Repertuar

Bestia

Malina Prześluga

Reżyseria: Przemysław Jaszczak

Premiera:

Czas trwania: 75 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

Wszyscy znamy amerykańskie musicale dla młodzieży, których akcja toczy się w szkole. Ale czy da się zrobić musical o polskiej szkole? Nie będzie w nim brzydul w okularach, które zostają królowymi balu. Nie będzie nawet balu. Nie wystąpi żaden mięśniak z drużyny futbolowej, ani jego cheerleaderki. Nie będzie lovestory ani od zera do bohatera story. Nie pojawi się ani jeden przystojny wampir. W ogóle żaden wampir. Będą za to kicie. I głąby. I kilku bladych smutasów. Będzie jedna grzeczna. I, oczywiście, Bestia. Bestia jest tajemniczy i milczący. Nosi kolorowe skarpetki do sandałów. Boją się go wszyscy, dopóki w klasie nie zjawi się Nowa… W musicalu o polskiej szkole momentami może być śmiesznie. Chwilami głupkowato. Ale czasem będzie gorzko i zupełnie na serio, bo nikt tu nie zamierza nikogo oszukiwać. A bestii być może jest dużo więcej.

Reżyseria i opracowanie muzyczne: Przemysław Jaszczak Scenografia, projekcje: Mateusz Mirowski Kostiumy: Adam Królikowski Muzyka, przygotowanie wokalne i opracowanie muzyczne: Krzysztof Domański Ruch sceniczny: Piotr Soroka Asystent choreografa: Kinga Górska Asystent reżysera: Joanna Wąż

Produkcja spektaklu w ramach projektu „Teatr nie gryzie – spróbuj go oswoić” dofinansowanego ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz przy pomocy finansowej Urzędu Marszałkowskiego w Zielonej Górze. Patronat medialny: Gazeta Lubuska, Nasze Miasto Patronat informacyjny: Radio Zachód i Radio Zielona Góra

Foto: GOPHOTO.PL

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Każdy hoduje w sobie bestię. Nie karm jej!

Drżałem z niepokoju, kiedy Joanna Wąż (w czarnej bujnej peruce, w sukience-mundurku niby z amerykańskiej szkoły, niby z japońskiej mangi) wyszła na scenę i przedstawiła się morzu nastoletnich głów na widowni: - Jestem Wanda Sandał! Rzędy zakołysały się od śmiechu.

Ale tak ma być. "Bestia" - sztuka Maliny Prześlugi, którą w Lubuskim Teatrze wyreżyserował Przemysław Jaszczak - tak właśnie działa. Proponuje młodym widzom: ponabijajmy się ze szkoły. Z klasowych kociaków (Alicja Stasiewicz, Joanna Koc). Ze smutasów z subkulturowymi grzywkami emo (James Malcolm, Radosław Walenda). Ze szkolnych chuliganów (Aleksander Stasiewicz) czy innych "głąbów". Z egzaltowanych nauczycielek też (kto Tatianie Kołodziejskiej przypiął te balony? Wulkan komizmu! Gratulacje!). Do tego spektakl atakuje potęgą ekranu (pomysłowe animacje), "uwodzi" musicalową piosenką i choreografią, ale z przymrużeniem oka. To nie jest amerykański film! "Nowej", czyli Wandzie Sandał, nie pomoże Edward ze "Zmierzchu" ani inny przystojny wampir... Bo pomiędzy szkolną zgrywą czy rzuconym trochę pod publiczkę "brzydkim wyrazem", duet Prześluga-Jaszczak przemyca to, co najważniejsze: dorastanie młodych ludzi w bólu i w masce-pozie, które mają nieco znieczulić trudny czas "cięcia się", pomóc w zdobyciu aprobaty grupy. I nagle śmiech zamiera. Bo "Grzeczna" (A. Stasiewicz) wyśpiewuje swoje cierpienie. Bo "Emo" w kreacji Radosława Walendy zasmuca autentycznie. Bo "Bestia" (Robert Kuraś) uświadamia, jak działa mechanizm nienawiści. Jak łatwo, samemu będąc zranionym, hodujemy w sobie bestię, która atakuje innych... Brzmi nieco... dydaktycznie? Ha! Na koniec Joanna Wąż (kreacja zwycięska!) zdejmuje perukę i z pozostałymi aktorkami i aktorami siadają z widzami do prywatnej rozmowy. Mówią im, by byli sobą. By byli szczerzy... To wyznanie warte jest każdej finałowej piosenki. Bestia hejtu musi podkulić ogon. Choć na chwilę.

