Repertuar

Czasami księżyc świeci od spodu

Scenariusz, reżyseria i ruch sceniczny: Paweł Wolak, Katarzyna Dworak (PiK)

Premiera:

Czas trwania: 90 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Czasami księżyc świeci od spodu to ostatnia już część tryptyku „opowieści wiejskich”, zrealizowanych na scenach teatrów w Legnicy i Zielonej Górze przez twórczy tandem PiK. Chociaż każda z części jest odrębnym, samodzielnym bytem dramatyczno-teatralnym, łączy je wiele zabiegów tematycznych i formalnych. Przede wszystkim miejsce zdarzeń – wieś: mała, odległa geograficznie i mentalnie od współczesnego świata, będąca sama dla siebie kosmosem, w którym, jak w soczewce, ogniskują się i powiększają ważne zagadnienia ludzkiej egzystencji, tragiczne dylematy wyborów moralnych, w którym natężenie emocji sięga klasycznych greckich tragedii. Ale nie są to te tragedie. Jak chcą autorzy, są to „tylko” wiejskie opowieści, jakich można wysłuchać zimą w dobrze ogrzanej chłopskiej kuchni. Ich protagonistami nie są bogowie i herosi, ale Jaśki, Baśki, klienci sklepu sprzedającego „na zeszyt” czy pazerni na grosz proboszczowie. Dramaty bohaterów przeplatają się tu ze scenami intermediów o iście średniowiecznym rodowodzie, realia trudnego życia – z odwiecznymi wierzeniami, wysoki ton dyskursu z Bogiem – z przaśną seksualnością. Wszystko to powoduje, iż twórcy trylogii zmuszają nas do ujęcia przedstawionego świata w balladowo-moralitetowy nawias, co – paradoksalnie – nie oddala nas, a zbliża do prawdy o ludzkiej naturze i losie. Chociaż, jak pisze Joanna Sobolewska (Polityka 2016, nr 30), „od kilku lat coraz wyraźniej widać, że to, co najciekawsze w nowej polskiej literaturze, to opowieści o wsi, której już dawno nie ma.” No tak, są łazienki, kostki Bauma w obejściach i internet, prawie nie ma świń, nawet ziemia, od wieków będąca największą świętością, idzie pod zabudowę koszmarnych „dworków” – ale jest to nadal ważne dla naszej świadomości miejsce. Pierwsza część tryptyku Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak Ziemia śliska od traw. Jak to diabeł wsią się przeszedł mówi o złu, pleniącemu się w ludzkich duszach; druga: Gdy przyjdzie sen – tragedia miłosna – o uwznioślającej i niszczącej potędze tego uczucia. W obecnej, ostatniej, dominuje konflikt rodzinny, ale – podobnie jak w całym cyklu – jest to za każdym razem celnie trafiająca w emocje widzów opowieść o życiu przeciekającym między palcami, o bezowocnym buncie wobec losu, jaki przypadł nam w udziale, o samotności w gromadzie i świecie widzianym z odwróconej perspektywy, jak w balladzie Mickiewicza Świteź:

„Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice,
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,
I dwa obaczysz księżyce. […]
Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,
Dna nie odróżnia od szczytu,
Zdajesz się wisieć w środku niebokręga
W jakiejś otchłani błękitu.”

OPOWIEŚCI WIEJSKIE
To nie jest wieś
To kawałek świata wyjęty
Powiększony i wykrzywiony
To nie jest reportaż z dużego formatu
Nie znajdziesz tutaj ziemi trawą porośniętej
Tutaj trawa jak stare pakuły lalkę
Ludzi wypełnia
Szumi
Szeleści
Zasnąć
Żyć spokojnie
Nie pozwala
I nie można uciec
Od nierzeczywistości

Scenariusz, reżyseria: Paweł Wolak i Katarzyna Dworak (PiK)
Scenografia: Piotr Tetlak
Kostiumy: Katarzyna Tomczyk
Muzyka: Jacek Hałas
Wykonanie muzyki na żywo: Artur Krawczyk „Gaja”

fot. Adaś Hanuszkiewicz

Spektakl bierze udział w 23. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Ogólnopolski Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej ma na celu nagradzanie najciekawszych poszukiwań repertuarowych w polskim teatrze, wspomaganie rodzimej dramaturgii w jej scenicznych realizacjach oraz popularyzację polskiego dramatu współczesnego. Konkurs organizowany jest przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie. W I etapie Konkursu spektakle ocenia Komisja Artystyczna w składzie: Jacek Sieradzki (przewodniczący), Marcin Bogucki, Marta Bryś, Katarzyna Niedurny, Szymon Kazimierczak, Andrzej Lis, Anna Wakulik.

