Kiedy Hanna Klepacka głosem Ducha Żołądka czy Królowej Mrocznych Spisków
zagrozi, że kto się uśmiechnie, ten jest konserwatywna piz..., widz może poczuć się
nieswojo. I dobrze, bo „Pływanie synchroniczne" to sztuka nieprzyjemna. Zapowiada się
sympatycznie. Filip, Paweł i Kajetan ochoczo wskakują do wanny i machając kończynami w rytm muzyki, przypominają sobie układ z czasów, gdy byli
jeszcze pływakami synchronicznymi. W
swoich białych kostiumach wyglądają zabawnie.
Kajetan, ze swoją oponką - nawet
groteskowo.
Później do głosu dochodzi jednak rozgoryczenie. Za komuny,
gdzie wróg - było powszechnie
wiadomo. Wystarczyło być przeciw i już człowiek lądował po właściwej stronie. Teraz? Teraz Kajetan łapie się na okładkę plotkarskiego pisemka z określeniem „Ale
tłuścioch", a pod obiektyw paparazzi
wystawia go jego ukochana. Ta cel ma
jasny. Czasy są takie, że człowiek nie jest pewny nawet swojej
orientacji seksualnej. Pewne jest to, czego
sobie życzy telewizja. A tu apetyt rośnie. Upokarzanie nauczycielki, która marzy o śpiewaniu, już
nie wystarczy. Potrzeba krwi - świeżej i
prawdziwej...
Diagnoza naszych czasów w sztuce
czeskiego dramaturga Davida Drabka
może odkrywcza nie jest. Rzecz
jednak w formie, która czerpie ż
najlepszych wzorców teatru i kina naszych południowych sąsiadów. Grający Kajetana Marcin
Wiśniewski kilka lat temu, na tej
samej scenie Lubuskiego Teatru, używał sobie z rurą odkurzacza w „Opowieściach o zwyczajnym
szaleństwie" Petra Zelenki. Teraz
pole do popisu ma większe, bo też
świat zdaje się być bardziej
pokręcony. Z głębi trzewi seks bomby
Edyty (świetna Hanna Klepacka) daje o sobie znać Duch Żołądka. Jak? Za
pomocą połkniętej karty SIM. Czyż można lepiej
oddać wszechwładną moc „komórkowej"
rzeczywistości? Oto gliniana tabliczka Golema XXI wieku...„Pływanie synchroniczne" w reżyserii Brano
Mazucha jest nie tylko nieprzyjemne.
Tu może komuś wystarczyć kilka ch... i
pie..., padających ze sceny. Albo „niesmaczny" dowcip o wytrysku
Eskimosa w postaci... bryłek lodu. Ten spektakl boli. Weźmy scenę z rodziną,
kiedy mąż gwałtownie to wyrzuca, to wciąga
żonę do wanny. Aż chciałoby się podbiec
do Przemysława Kosińskiego i przerwać to, co robi z Anną
Chabowską. Brutalności,
dramatowi, prysznicowi
(zimnemu?), z którego naprawdę
leci woda - jak to Czesi -przeciwstawiają
humor. A może nie
przeciwstawiają, bowiem dla nich tragedia i
śmiech to dwie strony tego samego medalu,
który życie się nazywa. Wanna jest
tu jednocześnie trumną, ale też drogą do wolności. Dla wydry, którą każdy z nas chciałby się pewnie stać, kiedy Piotr Lizak wykonuje końcową, rockową piosenkę. Niech żyje rock'n'roll! - bo też dla miłośników
niepokornego, zadziornego teatru jest ta
propozycja zielonogórskiej sceny.
Na osobne brawa zasługuje Iwona Pasińska -
autorka choreografii, która raz
bawi, a raz ujmuje erotycznym
pięknem.
Zdzisław Haczek
Gazeta Lubuska; 04.12.2009
|