"Każdy hoduje w sobie bestię. Nie karm jej!", Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska nr 265, 13-11-2015

********************************************************************************************************************************************* Zmyślne rozbrajanie młodzieżowej bomby   Nastolatek w teatrze to gotowy do odpalenia ładunek wybuchowy. Nie znosi żadnej instytucji, a tu dodaje mu się do szkoły, rodziny i paru innych jeszcze jedną – taką, w której trzeba być cicho, zachować pozory bon tonu, a tu ciemność na widowni korci, kusi, prowokuje…

Więc gdy na scenie pojawia się jakaś dorosła kobieta w brunet-peruce, w jakimś mundurkowo-fartuszkowatym „autficie” no i jeszcze w białych podkolanówkach i czarnych pantofelkach (wszystko to pachnie na kilometr przesyconą lolitowatym erotyzmem mangą), no to śmiech na sali! A kiedy jeszcze ta wyperukowana brunet-cizia przedstawia się jako uczennica Wanda Sandał – no to ryk, rechot i jęk, bo żenada.

Ale sprytna dorosła dramaturżka to przewidziała, bo ona planuje kilkanaście ruchów naprzód. I żenada (pardon: żena) wkrótce się skończy, bo tej „dorosłej lasce” (tak sama siebie w tekście nazywa), wyekwipowanej w odpowiednio nastawioną wyobraźnię, akurat tak wyszło, gdy podążała w swoim pisaniu w ślad za wymyślonymi przez siebie od a do zet regułami kompozycji zarąbistego polskiego musicalu dla młodzieży.

Polski musical dla młodzieży… Już samo to sformułowanie w kontekście rodzimych praktyk scenicznych brzmi nieswojsko. Po pierwsze dlatego, że musical jako gatunek nie jest u nas dobrze zakorzeniony i wystawienie go po dziś dzień nie zawsze bywa sukcesem na często jeszcze zasuszonych operetkowo scenach teatrów muzycznych. Po drugie dlatego, że musical dla młodzieży to podgatunek właściwie u nas nieznany, nietestowany i w związku z tym skrzętnie omijany przez teatry muzyczne w obawie przed podjęciem absurdalnego ryzyka. Natomiast realizacja musicalu dla młodzieży w teatrze dramatycznym – to już pachnie ryzykiem wręcz obłąkańczym, stratami finansowymi tudzież moralnymi: obciachem i utratą zaufania młodych widzów. Czyli po prostu na dno zaciągającą z donośnym bulgotem klapą.

A jednak dyrektor Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze Robert Czechowski podjął to potrójne ryzyko. Dlaczego? Jak domniemywam, po pierwsze dlatego, że autorką musicalu z życia gimnazjum pt. Bestia jest Malina Prześluga, która potrafi namierzyć zmiany gustów i wrażliwości młodych niczym radar bazy wczesnego ostrzegania, a potem zaatakować tę wrażliwość precyzyjnie nakierowanymi dramaturgicznymi pociskami. Po drugie dlatego, że zielonogórski zespół jest bardzo sprawny wokalnie, czego w ostatnich sezonach dowiódł choćby w trzech rozbudowanych muzycznie spektaklach (Piaf, grudzień 2013, Ach! Odessa – Mama, grudzień 2014, Gdy przyjdzie sen – tragedia miłosna, wrzesień 2015). Po trzecie dlatego, że na reżysera Bestii Robert Czechowski wybrał sprawdzonego już z powodzeniem dwukrotnie na deskach Lubuskiego Teatru Przemysława Jaszczaka (Kopciuszek, maj 2014, Dziewczynka z zapałkami, luty 2015). I znów się nie zawiódł.