Decyzją Komisji Artystycznej (w składzie: Jacek Sieradzki-przewodniczący, Marcin Bogucki, Marta Bryś, Szymon Kazimierczak, Andrzej Li, Katarzyna Niedurny, Anna Wakulik) i Komisji Finansowej (w składzie: Ewa Kwiecień, Anna Sapiego, Bożena Sawicka, Hanna Trzeciak) 23. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, Lubuski Teatr im. Leona Kruczkowskiego w Zielonej Górze otrzymał częściową refundację faktycznie poniesionych kosztów przygotowania premiery spektaklu „Czasami księżyc świeci od spodu” Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak.

logo-okwpsw-kopia

it_logo_prev

mkidn_01_cmyk

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Bóg wszystko gmatwa, a potem mówi, że to człowiek jest zły

Tegoroczne Winobraniowe Spotkania Teatralne w Zielonej Górze rozpoczęła premiera „Czasami księżyc świeci od spodu" ostatniej części „opowieści wiejskich" - tryptyku Pawła Wolaka i Katarzyny Dworak. Trzeci spektakl z cyklu, jak każdy z poprzednich opowiada odrębną historię. Poznajemy ją uczestnicząc w rozmowie głównego bohatera-Jaśka z Bogiem. Wierzy on bowiem, że Bóg za dużo ma na głowie, żeby w ogóle wiedzieć o jego istnieniu.

Z tego powodu przedstawia mu historię swojego rodu. Dzieje się ona również na bieżąco, kiedy nadchodząca śmierć ojca zmusza do spotkania dwóch braci – Jaśka, który kierowany poczuciem obowiązku wobec rodziców nie jest w stanie wyrwać się z jedynego świata, który zna i Pawła wykorzystującego daną przez los szansę i układającego sobie życie w dużym mieście.

Ich zetknięcie się po wielu latach staje się okazją do rozmowy na temat długo skrywanych krzywd i poznania prawdy o sobie nawzajem. Śmierć ojca spowoduje również, że Jasiek będzie chciał poprowadzić swoje życie na zupełnie nowe tory. Ta historia, zupełnie jak w życiu, nie zakończy się jednak klasycznym happy endem. Nie jest to bowiem Disney'owska baśń, a „wiejska" opowieść. Absolutnym atutem spektaklu jest to, jak dogłębnie autorzy rozumieją mechanizmy rządzące przedstawionym światem. Mimo ciężaru tematycznego nie ma tu klimatu tragedii. Trudne losy bohaterów przeplatają się z często zabawnymi, luźnymi scenami. Ich życie po prostu toczy się na scenie. Widzimy tu wszystkie typowe i znaczące elementy wiejskiej rzeczywistości: proboszcza będącego niewątpliwym, ale znanym ze swoich słabości autorytetem czy sklepową reprezentującą majętną część wsi - kobietę obrotną, grubiańską i krzykliwą przez co również nieco śmieszną. Jest też miejscowa banda, której ulegają co słabsi i mniej zaradni mieszkańcy.

