałam, że w Polsce kilkadziesiąt lat po wojnie tak aktualny i groźny stanie się dawny termin „zły wygląd”.

Przy tego rodzaju fundamentalnych wątpliwościach, jakie wywołał we mnie spektakl Kamzy, trudno było mi docenić naprawdę bardzo przyzwoitą teatralną robotę w tym przedstawieniu. Bo co z tego, że scenografia przedstawiająca wnętrze splądrowanej biblioteki wizualnie jest bardzo piękna – z paczkami książek, które nie tylko tworzą klimat tymczasowości, ale są także bardzo funkcjonalne – układane w stosiki, przekładane, formowane stają się skałą nadmorską, posłaniem czy stolikiem. W scenie buntu i wściekłości wszystkich postaci znakomicie sprawdzają się w roli rozładowującej napięcie amunicji, kiedy rzucane z siłą o ścianę odbijają się od niej z głuchym, martwym jakby łupnięciem. Co z tego, że ciepłe, żółte światło znakomicie imituje zachodzące, południowe słońce, a autentyczna architektura małej sceny ze schodami prowadzącymi do innych, niewidocznych pomieszczeń bardzo uprawdopodobnia wrażenie, że oto patrzymy na jakieś prawdziwe wnętrze? Co z tego, że troje aktorów (bo to minimalna liczba osób tworząca dżamę) jest autentycznie dobrych w tym, co robią? Pozwalają mówić postaciom, znikając zupełnie w ich historiach tak, że ich grę można uznać za niewidoczną, subtelną, stonowaną.

Może co prawda nieco irytować Haba jako Mirka, ale to autor ustawił ją w takich idiotycznych sytuacjach: matka próbująca przedostać się na tereny wojny, by odszukać dziecko, robi sobie zdjęcia na tle ładnego krajobrazu czy też martwi się, że zasięg Internetu jest zły. Poza tym Kamza wyposażył jej postać w wiele stereotypowych cech matki i Polaka. Jako matka jest nadopiekuńcza i infantylizująca swoje dorosłe już dziecko, które źle wychowała, przez co syn wdał się w podejrzane towarzystwo. Jako Polka z kolei – tłumaczy każde swoje zachowanie traumatyczną historią Polski, okazuje się być ksenofobią, która gardzi Palestynką (choć jak się okaże w finale, jej syn pochodzi ze związku z „ciapatym” i dlatego był w kraju rodzinnym, Polsce, szykanowany), oraz ignorantką, gdyż jest przekonana, że tylko Izraelczycy zabijają na Bliskim Wschodzie. Haba tę jednowymiarową stereotypowość wydobyła bardzo sprawnie, operując w swojej grze gdzieś między prostotą, naiwnością a głupotą.

Zdarzyła się także w tym przedstawieniu scena chyba niezamierzenie groteskowa, kiedy John odnajduje w wodzie zwłoki rosyjskiego oficera, które posłużyć mają im za przepustkę przez granicę. Anglik postanawia odrąbać ciału głowę przy pomocy żółtej pływackiej płetwy. Widzimy, jak wali plastikową krawędzią w owinięty w czarny foliowy worek kształt. Jakiś skutek udaje mu się osiągnąć, skoro nagle odskakuje i pyta, czy to było oko. Rozumiem, że takie barbarzyńskie zachowanie miało służyć zobrazowaniu determinacji całej trójki, by przejść przez granicę, ale efekt przewalania ciała w worku, a potem walenia w niego płetwą był raczej komiczny i makabreskowy.

Kamza nazwał swój utwór „półkasydą”. Jak możemy przeczytać w programie, w Słowniczku pojęć użytych w przedstawieniu, „kasyda” – to „poemat celowy, klasyczna forma poezji arabskiej, powstała w Arabii w VI wieku”. Dlaczego jego tekst to „półkasyda”? Bo półpoemat? półcelowy? Jak uczy filozofia, nie można tylko trochę wyskoczyć z pociągu, a półkasyda okazała się być półśrodkiem do jakiejś półprawdy o konflikcie na Półwyspie Arabskim. Jeśli natomiast chodzi o poezję, to mnie jako podsumowanie spektaklu, ze względu na wydobyty na pierwszy plan wątek matczynej troski o dziecko, przyszedł do głowy całkiem inny utwór:

Oh mother tell your children Not to do what I have done Spend your lives in sin and misery In the House of the Rising Sun. Joanna Ostrowska, teatralny.pl, 28.04.2017 r.
walk_icon Wirtualny spacer