Repertuar

ACH! ODESSA – MAMA…

Libretto, inscenizacja, reżyseria, choreografia: Jan Szurmiej

Premiera:

Czas trwania: 190 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Plakat

Szczegóły

Odessa była taka jak Łódź. Ziemia obiecana dla wszystkich, którzy chcieli szybko się wzbogacić. Dla kupców eksportujących ukraińską pszenicę oraz dla handlarzy i przemytników korzystających z odeskiej strefy wolnocłowej. A także dla złodziei i bandytów okradających przedstawicieli obu tych grup społecznych. To był właśnie świat Beni Krzyka, legendarnego bandyty. Świat małych, najwyżej trzypiętrowych domów, podwórek zabudowanych najdziwaczniejszymi krużgankami, balkonami i werandami połączonymi drewnianymi, skrzypiącymi schodami. Mieszało się tu wszystko. To tu Benia Krzyk zdobywał sławę, wykonując pierwsze zadania odeskiego bandiugi Froima Gracza, zanim został królem Mołdawanki, a potem całej Odessy… „Ach! Odessa-Mama…” to musical oparty na błatnych (czyli wywodzących się ze światka przestępczego) pieśniach, będących prostą  opowieścią o uczuciach, miłości, honorze, zdradzie, zaprawiony poczuciem humoru. Dźwięki muzyki żydowskiej, rosyjskich romansów, rumuńsko-besarabskich rytmów, turecko-kaukaskich brzmień, czy nostalgiczność kozackich pieśni ludowych tworzą oprawę dla odeskiego półświatka.
Reżyseria: Jan Szurmiej
Przekład piosenek: Wojciech Młynarski,  Aleksander Rosenbaum, Andrzej Zaorski, Roman Kołakowski, Andrzej Ozga, Jan Szurmiej
Libretto: Jan Szurmiej
Scenariusz: Jan Szurmiej
Scenografia: Wojciech Jankowiak
Kostiumy: Marta Hubka
Choreografia: Jan Szurmiej
Muzyka: Hadrian Filip Tabęcki
Przygotowanie Wokalne: Krzysztof Mroziński
 
Foto: GOPHOTO.PL

Terminy

Aktualnie nie gramy tego spektaklu

Obsada

Recenzje

Jaka uwodzicielska ta Odessa...

Lubisz "Skrzypka na dachu”? Podobają ci się niegrzeczne tancerki w filmie "Chicago”? Najnowszy musical Jana Szurmieja w Lubuskim Teatrze - "Ach! Odessa - Mama...” - jest właśnie dla Ciebie.

Po "Skrzypku na dachu” nuciło się "Anatewkę”. Po zielonogórskim spektaklu "Ach! Odessa - Mama...” - mamy do wyboru: wzruszającą "Mołdawankę” (w wykonaniu Romany Filipowskiej - obiecująca nowa postać w zespole Lubuskiego Teatru) albo porywającą "Amerykankę” (w wykonaniu Joanny Wąż, która już w "Piaf” pokazała wokalny talent, a teraz tylko punktuje na plus). Jest w musicalu Jana Szurmieja - reżysera, autora libretta, inscenizacji i choreografii - ten potrzebny w opowieści o społeczności, której już nie ma, ładunek nostalgii. Nawet jeśli była to historia tej mrocznej, bandyckiej (błatnej) strony Odessy sprzed stu lat. Gdzie nie tylko dzielnicą Mołdawanka, ale i całym miastem rządził gangster Miszka Japończyk - w przedstawieniu Benia Krzyk, w kreacji Roberta Kurasia. To Benia ze swoją kompanią, w której jest też jego brat - Lowka Krzyk (Łukasz Kucharzewski z zawadiacką grzywką i odpowiednio przyciętym wąsem), napada, kradnie, strzela. A jak wejdą bolszewicy, będzie próbował się dogadywać z rewolucjonistami... Na zgubę. Nie tylko swoją.

Ta Odessa tętni życiem i jak w życiu miesza się tu wesele z pogrzebem, przelewa się krew niewinna, syn występuje przeciw ojcu, wierność sąsiaduje ze zdradą. Żydowska religijność i obyczajowość przenika się z rosyjską "kulturą władzy” (najpierw carską, potem bolszewicką). Ten tygiel eksploduje pieśnią - filarem musicalu Jana Szurmieja, który już w poprzednich swoich zielonogórskich realizacjach (jak się okazało przebojowych): "Siostrunie” i "Piaf” - zachwycał pomysłami inscenizacyjnymi. Tu rzecz zyskuje na rozmachu.

No i cóż, drodzy panowie - wiem, że się staracie. I to tak, że Janusza Młyńskiego w przezabawnej kreacji Bojarskiego poznać trudno (aktorski popis!). Że zasłużone salwy śmiechu zbiera Waldemar Trębacz jako poturbowany carski funkcjonariusz... Ale panie kradną wam widowisko!