Głównym, a tak naprawdę jedynym elementem scenografii jest metalowa, okrągła klatka przypominająca wybieg dla lwów. Oddziela ona miejsce wydarzeń od pustej przestrzeni sceny. Tak wymyślona scenografia jest również swoistym instrumentem muzycznym. Poprzez przymocowane do sklepienia klatki naczynia (niczym w wiejskiej chacie) każdy ruch aktorów wywołuje falę dźwięków, którymi twórcy posługują się do budowania napięcia. Niewątpliwe ukłony za skonstruowanie tak nietypowego środka ekspresji należą się autorowi scenografii - Piotrowi Tetlakowi. Oprawę muzyczną spektaklu stanowi (również) muzyka perkusyjna na żywo w wykonaniu Artura Krawczyka (Gai). Spośród kostiumów przygotowanych przez Katarzynę Tomczyk uwagę zwracają stroje pozornych żałobników, czyli miejscowej szajki. Szare dresowe spodnie i bluzy z czerwonymi elementami wyróżniają się pośród raczej stonowanych, najczęściej czarnych ubiorów pozostałych postaci. Dzięki nim od samego początku widz wyczuwa jaki charakter będzie mieć ich obecność na scenie. W „Czasem księżyc świeci od spodu" na uwagę zasługuje świetna forma zespołu aktorskiego Lubuskiego Teatru. Wyróżnia się tutaj kreacja Jaśka zagrana przez Ernesta Nitę. Stworzył on bardzo prawdziwą postać wiejskiego mężczyzny, który nie miał szansy wyrosnąć z roli syna i młodszego brata, człowieka pogardzanego za swoje pochodzenie, za brak wykształcenia i majątku, rozgoryczonego, a jednocześnie tym rozgoryczeniem zbuntowanego wobec otaczającego go świata. Jasiek chciałby pójść w nieakceptowane wcześniej ślady brata Pawła, żeby w sprzyjających okolicznościach móc coś w końcu zmienić, stać się panem własnego życia.

Jego wyjaśnianie własnego pochodzenia przed Bogiem, to nie rozpamiętywanie dawnych cierpień i upokorzeń, a jedynie próba zrozumienia tego, co spowodowało, że historia jego rodziny potoczyła się tak, a nie inaczej. Co było przyczyną, że jego ojciec stał się tak trudnym i wyniszczającym człowiekiem. Rozmowy z bratem wyjaśnią mu również, dlaczego ten nie przyjechał, nie pomógł własnemu młodszemu bratu. Dużo łatwiej jest bowiem wybaczyć wyrządzone krzywdy, kiedy rozumie się postępowanie drugiego człowieka.

Przedstawiona saga rodzinna osadzona jest w konkretnych wydarzeniach historycznych. Trudne tematy relacji polsko-ukraińskich oraz polsko-niemieckich, nie są tu podjęte w celu wzniecenia dyskusji, czy wspominania polskiej martyrologii. Uświadamiają, że historii takich jak ta działo się wiele. W każdej wsi, w rodzinach, w domach krążą podobne opowieści i są zwykłą, choć często skrywaną częścią życia.

Pierwsza premiera tego sezonu w Teatrze Lubuskim jest niewątpliwym sukcesem. "Czasami księżyc świeci od spodu" zmusza widza do zatrzymania się i refleksji nad własną historią. Jest spektaklem przemyślanym - sprawnym, emocjonującym, a przede wszystkim angażującym co, jak wiemy, nie tak często wydarza się w sztuce.

Tym spektaklem, jego autorzy Paweł Wolak i Katarzyna Dworak zamykają temat. Sądzę jednak, iż nie zamykają się oni na swoje przemyślenia, na wrażliwość na otaczający ich i nas świat. Życie i życiowe doświadczenia, umiejętność wnikliwego patrzenia oraz kolejny sukces tej interesującej pary autorów beż wątpienia spowodują, że jeszcze nie jeden raz przeżywać będziemy chwile tak ciekawe i tak pełne emocji jak podczas zielonogórskiej piątkowej premiery.

dziennikteatralny.pl, 07.09.2016 r.

****************************************************************************************************************

W Lubuskim Teatrze opowieść wiejska nr 3: Nie zaznasz spokoju pod emaliowanym niebem

Potwornie hałasują garnki i patelnie na suficie klatki Jaśka, kiedy bohater sztuki „Czasami księżyc świeci od spodu” wadzi się z Panem Bogiem.

Pomysł z klatką, która za sprawą scenografa Piotra Tetlaka, wyrosła na scenie Lubuskiego Teatru, jest genialny. Raz - miejsce uwięzienia Jaśka (Ernest Nita w pełni aktorskiej formy), który został przy umierającym teraz ojcu. Na skarb gdzieś zakopany liczy. Podobnie jak na miłość... Dwa - wyłożony garnkami, rondlami i patelniami sufit klatki ogranicza, grozi i przytłacza. Ciężarem żelaza czy aluminium. Ale też grzechem i winą rodzinną, która ciągnie się za Jaśkiem jak jakieś genetycznie wdrukowane fatum.