Gdy Wanda Sandał (Joanna Wąż) już się przedstawi, cierpliwie przeczeka wybuchy radosnego rechotu młodych spektatorów i odwróci się do widowni plecami, by odegrać swoje pierwsze zetknięcie z nową szkołą, koleżankami, kolegami oraz panią wychowawczynią, ujawni się wszem i wobec prosty, naoczny fakt: jej „mangowaty” mundurek jest niezwykły, bo z tyłu nie ma normalnego granatowego materiału takiego jak z przodu. Jego plecy uszyte są z półprzezroczystego muślinu. Za chwilę okaże się, że takie same mundurki z półprzezroczystymi plecami mają wszyscy uczniowie i wszystkie uczennice nowej klasy Wandy Sandał. Oprócz tego istotnego szczegółu ich niekonwencjonalne, najwyraźniej teatralne mundurki różnią się od swych życiowych, komiksowych i filmowych pierwowzorów jeszcze czymś: wyposażone są w różne naszywki, które skrótowo oddają charakter noszących je młodych osób obojga płci, a może lepiej: oddają ich zamiłowania. Jeszcze precyzyjniej: ich marzenia o swych wcieleniach idealnych. I tak: dwie „hop do przodu” uczennice (Joanna Koc, Alicja Stasiewicz) w blond perukach – tak samo pokaźnych jak ta Wandy, lecz odmiennych w kolorze – mają z przodu naszyte kocie główki, znane i opatrzone jako podstawowe gadżety-symbole serialu Hello Kitty. W programie spektaklu (i zapewne w dramacie Prześlugi) nazwane są po prostu Kicia 1 i Kicia 2. Z kolei dwaj młodzi samookaleczająco-dołujący się poeci-ponuracy (Emo 1 i Emo 2, James Malcolm, Radosław Walenda) są przyozdobieni pięknymi „jak żywymi” żyletkami, a jeden z osiłkowatych, agresywnych Głąbów, nie ukrywający swego dorosłego zarostu (Aleksander Stasiewicz), ma z tyłu naszyty wilczy pysk.

Zagadką jak na razie jest dla nas tytułowa Bestia (Robert Kuraś), czyli dość niepozorny, niczym się niewyróżniający (no, może oprócz rudej peruki) chłopak.

Wkrótce jednak zapomnimy, i to na długo, o kostiumach, symbolach, o perukach i szczegółach charakteryzacji sugerujących umownie, z wyraźnym przymrużeniem oka, że ci całkiem już dorośli młodzi ludzie to uczniowie i uczennice gimnazjum. Wciągnie nas bowiem w swe tryby ostro podkręcona sceniczna akcja, która przeniesie nas w sam środek nastoletnich obciachów, traum, stresów, szlochów, zgrzytów, fałszów, zdrad i upokorzeń. Malina Prześluga jest bezlitosna i nie szczędzi nam (a przede wszystkim młodym widzom) żadnej boleści, żadnej negatywnej emocji – na scenie odkrywa się przed nami ni mniej, ni więcej, tylko zagęszczony ciąg wydarzeń rodem z gimnazjalnego piekła. Kicie i Głąby wysuwają pazury i obnażają wilcze kły, a Bestia wyraziście udowadnia, że zasługuje na to miano. Młodzi ludzie stają twarzą w twarz z samonakręcającym się, przerastającym ich uniwersum przemocy. Mamy tu przemoc w formie mowy nienawiści, przemoc domową, sieciową, indywidualną i grupową, chamsko-grubiańską i wyrafinowaną. Każda jej wersja jest dojmująco prawdziwa, z życia wzięta i tym boleśniejsza, że dotyka ludzi w fazie formowania, naznaczonej maksymalnym natężeniem wrażliwości i drażliwości w poszukiwaniu finalnej zgody na samą/samego siebie. I my wszyscy na widowni – ci młodzi i ci starsi – wiemy, że ta autoakceptacja nie przyjdzie sama, że potrzebuje czułej, bezinteresownej pomocy z zewnątrz. A tej próżno by szukać w gimnazjum, do którego trafia Wanda Sandał, gdzie koleżanki i koledzy na dzień dobry nadają jej ksywkę „Kapeć” – ot, szkolne, grupowe „przywitanie”.