Czy to Anna Haba, wymachująca krwistym sztandarem, czy Joanna Koc, pchająca dziecięcy wózek z czerwoną gwiazdą, czy Beata Małecka w roli burdel - mamy, śpiewającej w jidysz. Czy znów Anna Haba jako Czarny Clown z przejmującą rosyjskojęzyczną pieśnią na ustach... (przepraszam, że wszystkich nie dam rady wymienić) - nasycają widowisko J. Szurmieja to smutkiem, to wzruszeniem, to humorem. A kiedy już jako girlsy w swoich frywolnych kostiumach idą w tany, widownia drży... Skutecznie poustawiał aktorkom głosy Krzysztof Mroziński, co w przypadku wieloletniego szefa zespołu Erato w Zielonogórskim Ośrodku Kultury wcale nie dziwi. Ubrała (czasem rozebrała...) wszystkich 25 artystów odpowiedzialna za kostiumy Marta Hubka, a pracownia krawiecka Lubuskiego Teatru wykonała kawał roboty... Ale jest efekt! Jest git! Jest błat!

Ale żeby nie było zbyt frywolnie... Kiedy Jan Szurmiej przygotowywał w 2012 r. prapremierę "Ach, Odessa - Mama…” w Teatrze Żydowskim w Warszawie, jeszcze nie ginęli ludzie na kijowskim Majdanie, "zielone ludziki” jeszcze nie hasały po ukraińskiej ziemi. Nikt nie myślał, że w maju 2014 r. zginie w Odessie 48 osób... Teraz musical nabrał szczególnego znaczenia. Znamienna jest scena, kiedy mieszkańcy Odessy rytmicznie kołyszą się w wagonie, który wiezie ich do stacji końcowej. Końcowej - dosłownie. Tam już czeka komunistyczny komisarz i jego żołdacy... A przecież wcześniej Arie - Lejb (ujmujący Wojciech Brawer, również asystent reżysera) prosił bolszewickiego oficera, żeby może nie przysyłali im do Odessy "złych ludzi”... Nikt nie słuchał. W finale Benia Król może już tylko usiąść na swym "tronie” pośród nagrobków.
Zdzisław Haczek Gazeta Lubuska nr 295, 20-21 grudnia 2014

****************************************************************************************************************

Zaginiona Mołdawanka

"Ach! Odessa - Mama..." - reż. Jan Szurmiej - Teatr Lubuski w Zielonej Górze

Jeszcze przez cały styczeń widzowie Lubuskiego Teatru im. Leona Kruczkowskiego (w planach jest także sylwestrowa werja spektaklu) będą mogli oglądać muzyczny spektakl Jana Szurmieja, znanego zielonogórskiej widowni z wcześniejszych „Siostruń", pt. „Ach! Odessa – Mama". Musical przywołuje (adaptowaną już wcześniej na potrzeby nie tylko sceniczne, ale i filmowe) historię odeskiego awanturnika, Beni Krzyka, który wiedzie swój hulaszczy żywot od czasów tętniącej etnicznie Odessy aż do „czerwonej granicy", którą wyznaczy leninowski terror.

Mimo epickiego rozmachu (spektakl trwa ponad trzy godziny), historia Mołdawianki – miejsca przemytu i ostatnich „prawdziwych" bandytów, wydaje się fabularnie nierówna. Nie wiem właściwie, gdzie zaczyna się ta historia, a gdzie kończy. Nielinearnie prowadzona jest strona muzyczna i słowna. Są momenty, gdy pieśni jest więcej i w swojej multi-językowości wytrącają widza ze śledzonej fabuły. Mamy tu wprowadzenie w żydowską obrzędowość i prawo, ogląd na burzliwy czas początku wieku. Gdzieś jednak w tym całym zadymieniu (widzowie mogą skosztować wielu egzotycznych zapachów – w tym zapachu prochu z pistoletów) gubią się bohaterowie i historia Mołdawanki. Trudno jednocześnie wskazać, za którą postacią ma widz iść – za Beni Krzykiem (energiczny w grze, ale nie wyrazisty scenariuszowo Robert Kuraś), Lubką Kozak (energiczna Beata Małecka), Mendlem Krzykiem (jak zawsze w formie, ale tu niewidoczny Jerzy Kaczmarowski), Semenem Graczem (wywijający zgrabnie laską Aleksander Podolak), niecnym Tartakowskim, którego Beni obrabuje, świadcząc społeczeństwu przysługę (jak zawsze wewnętrznie uśmiechnięty Marek Sitarski), komendantem CZEKA, Aleksym Feldmanem (poprawny Janusz Młyński) czy symboliczną Mołdawianką, która przemyka tylko jak zjawa (Romana Filipowska)?

