Repertuar

Akademia Pana Kleksa

Jan Brzechwa

Adaptacja i reżyseria: Jerzy Jan Połoński

Premiera:

Czas trwania: 90 minut

Sprawdź terminy

Galeria

Trailer

Plakat

Szczegóły

„Cześć. Jestem Adaś. Adaś Niezgódka. Mam dziesięć lat. I generalnie nic mi się nie udaje…” Tak zaczyna się nasza Akademia Pana Kleksa. To muzyczna, kolorowa i zarazem teatralna podróż do świata, gdzie dziecko to nie tylko dziecko, ale także partner do rozmowy – ze swoim światem, kompleksami, strachami ale też ogromnymi zaletami. Do świata, gdzie dobro, to szacunek do innych, do ich słabości, tajemnic ale i odmienności. Do świata w którym najbardziej wykluczeni stają się najbardziej potrzebni. I do świata, w którym granice wyobraźni nie istnieją. Bo świat to ramy, które często zakładamy sobie sami na głowy, oczy i uszy… Ale także często zakładając je naszym dzieciom, zabijamy w nich to co najcenniejsze – indywidualizm . Akademia Pana Ambrożego Kleksa to miejsce, gdzie tolerancja + dziecko = człowiek. To tak proste równanie, że aż za często o tym zapominamy. Czy nasz Adaś uwierzy w siebie i w swoje siły. Czy jego słabości staną się jego atutami? Czy Ambroży Kleks uratuje świat fantazji przed niszczycielską siłą zła? I gdzie jest magiczny guzik Mateusza? Na te wszystkie pytania znajdziecie odpowiedź w naszym spektaklu… a raczej w Akademii Ambrożego Kleksa… Bo ona może być za każdym rogiem. Spektakl familijny, dla dzieci od 7 roku.

Autor: Jan Brzechwa

Adaptacja i reżyseria: Jerzy Jan Połoński

Scenografia i kostiumy: Marika Wojciechowska

Muzyka: Andrzej Korzyński / Łukasz Damrych

Aranżacje muzyczne: Łukasz Damrych

Choreografia: Jarosław Staniek

Asystentka choreografa: Katarzyna Zielonka

Asystentka reżysera: Joanna Koc

Dokumentacja fotograficzna spektaklu: Agnieszka Bekiesz

logotypy klasyka żywa

Spektakl bierze udział w III EDYCJI KONKURSU NA INSCENIZACJĘ DAWNYCH DZIEŁ LITERATURY POLSKIEJ „KLASYKA ŻYWA”

www.klasykazywa.pl             www.mkidn.gov.pl            www.instytut-teatralny.pl 

Terminy


Obsada

Recenzje

„Akademia Pana Kleksa” w Lubuskim Teatrze: Dorośli, Wy też witajcie w tej bajce!

Zaadaptowana na zielonogórską scenę „Akademia Pana Kleksa” Jana Brzechwy z 1946 r. bawi i uczy. Dzieci, ale też dorosłych. Dlaczego? Oczywiście, że współcześni dorośli wrócą dzięki najnowszej sztuce w Lubuskim Teatrze do lektury dzieciństwa czy oglądanego wtedy (premiera w 1984 r.) filmu Krzysztofa Gradowskiego. Zanucą „Na Wyspach Bergamutach” czy „Witajcie w naszej bajce”, ubawią się choreograficznymi pomysłami na przedstawienie nieśmiertelnej „Kaczki Dziwaczki” czy „Dzik jest dziki...”. Ale autor adaptacji i reżyser Jerzy Jan Połoński obiecał, że przygotowuje spektakl międzypokoleniowy. I to mu się udało. Wraz z Adasiem Niezgódką (ujmująco chłopięca Alicja Stasiewicz) wychodzimy z szafy pełnej dziecięcych problemów i frustracji. Trafiamy do tytułowej Akademii Pana Kleksa (przekonujący Aleksander Podolak) - kolorowego dziwaka (w pozytywnym znaczeniu), który uczy ferajnę swoich podopiecznych różnych dziwnych rzeczy, ale przede wszystkim radości i otwartości.