Trzy - metalowa klatka to gotowe instrumentarium. Wystarczy, że Jasiek na dach wyjdzie, wstrząśnie żelastwem - hałas potworny. A jak jeszcze wiejska chuliganerka młotkami pomoże - mamy porażającą suitę. To ten rodzaj „zabawy” z dźwiękiem i rytmem, za którą mogliśmy autorsko-reżyserski duet autorów Paweł Wolak - Katarzyna Dworak pokochać już przy ubiegłorocznej zielonogórskiej realizacji - „Gdy przyjdzie sen – tragedia miłosna”. Tu dochodzi jednak jeszcze Artur „Gaja” Krawczyk (z zespołu Kormorany), obecny na scenie nie tylko (jak się okaże), by na żywo dźwiękami ze swej perkusji „ingerować” w akcję. Swoim najnowszym spektaklem Paweł Wolak i Katarzyna Dworak zamykają trylogię „opowieści wiejskich”, które „sielskiej krainie” się wymykają. Choć „Czasami księżyc świeci od spodu” ma dużo świetnie podpatrzonych akurat na wsi obrazków rodzajowych. A choćby ten z proboszczem-myśliwym, który ustami poucza, a rękę na banknot nadstawia (do zapamiętania rola Jerzego Kaczmarowskiego). To znów sklep, w który klatka „cudownie” się przemienia, gdy tylko w progu stanie jego królowa (kapitalna Elżbieta Donimirska) i flaszkami w skrzynce wstrząśnie. To znów niespełniona, acz pełna napięcia miłosna relacja Jaśka z Baśką (ujmująca Anna Haba), którą naznacza czasem chlast w twarz, a temperaturę ma wysoką. Najbardziej iskrzy na linii Jasiek - Paweł, gdzie wyciszona postać w kreacji Lecha Mackiewicza, kontrastuje z szamoczącym się z klatką i losem młodszym bratem. Gdzie miastowa żona Pawła (Tatiana Kołodziejska w żywiole humoru), potrafi „zgasić” miejscowych. To wizyta brata z rodziną działa na Jaśka niczym zapalnik. Bohater eksploduje buntem, a potem... Jest w „Czasami księżyc świeci od spodu” przywołana historia (hitlerowska okupacja, rzeź wołyńska), ale nad motywem dziedziczenia ciężaru krwawej traumy, dozgonnej roli zakładnika przeszłości, górę bierze kwestia wiary. Oczywiście w Boga, ale też w mit rodzinny, którego Jasiek staje się wyznawcą i ofiarą. „Czasami księżyc świeci od spodu” to spektakl Ernesta Nity, który nie schodzi ze sceny. Wraz ze swym bohaterem ewoluuje. Z hałasującego na dachu swego domu strażnika mitu staje się człowiekiem, który uświadamia sobie bezsens samoograniczenia. Zamknięcia się w klatce obezwładniających urojeń. Próbuje więc coś zmienić... Czyżby za późno? Paweł Wolak i Katarzyna Dworak kolejny raz pokazują, jak zręcznie potrafią wpleść w tragedię humor (choćby motyw elektrycznego czajnika). Że dramat i komedia są współlokatorami (przecież nie tylko na scenie). I jak wciągnąć widza do teatralnej klatki, by został w niej do końca spektaklu. Gazeta Lubuska, Zdzisław Haczek, 16.09.2016 r.

****************************************************************************************************************

Domknięcie losu Ostatnią część swojego wiejskiego tryptyku Czasami księżyc świeci od spodu Katarzyna Dworak i Paweł Wolak zrealizowali ponownie w zielonogórskim Teatrze Lubuskim. Będąc absolutnie zachwycona ich poprzednim spektaklem Gdy przyjdzie sen. Tragedia miłosna, z góry cieszyłam się na kolejną odsłonę. Może mój zachwyt tamtym przedstawieniem i chęć, by ponownie wejść w tamten klimat, spowodowały, iż ostatnia część tryptyku początkowo mnie rozczarowała – tym, że była tak inna w stylu od jej poprzedniczek. To początkowe rozczarowanie szybko jednak ustąpiło, może już nie zachwytowi, ale uznaniu dla kolejnego bardzo porządnie zrobionego przedstawienia.