Kobiety błądzą to tu, to tam. Ich wątki są mało spójne i wyraziste. Warta zauważenia jest Lubka Kozak. Małecka w poszczególnych scenach i kwestiach rozrywa rozwleczone trochę i patetyczne dialogi, siekając je i dosalając tak, by widzowie mogli odetchnąć od dusznych dłużyzn. Pozostałe postaci kobiece gubią się w swoich koronkach i podwiązkach, dla których męski (i nie tylko męski) widzi może zgubić spore partie akcji. Dobrze wypada oczekiwana przeze mnie nowa twarz lubuskiej sceny, Alicja Stasiewicz. Przekonuje zarówno jako cyganka Asja i ujmująca wokalnie Rosa. Hipnotyzuje swoim spojrzeniem Karolina Honchera, choć gubi się tu balansując między kilkoma wcieleniami.

Od strony muzycznej spektakl jest także nierówny. Niekiedy aktorzy walczą z melodią, próbują jej wysoki tor przerwać krzykiem – a taka dysharmonia nie służy polifonii scenicznej. Muzycznie wygrywa tu Joanna Wąż, która w „Odessie" wypracowała wokalny dialog z publicznością. Przy wykonaniu „Amerykanki" melodyjne zastoje idą w zapomnienie, a rozbudzony rytm zostaje w kościach. Wyróżnić trzeba Przemysława Faleja, który swoje głosowe interpretacje przemyca w każdy zaułek spektaklu, wzniecając w swoim wykonaniu nostalgiczny pył. Pisałem już o nim przy okazji „Snu nocy letniej", gdzie czarował jeszcze po spektaklu. Na uwagę zwraca też grupowa „Na Mołdawance" i mistyczna pieśń żydowska, w której czuć zaśpiew i metrum jidysz.

Właśnie owego zaśpiewu i charakterystycznej dla tego języka intonacji zabrało w warsztatowym szlifie spektaklu. To, co w Teatrze Żydowskim było sprawą oczywistą (premiera miała miejsce w 2012 roku), tutaj – gubiło się i powodowało nienaturalne odczucie braku „żydłaczenia".Jest i coś, co przykuwa uwagę w dziele Szurmieja. Choreografia. Nie pierwszy raz przekonuję się, że Teatr Lubuski jest zespołem o wysokiej formie tanecznej. Motoryka tego teatralnego mechanizmu nie zawodzi. Współczesne pląsy, klezmerskie układy, improwizacje i żydowskie tańce w kręgu tworzą osobny spektakl, odegrany z dbałością o estetykę i zmysł. Kostiumy, w które Marta Hubka ubrała bohaterów, przykuwają uwagę blaskiem i zmysłowością. Są widocznym konturem tego świata, który w dialogach zanika. W nich odbija się nie tylko czarnomorski, ale i europejski koloryt kulturowy – to, czym żyje muzyczny świat początku XX wieku – mamy tu np. odeski Montmartre.

Brakowało tu jakiegoś wprowadzenia w skomplikowany świat odeskiej historii. Niepodważalny zmysł Szurmieja do kreowania żydowskich mikroświatów mógłby lepiej zaistnieć dzięki merytorycznemu wprowadzeniu w postaci małej książeczki lub rozbudowanej ulotki. Tego dyskomfortu poznawczego nie było w „Piaf", a w „Siostruniach" fabuła była na tyle fikcjonalna, że nie powodowała odbiorczych nieścisłości. Widzowie, dla których obca jest kulturowa imagologia „Odessy" bez odpowiedniego wprowadzenia, literackiego lub popularnonaukowego anonsu mogą czuć się tu jak na obcej imprezie (gdzie nie wiadomo, kiedy wstać, kiedy siadać). Nie do końca wyklarowany jest w „Odessie" (a przywoływany w zwiastunach) kontekst „łódzkiej ziemi obiecanej". Ten wątek gubi się – być może funkcjonuje, ale wydaje się nieczytelny, zapisany na partyturze widowiska jak gdyby bladym atramentem.

„Ach! Odessa – Mama" podobnie jak w tytule zawiera trzy intuicyjne konotacje. Ach! – powoduje zachwyt nad precyzyjnie zbudowaną choreografią. Odessa – budzi niejasne skojarzenia, zapisane dla widza niewyraźnie, ze słabo wyspecyfikowaną postacią Krzyka. Mama – dla mnie to skojarzenie jest blade. Nikt i nic tu nie spowodowało, żebym zapałał synowską miłością do tej ziemi, która wciąż błądzi między rosyjskimi i ukraińskimi znaczeniami. Kto wie: może to sceniczne nierozpoznanie jest właśnie syndromem tej odeskiej heterotopii. Parafrazując tytuł sztuki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk („Zaginiona Czechosłowacja") przychodzi mi na myśl teza o „zaginionej Mołdawance" u Szurmieja. Uobecniona w postaci kobiety o kręconych włosach dzielnica Odessy jest w tym spektaklu blada i niedookreślona, zbyt przezroczysta dla widza. Nie ma tych barw i znaczeń, jakie zostają pod powieką po przeczytaniu opowiadać Isaaka Babla.

Janusz Łastowiecki, Dziennik Teatralny Zielona Góra, 3 stycznia 2015

walk_icon Wirtualny spacer