Są w przedstawieniu chwile smutku i grozy. Gdy Adaś spotyka Andersenowską „Dziewczynkę z zapałkami” (wzruszająca Joanna Koc, także asystentka reżysera) czy gdy szpak Mateusz (Joanna Wąż - kreacja bez fałszywej nuty) wraca do swojej mrocznej przeszłości naznaczonej przez wilki. Ale zło wcielone to Golarz (Janusz Młyński, że strach się bać!) w czarnym, faszystowskim ubraniu. Już on tu wszystko zmieni! Zabierze kolory. Narzuci jedną, właściwą bajkę... To on posyła do Akademii swój twór - sztucznego Alojzego (odpowiednio „mechaniczny” Wojciech Romańczyk) i rozpoczyna dzieło zniszczenia. Czego? Świata wyobraźni i nieposkromionej fantazji, które dają człowiekowi - małemu i dużemu - wolność. Wolność do wołania, że „ta bajka jest prawdziwa”, ale też wykrzyczenia światu po prostu siebie. Jak to przejmująco robi w finale Adaś Niezgódka. Reżyser Jerzy Jan Połoński zadbał, żeby przez całe przestawienie działo się dużo. Na scenie (dynamiczne układy, nad którymi czuwał choreograf Jarosław Staniek), ale też na widowni, którą kolorowi (scenografia i kostiumy są dziełem Mariki Wojciechowskiej), rozedrgani mali akademicy od Pana Kleksa także wesoło atakują. Skracając dystans i może też wytrącając czasem smartfona z dziecięcej dłoni. Bo to, co „siedzi” w telefonie, nie zawsze może pomóc dorastającej istocie. Teatr - cały czas ma tu pole do popisu. Chodząc przed południem deptakiem, codziennie mijam grupy dzieciaków, szturmujące Lubuski Teatr. Wiem, że to „spektakle zorganizowane”, ale myślę, że i bez tego szkolnego wyjścia zielonogórska „Akademia Pana Kleksa” może zapełniać widownię. Tym bardziej że to po prostu mądra sztuka. Zdzisław Haczek, Gazeta Lubuska, 12.10.2017 r.

*********************************************************************************************************************

Karnawał w Akademii Dzieci we foyer się niecierpliwią, niektóre dziarsko podskakują, trzymając rodziców za ręce. Zza gwaru dochodzą dźwięki pianina. Okazuje się, że ustawione jest ono między wejściem a szatnią. Gra na nim muzyk w przebraniu Pierrota.

W teatralnej sali też gwar. „Szkoda, że nie siedzimy w pierwszym rzędzie” – mówi siedzący za mną chłopiec. „W pierwszym rzędzie lepiej nie siadać, bo wezmą na scenę” – odpowiada mu drugi. A ten pierwszy: „To by było fajnie” – najwyraźniej nie ma nic przeciwko wzięciu na scenę. Potem jeszcze ten pierwszy instruuje drugiego, jak przechodzić wzdłuż rzędu teatralnych foteli, kiedy skrajne miejsca są już zajęte: „Ustawiasz się dupskiem do sceny, a twarzą do ludzi”. Poza tym dowiaduję się, że „w teatrze się nie krzyczy”.

Ragtime’owa wokaliza towarzyszy wejściu na scenę hałaśliwej rodziny Adasia Niezgódki stłoczonej w wielkiej ramie obrazu. Rodzinka jest nie tylko hałaśliwa, lecz także upierdliwa: najpierw pokrzykuje na Adasia, potem wykonuje song o jego niedoskonałościach i rozlicznych rozczarowaniach, jakich przysparza on swym krewnym. Jedynym ratunkiem na te przypadłości i wywołane przez nie kłopoty wydaje się rodzince Akademia Pana Kleksa.

Znika bladoniebieska rama, oświetlona zostaje ciemna szafa z tyłu sceny. W jej wnętrzu chowa się przed rodzinką Adaś (Alicja Stasiewicz), rudy chłopiec w krótkich spodenkach. Wypowiada swój słynny pierwszy monolog – zwierzenia „nieudacznika”, któremu nic w życiu nie wychodzi, a w dodatku ten krupnik i marchewka...

Teraz nareszcie jest pora na przybycie Adasia do Akademii Pana Kleksa. Odsłania się kurtyna wisząca w głębi scenicznego pudełka, pod którą stała dająca chłopcu schronienie szafa. Tył sceny zamyka teraz ogromny zespół ciut pofałdowanych luster, ustawionych nie prostopadle do podłogi, lecz pod lekkim kątem. Wszystko się w nich odbija tak, jak trzeba – krzywo. Z impetem wpada na scenę Pan Kleks (Aleksander Podolak), szpak Mateusz (świetna wokalnie, wyrazista Joanna Wąż) i grupa uczniów tej „szkoły na opak”. Intonują znaną powszechnie pieśń Witajcie w naszej bajce. Ich pląsy odbijają się krzywo w lustrze, podobnie jak będzie się w nim odbijać wiele późniejszych, wysoce niekonwencjonalnych działań młodych „studentów” oraz ich nauczyciela-przewodnika. Póki co zbiorowo, chóralnie, bardzo zdecydowanie protestują przeciw wszelkim formom krytyki, dyskryminacji oraz wykluczenia, jakie dotąd spotykały Adasia. Dziko-frenetyczne ruchy szefa Akademii oraz jego podopiecznych podkreślają permanentne szaleństwo panujące w tej dziwnej szkole.

Okazuje się, że obowiązuje w niej porządek iście karnawałowy – to świat wywrócony na opak, a Pan Kleks idealnie pasuje do wizerunku karnawałowego Króla Błaznów. Od tej pory uczniów często ogarniać będzie niepohamowana pląsawica, a mój podziw dla fizycznej kondycji zielonogórskich aktorek i aktorów rósł będzie z minuty na minutę. Ich twarze, zroszone potem, nie będą bowiem wykrzywione grymasem zmęczenia, lecz uśmiechem – tak jak należy, jak przystoi w musicalu.