Pomyślałam, że duet PiK postąpił bardzo mądrze i odważni,e odchodząc w swojej inscenizacji od tego, co wcześniej się sprawdziło i zyskało uznanie. Dramaturdzy i reżyserzy zamiast eksploatować wypracowaną przez siebie formę – zarówno literacką, jak i sceniczną, postanowili zaprezentować coś odmiennego. Choć ta inna forma spektaklu początkowo bardzo przypominała tradycyjny teatr obyczajowy z realizmem psychologicznym tłumaczącym działania postaci, wraz z biegiem akcji została uzupełniona o całkiem inny wymiar, nieobecny we wcześniejszych częściach „opowieści wiejskich” – o humor i komizm. To właśnie one nadały przedstawieniu w pewnym momencie oddechu i głębi; dzięki nim, a nie „realizmowi magicznemu”, jak w poprzednich częściach, opowieść znów stała się czymś więcej niż tylko historią o tym, co wydarzyło się w pewnej wiejskiej rodzinie.

Kiedy wkraczamy na widownię, akcja na scenie już trwa – jacyś ludzie chodzą, słychać stuki, łomoty; lecą iskry. Nie sprawia to wcale wrażenia wiejskiego otoczenia, tylko raczej wprowadza klimat industrialny. Na środku sceny, bliżej proscenium stoi wielka, graniastosłupowa, metalowa klatka, to wewnątrz niej dziać się będzie większość akcji. Pierwsza scena sprawia wrażenie, jakbyśmy odnaleźli Jaśka (Ernest Nita) tam, gdzie go zostawiliśmy pod koniec Gdy przyjdzie sen… – w więzieniu. Podobnie jak w końcowych kwestiach poprzedniej części Jasiek znów dyskutuje z Bogiem. Lecz ta kontynuacja jest tylko pozorna – klatka to nie więzienie, w którym został za nie swoje zbrodnie zamknięty Jasiek, a ten Jasiek (choć grany przez tego samego aktora) to już całkiem inny bohater: nigdy nie miał żony, nikt nie zginął z jego powodu. Ten Jasiek mieszka w jakiejś odległej wsi razem z ojcem, który właśnie kona. Wraz z rozwojem akcji okazuje się, że klatka to dom, ale ten dom to także pewien rodzaj więzienia. Rozmowa z Bogiem tego Jasia też dotyczy czegoś trochę innego: już nie narzeka, że swoimi decyzjami Bóg kolejnemu człowiekowi zmarnował życie, lecz próbuje być bardziej konstruktywny: sugeruje, by Bóg najpierw pozwolił człowiekowi na jakieś próbne życie, a dopiero potem dał mu przeżyć to właściwe, za które zostanie przez Boga rozliczony.

Autorowi scenografii Piotrowi Tetlakowi udało się zbudować przestrzeń bardzo odmienną od tych, w jakich rozgrywała się akcja poprzednich części, a równocześnie w sposób bardzo przekonujący oddającą klimat biednej, starej chałupy. Ta metalowa konstrukcja jest surowa i prosta, a do jej sufitu przyczepiono stare, poobtłukiwane emaliowane miski i garnki. Wewnątrz niej stoi tylko łóżko, stół, taboret, wiadro. Nie są to tylko niezbędne rekwizyty, wydają się rzeczywiście jedynym wyposażeniem tego męskiego domu, który jest zaniedbany i mało przyjazny, przez swoje siatkowe ściany niedający także poczucia bezpieczeństwa. Kiedy Jasiek chce się z niego wyrwać, wychodzi na górną platformę, jest wtedy jakby zawieszony między ziemią, od której ucieka, a niebem, gdzie jest jedyny ten, któremu Jasiek może powierzać swoje myśli. Większość akcji jednak dzieje się tam, we wnętrzu klatki. Na moment przestanie być ona domem, a stanie się sklepem w drugiej, bardziej komicznej części przedstawienia.