Wszystkiemu temu „akompaniuje” z wysokości swej edukacyjnej misji oraz (wątłego dość) autorytetu pani wychowawczyni, znakomicie, z wielkim wyczuciem groteski zagrana przez Tatianę Kołodziejską (w programie postać ta określona jest jako Placówka). Jej fałszywie nastrojony „pedagogiczny” falsecik świdruje aparaty słuchu ludzi na widowni i na pewno będzie sennym postrachem uszu wewnętrznych niejednego dorosłego amatora musicali dla młodzieży (u śpiących młodych wywoła raczej tylko uśmiech politowania). Warto przy tej okazji zaznaczyć, że istnym majstersztykiem inscenizacyjnym jest pojedynek Kołodziejskiej-Placówki (przeistoczonej na moment w Dyrekcję) z Joanną Wąż, czyli Wandą Sandał, odegrany (muzycznie oraz scenicznie) jako duet rodem z opery barokowej. Dyrekcja przyozdobiona jest tu wymyślną srebrną peruką w kształcie pokaźnych rozmiarów żaglowca, a wyśpiewywane przez obie panie fioritury podkreślane są wyszukanymi, barokowo rozległymi gestami.

Skoro już mowa o śpiewaniu: od pierwszego, inicjalnego monologu Wandy Sandał do samego końca spektaklu przywoływane są dystansująco tudzież ironicznie amerykańskie musicale i seriale z życia szkoły, będąc tutaj wyidealizowanym, dobrze już utrwalonym w polskiej kulturze masowej wzorcem, do którego powinien się odwoływać każdy porządny rodzimy musical dla młodzieży pokazujący szkolną rzeczywistość. Prześluga, Jaszczak oraz aktorski zespół wciąż, z dużą konsekwencją i takąż dawką gorzkiej ironii ten wzorzec przełamują, negują, nicują, bo chcą pokazać jego drugie dno, nie tylko rodzime, rodem z polskiego piekiełka, lecz – jak sądzę – uniwersalne.

Ale musical must go on, więc są tu także piosenki, bardzo dobrze napisane (prosta, lecz oryginalna linia melodyczna), uzupełnione pomysłowo opracowaną, „po szkolnemu” nieskomplikowaną choreografią. Tyle że… Aż nie chce się wierzyć, by wokalna forma zielonogórskich aktorów i aktorek aż tak się pogorszyła w ciągu kilku ostatnich miesięcy! Ze sporym niedowierzaniem, podszytym dziwnym podejrzeniem, przyjąłem bowiem fakt, że w niektórych piosenkach aktorki i aktorzy Lubuskiego Teatru po prostu fałszowali! A wspomniane wyżej dziwne podejrzenie ma treść następującą: sceniczni wykonawcy grają tu ludzi młodych, więc prowadzący ich muzycznie dwaj twórcy: reżyser spektaklu oraz kompozytor Krzysztof Domański polecili im śpiewać w stylu „młodzieżowo-amatorskim”. Innego racjonalnego wytłumaczenia tego szokującego faktu nie potrafię znaleźć.

Piosenki piosenkami, tańce tańcami, ale opisana tu szkicowo spirala przemocy rozkręca się na scenie bardzo szybko, prowadząc do nieuchronnego zdawałoby się (także już wyeksploatowanego przez filmy i seriale) finału: zabicia kozła ofiarnego. W musicalu Prześlugi może nim być Wanda Sandał lub inna dziewczyna, także ciężko pokrzywdzona przez Bestię, określona w libretcie jako Grzeczna (ponownie Alicja Stasiewicz, która gra dwie role). Tymczasem dramaturżka wykonuje tu znaną ze swych innych tekstów narracyjną woltę: oto aktorki i aktorzy zdejmują peruki, ukazując się widzom w swych całkiem już dorosłych wcieleniach. Tyle że nadal mają na sobie te dziwne mundurki, łączące ich z granymi przed chwilą postaciami. Istniejąc wobec nas w tej hybrydalnej formie, wypowiadają do młodych ludzi na widowni swoje własne, dorosłe przesłanie (tyle że tekst jest autorstwa Prześlugi – dobrze zakomponowany, intelektualnie i dramaturgicznie poukładany, więc ta ich „prywatność” ma jednak wciąż charakter mocno sceniczny). Ale tym razem, w odróżnieniu np. od poznańskiej Stopklatki, wcale mi to nie przeszkadza. Mądre słowa o trudnym, żmudnym, ale pięknym dochodzeniu młodych do samoakceptacji same są przeniknięte mądrym, dorosłym zrozumieniem dla młodzieńczego, skrajnie trudnego fragmentu ludzkiej egzystencji. A ponadto są udanym zwieńczeniem dramatycznych wypadków, które przed chwilą zmierzały do, zdawałoby się, nieuchronnego tragicznego finału.