Tyle że inteligentnie przewrotna atmosfera narracji Jana Brzechwy, dystansującej się wobec ludzkich małostek i ułomności, wobec nienawiści i miłości, a wręcz wobec ludzkiego świata jako całości, ulata ze sceny Lubuskiego Teatru gdzieś w nadprzestrzeń w wirze tanecznych wygibów, w forsownym tempie przydługiej akcji, która trwa półtorej godziny, bez żadnej przerwy. Jest jakoś tak, jakby wszystko miało tu być musicalową atrakcją – nawet straszna bajka o królu wilków zamordowanym przez królewicza i o zemście wilków na ludziach ilustrowana jest atrakcyjnym pląsem w układzie choreograficznym wzbogaconym o chorągiewki.

O ile wizyta Adasia w bajce o dziewczynce z zapałkami tudzież spotkanie z jej autorem stanowią jakąś pauzę, która tonuje nastrój, zwalnia szaleństwo scenicznej akcji, skłania do namysłu i refleksji nad „bajką w bajce”, a nawet nad „życiem jako bajką”, o tyle sens końcowej sceny z autorem baśniowej historii o Panu Kleksie, w którego zamienia się odczarowany szpak Mateusz, ginie – jest niezrozumiały, nieprzygotowany. Wiemy co prawda, że Pan Kleks maleje, ale śledząc jego intensywne zmagania ze straszliwym Alojzym, nie chwytamy ponurego faktu, że oto ginie, zanika i kończy się nieodwołalnie cała historia, cała narracja o Akademii i jej wspaniałym, niekonwencjonalnym, nauczycielu-guru, który jest idealnym, karnawałowym wcieleniem „pedagoga na opak”.

Alojzy (Wojciech Romańczyk) przedstawiony jest jako cyborg (z chwilą jego pojawienia się na tył sceny rzucony jest rysunek robota – żeby wszystko było jasne), ubrany w czarną koszulę, czarne krótkie spodenki z szelkami i w czarne getry. A żeby wszystko było w związku z tą czernią jeszcze jaśniejsze, ma na ramieniu czarną opaskę z białą literą A. Swym zachowaniem przypomina monstrualny twór doktora Frankensteina lub Arnolda Schwarzeneggera w roli nadpsutego już nieco Terminatora-mordercy.

Nie chciałbym jednak, by te moje wybrzydzania przesłoniły niewątpliwe walory inscenizacji Jerzego Jana Połońskiego. Ujmę to tak: niekoniecznie trzeba z opowieści Brzechwy o tej mało konwencjonalnej „akademii” wyciągać wszelkie możliwe drugie dna i skomplikowane przesłania, można się nią posłużyć – tak jak to zrobił scenarzysta i reżyser zielonogórskiego spektaklu – do skonstruowania sprawnej „maszynki rozrywkowej”, która jest zaczynem dobrej zabawy dla dzieci i rodziców na widowni. A wspomniany wyżej karnawałowy żywioł, wzmocniony tanecznymi rytmami i skocznymi melodiami (w piosence o Wyspach Bergamutach pojawiają się nawet rytmy latynoskie) oraz wplecionymi w opowieść o Akademii tekstami znanych wszem i wobec wierszy Jana Brzechwy, może służyć po prostu rozrywce. I nie ma się co krzywić – tak też można i nikt nikomu tego nie powinien zabraniać.

Szkoda mi jednak tej mądrej opowieści o „innej szkole”, o „pedagogice na opak” i o „życiu jako bajce wewnątrz Większej Bajki”, bo w obliczu tego, co dziś się dzieje w polskich szkołach, i w ogóle w polskiej rzeczywistości, innowacyjne pomysły z dziedziny pedagogiki oraz mądre przesłanie dzieła Brzechwy są jak znalazł.

Reżyser w słowie wstępnym zamieszczonym w programie zdradza, że coś takiego jakby zamierzał, że chciał pójść w tę właśnie stronę. A że wyszło co innego, też fajnego, tylko mniej ambitnego? Ot, zadziałała magia „sztuki żywej” – nieogarnionej, zaskakującej, zdanej na międzyludzki żywioł i niedoceniane często, a potężne ciśnienie oczekiwań, tęsknot i pragnień widzów-współtwórców.

P.S. Jak już wspomniałem, gra w tym spektaklu wymaga od aktorek i aktorów Lubuskiego Teatru dużej sprawności fizycznej (wielokrotnie już dowiedli, że takową posiadają) oraz żelaznej kondycji (to również niejednokrotnie udowodnili). Nie wierzę jednak, aby po jednej półtoragodzinnej prezentacji skrajnie wyczerpującej aktorską energię Akademii Pana Kleksa byli w stanie w ciągu pół godziny zregenerować się na tyle, by z pełnym zaangażowaniem zagrać po raz kolejny. A tego wymagał od nich repertuarowy grafik od wtorku 10 października do piątku 13 października, kiedy grali o godzinie 9.30 i 11.30. Juliusz Tyszka, teatralny.pl, 25.10.2017 r.

 

walk_icon Wirtualny spacer