Początek jest natomiast bardzo realistyczno-obyczajowy: w swoich monologach Jasiek rozprawia się z relacją z ojcem, który sam siebie i swoją rodzinę izolował od wsi. Potem pojawia się jeszcze spór braterski i typowy wiejski konflikt o ojcowiznę. Jasiek wszystkie dziwactwa ojca składa na karb tego, co przeżył on jako dziecko na Wołyniu. Słyszymy więc historię okrucieństw, jakie spotkały ojca i jego rodziców ze strony Ukraińców, ale także historię obojętności i wrogości polskich krewnych, do których uciekli spod rzezi.

W tej części przedstawienia wszystko rozwija się jak w typowym społeczno-obyczajowym przedstawieniu. Jasiek relacjonuje trochę nam, trochę Bogu, swoje życie. Wiemy, że został sam z ojcem, matka zmarła. Potem pojawia się brat – Paweł (Lech Mackiewicz), który po wielu latach wraca do domu na wieść o umieraniu ojca. Paweł uciekł od rodziny, od tamtej pory przysyłał tylko kartki z życzeniami, bez adresu zwrotnego. Teraz przywozi żonę (Tatiana Kołodziejska) i nastoletniego syna (James Malcolm). Historia toczy się w łatwy do przewidzenia sposób: Jasiek wyrzuca bratu, że uciekł i zostawił go samego z ojcem, Paweł broni się, że chciał wrócić po brata, ale ciągle coś mu przeszkadzało. Kiedy ojciec umiera, dochodzi to tego jeszcze spór o spadek. Bożena, żona Pawła, uważa że bracia powinni się wszystkim podzielić, Jasiek natomiast jest przekonany, że wszystko należy się jemu, skoro brat wyrzekł się swojego tutejszego życia. Ta część jest porządnym, rzetelnie zagranym spektaklem, bez zaskoczeń, fajerwerków, ale i bez żadnych potknięć. Akcja toczy się głównie dzięki dialogom, jest dość statyczna. To głównie opowieści o przeszłości: o uczuciach i wydarzeniach, wygrywane niemal wyłącznie w słowach oraz długich pauzach, które mają sugerować niemożliwość zakomunikowania wszystkiego, co by się chciało, i jakąś niewypowiadalną głębię, którą lepiej omijać. W tej części jedyną sceną, która raczej z powodów pozateatralnych wywoływała wesołość, była rozmowa Jasia z księdzem (Jerzy Kaczmarowski), który odmawiał pochówku ojca, ale odpowiednie zadośćuczynienie w banknotach złagodziło jego stanowisko.

Coś się jednak zmienia i przełamuje w scenach, jakie następują po scenie pogrzebu. Po pierwsze wraca znany z wcześniejszych części tryptyku sposób prowadzenia narracji, w którym postacie zaczynają opowiadać o sobie jakby w trzeciej osobie – relacjonują własne doświadczenia i przeżycia. Tak dzieje się w scenie z Basią (Anna Haba), która opowiada Bożenie o dziewczynie Jasia, bardzo długo zatajając, że chodzi o nią samą. Poza tym śmierć ojca to dla Jaśka wyzwolenie – teraz może wreszcie zacząć układać sobie życie. Najzabawniejszą, a zarazem bardzo ludzką jest scena, w której Jasiek prosi Boga, by dał mu znać, z którą dziewczyną powinien się związać: czy na jakieś dziesięć lat z wystrzałową Olą (Joanna Koc), czy też na całe życie z wpatrzoną w niego, ale za to przeciętną Basią, którą już zdążył skompromitować we wsi (swoją drogą jakiej odpowiedzi spodziewał się od chrześcijańskiego Boga?).