Bestia będzie prezentowana młodym widzom zamieszkałym poza ośrodkami teatralnymi, bowiem realizacja tego spektaklu włączona jest w projekt Teatr nie gryzie – spróbuj go oswoić. Jestem raczej spokojny o powodzenie tego przedsięwzięcia, bowiem dzieło Prześlugi, Jaszczaka i całego zespołu twórców jest mądre, atrakcyjne scenicznie i mało nachalne pedagogicznie. Mam zatem pewność, że nim młodzi ludzie płci obojga zasiadający na widowniach różnych domów kultury, spędzeni tam przez szkoły, odbezpieczą i zdetonują swoje bomby rechotu, pokasływania i mało parlamentarnych, szyderczych komentarzy, zostaną przez zielonogórską Bestię pokojowo, łagodnie rozbrojeni, a później wciśnięci w fotele, a jeszcze potem finalnie umocnieni w swym poszukiwaniu sensu siebie samych.

 "Zmyślne rozbrajanie młodzieżowej bomby", Juliusz Tyszka, teatralny.pl, 27-11-2015 ********************************************************************************************************************** Witamy w piekle

W musicalu o polskiej szkole nie ma lekkości Broadwayu. Spektakl jest co prawda skonstruowany jak amerykański film. Jak „Beverly Hills 90210” i jak „Zmierzch”. Ale jest koślawy, śpiewany nieczysto, tańczony niesynchronicznie. Bo to jednak polska szkoła, a nie american dream. Ludzie, którzy do niej chodzą są z różnych sfer: Emo, Kicia, Głąb, Grzeczna i Bestia – Michał, który robi ludziom zdjęcia i wrzuca na Facebook. Te wpisy są powodem napiętnowania sfilmowanych, bo migawka chwyta wstydliwe momenty ich życia. Wstydliwe, ludzkie, ale odzierające z pozy, odsłaniające. Nowa w klasie, nazwiskiem Wanda Sandał (Joanna Wąż), dystansuje się wobec reszty, a Bestia (Robert Kuraś) jest dla niej łatwym do rozpracowania chłopakiem, który nosi skarpetki do sandałów. Chce więc, zgodnie z założeniem amerykańskich produkcji, stworzyć front: Sandał & sandał przeciwko światu. Ale sandał nie chce. Co więcej sandał oskarża ją o kradzież, którą sam sprokurował, podrzucając kasę do plecaka. Sroga kara stu godzin czyszczenia stołówki rodzi chęć zemsty. Wanda idzie tropem ofiar Michała, chce stanąć w ich obronie. Czeka ją rozczarowanie, ale i drogocenna nauka. Atmosferę budują elementy scenografii – proste krzesła i ławki, globus, przede wszystkim zaś wykorzystane w każdej scenie wizualizacje z odwiecznymi portretami wielkich Polaków, wiszące na ścianach każdej szkoły. Zmiany miejsc akcji zaznaczane są zmianą obrazka na ścianie: miejsce przy śmietniku, stołówka, sala gimnastyczna. W dużej części nastrój szkolny buduje również nauczycielka zwana Placówką (Tatiana Kołodziejska). Smukła sylwetka podkreślona jest obcisłym strojem, spódnicą ze zbyt wysokim rozpięciem i niebotycznie wysokimi obcasami. Z dziennikiem pod pachą to wszechwiedzące, najlepsze mniemanie o sobie, wchodzi do klasy namiętnym krokiem. Myśli o sobie, że jest archetypicznym symbolem pożądania, obiektem marzeń sennych Głąbów, Emo i Bestii. Każdego z uczniów wbito w mundurek, każdy nosi go na swój sposób. Kicia (Joanna Koc) – naiwnie wyzywająco, Emo (James Malcolm i Radosław Walenda) – depresyjnie, Głąb (Aleksander Stasiewicz) – niedbale, Grzeczna (Alicja Stasiewicz)– bez właściwości, Wanda – zwyczajnie, Bestia – dyskretnie ekstrawagancko. Fryzury wystylizowane, plecy wyprostowane, amerykańskie uśmiechy. Disney Channel byłby dumny. Zantagonizowani, bezceremonialni w wytykaniu