Jasiek ustawia tak całą sytuację, by siła wyższa potwierdziła jego własne chętki – wybierze Basię, jeśli Bóg włączy czajnik elektryczny, jeśli nie – będzie się starał o Olę. Sam nie wierzy, że to może się stać, więc jest prawie pewny, że to tę drugą Bóg-czajnik rekomenduje. Ponieważ czajnik się nie włącza, Jasiek rusza w konkury. Ta rozmowa z Bogiem o kobietach i kolejne dotyczące „zalotów” są przez Nitę rozegrane subtelnie komediowo. Nie ma w nim już nic ze zgorzkniałego filozofa wadzącego się z Bogiem, jest napalony szczeniak, do którego nie dociera, że nie ma już szans u żadnej z dwóch kobiet. Twórcy idą jednak o krok dalej – w scenie ze sklepową – matką Oli – wchodzą w klimaty wręcz farsowe. Sklepowa bezustannie drepcze ze skrzynkami i w zasadzie ma tylko jedno do powiedzenia – wygania swoją, mówiąc językiem młodych, bardzo „wylaszczoną” córkę do domu, a Jasiek gania za nią wewnątrz klatki jak uwięziony zwierzak. Sprawa się jednak komplikuje, kiedy Paweł zauważa, że Jasiek ma popsuty czajnik, bo się sam włączył. I Jasiek wraca do sklepu starać się tym razem o Basię. To rozpięcie nastrojów od ponurej obyczajowości i okrutnego dramatu po niemal farsę sprawia, że spektakl nabiera wielowymiarowości, pokazując, że ludzkie życie jest bardziej zróżnicowane i nie sposób oddać go czy też patrzeć na nie, korzystając z tylko jednego rodzaju teatru.

Przedstawienie nie ma może już tej siły, jaką miało Gdy przyjdzie sen…, ale ogląda się je bardzo dobrze. Niewątpliwy udział mają w tym aktorzy na czele z rewelacyjnym Nitą, który spaja całe przedstawienie. Z łatwością przechodzi od jednego sposobu gry do drugiego i jest w każdym z nich bardzo przekonujący. Swoją wszechstronność aktor pokazał już w wielu spektaklach na zielonogórskiej scenie, ale Czasami księżyc… zdecydowanie jest jego popisem. Bardzo dobrze partneruje mu Lech Mackiewicz, choć on jakby na przekór w scenach o odmiennym klimacie jest taki sam – zrównoważony, powstrzymujący emocje, opanowany. Scena obiadu pokazuje jednak, że ten spokój jest w przypadku Pawła czymś sobie narzuconym i byle przeszkoda może go znienacka zburzyć.

Cały dramat postaci ze spektaklu wydaje się zbudowany na traumie rzezi wołyńskiej. Drastyczne fragmenty historii rodziny, jakie przedstawia nam Jasiek, pochodzą z zeszytu, który znalazł w pokoju ojca. Jest przekonany, że to świadectwo z pierwszej ręki. Ale, jak mówi poeta, things are never quite the way they seem. Okazuje się, że narracja, na której zamierzał zbudować swoją przyszłość Jasiek i która była dla niego wyjaśnieniem tego, co kształtowało życie jego rodziny, to młodzieńcze dzieło Pawła, który spisując to, jak wydawało mu się, że mogło wyglądać życie w czasie wojny, próbował się zbliżyć do ojca. Ojciec skwitował jednak historię stworzoną przez syna słowami: „Gówno wiesz, co stało się impulsem dla Pawła do opuszczenia na lata rodzinnej wsi”. A jak było naprawdę? Tego ani Paweł, ani Jasiek, ani my-widzowie nigdy się nie dowiemy. Ten kolejny zwrot akcji w spektaklu odmienił całą jego wymowę: oto znów złośliwy Bóg zatriumfował, bo rozliczać będzie Jaśka z życia, które tamten budował na fałszywych przekonaniach. I tak oto Jasiek ponownie przegrywa, a liczyć może wyłącznie na zmiłowanie na tamtym świecie. Na tym wszystko rozegrał nie tak jak trzeba.

Szkoda mi, że przyszła pora pożegnać się ze światem stworzonym przez duet PiK. Mimo iż każdy ze spektakli był odmienny i treściowo, i estetycznie, i inscenizacyjnie, razem zbudowały fascynującą i przejmującą opowieść o nieuniknionym tragizmie ludzkiego losu, który tylko czasem bywa okraszony odrobiną gorzkiej komedii. Joanna Ostrowska, teatralny.pl, 05.10.2016 r.

walk_icon Wirtualny spacer