inności, okrutni we wzajemnych ocenach. A z drugiej strony cudownie zjednoczeni wobec zagrożenia; gdy jest klasówka, podpowiedzi słychać ze wszystkich stron. Każda scena „Bestii” jest innym odcinkiem serialu dla młodzieży. – mamy więc o inicjacji seksualnej i rozczarowaniu, o dysfunkcyjnych rodzinach, w których dzieci tęsknią za szacunkiem i miłością, o osamotnieniu wobec zmieniającego się ciała, psychiki i świata. Wanda Sandał jest kwintesencją odczuć, które pojawiają się w procesie dorastania: niepewności, ciekawości, odwagi, dobroci, potrzeby akceptacji, szczerości i honorowych zachowań. A zderza się ze światem, który nigdy nie jest jednoznaczny. Zły chłopak jest tak naprawdę maltretowanym w domu dzieckiem, cicha i potulna dziewczyna terroryzowana w domu przez matkę, klasowe seksbomby po prostu marzą o miłości. A Emo to emo. Każdy typ pokazany na scenie jest stereotypem. Z nich złożona jest historia, o której czytamy gazetach, o okrutnych dzieciach, które niszczą rówieśników przy pomocy zdjęć i materiałów zamieszczonych w internecie. Siłą spektaklu jest dystans. Skoro jesteśmy w teatrze, wszystko jest możliwe. Nawet musicalowe wstawki, które sprawiają, że czujemy się jak w filmie „Grease”: Wanda tańczy z mopem, odklejając gumy z blatów ławek i śpiewa pieśń zagrzewającą do walki o sprawiedliwość. Każda postać ma interludę muzyczną prezentowaną w swoim stylu – Kicia disco, Emo bluesa, Głąb rock. Scena przemocowej rozmowy Wandy z dyrektorką zostaje wyśpiewana w stylistyce osiemnastowiecznych menuetów. Wydaje się, że za chwilę na scenę wskoczy Olivia Newton‑John i zatańczy z Johnem Travoltą standardy o letniej miłości. Ale to jest Polska tu i teraz. I polska szkoła, gdzie gimnazjaliści przybierają stereotypowe role, ukrywając swoje prawdziwe, nieoczekiwane oblicza. U Maliny Prześlugi takie zdjęcie masek bywa bardzo dyskretne, ujawnia się czasem w jednym zdaniu, czasem w zawieszeniu głosu. Ale to wystarczy, żeby obnażyć naiwne wyobrażenia Wandy Sandał, uczyć rozumienia złożoności ludzi i jej akceptacji. Przesłanie spektaklu – bądźcie dla siebie wyrozumiali i dobrzy – szczególnie mocno przebija w finale. Aktorzy zdejmują peruki, ukazują własne, cokolwiek przerzedzone włosy. To „obnażenie się” morduje niestety spektakl. Niszczy elementarne zaufanie zbudowane między sceną a widownią. „Bestia” nie starała się przecież przypodobać publiczności przez całe półtorej godziny. A w ostatnich pięciu minutach schlebia jej, nawołuje do odpuszczenia wszystkiego, do „dania sobie siana”. Aktorzy śpiewają o tym finałową piosenkę, potem ją bisują i jeszcze schodząc ze sceny podczas oklasków z tym morałem na ustach. Można widzieć w tym finale kolejny stopień obnażenia ról: myślicie, że my dorośli twórcy spektaklu jesteśmy tacy fajni, bo mówimy wam, jak jest naprawdę i traktujemy was poważnie. Tak naprawdę jesteśmy i pozostaniemy zrzędliwymi staruchami. Gimnazjum skończyliśmy dziesięć lat temu. Albo też Przemysław Jaszczak, reżyser przedstawienia, postanowił rozdmuchać scenę finałową do granic tolerancji moralizatorskiego tonu zaproponowanego przez Prześlugę. Tak czy inaczej – twórcy spektaklu finałem zniszczyli pracę, którą efektownie i sensownie wykonali.

Ewa Hevelke (autorka jest członkinią Komisji Artystycznej 22. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej)
walk_icon Wirtualny spacer